Życie było zabawą, alkohol obowiązkiem. Kultowy aktor z PRL-u zmarł, gdy poszedł na „małe piwo”
Jan Himilsbach to jeden z najbardziej charakterystycznych aktorów w historii polskiego kina. Choć zwykle grał role drugoplanowe bądź epizodyczne, za każdym razem na tyle wyraziste, że nie dało się go przeoczyć. Niewątpliwie miał wielki talent. Mimo to, filmowcom nie zawsze współpracowało się z nim dobrze. Artysta nadużywał alkoholu, przez co wprowadzał zamęt na planie, reorganizując pracę całej ekipy. Do końca swoich dni chadzał na „małe piwo” i nie przejmował się złą reputacją. Zmarł w listopadzie 1988 roku, w wieku 57 lat.
Urodził się w dniu, którego nie było w kalendarzu
Trudno opisać całe barwne życie Jana Himilsbacha tylko w kilku akapitach tekstu. W opracowaniach zawierających biografię tego wybitnego artysty aż roi się bowiem od anegdot i niesamowitych historii, jak choćby ta dotycząca daty jego narodzin. W metryce urodzenia napisano bowiem, że aktor przyszedł na świat… 31 listopada. Jedni twierdzili, że to pomyłka urzędniczki, inni, że tak zapisał go ojciec, który po hucznym świętowaniu narodzin syna, nie mógł sobie przypomnieć właściwej daty.
Niejasne jest także pochodzenie Himilsbacha. Artysta w przeciągu całej swojej kariery udzielił blisko siedmiuset wywiadów, w których przedstawiał różne wersje swojej biografii. Opowiadał m.in., że jego rodzice zginęli podczas II wojny światowej, a on jako żydowskie dziecko przez dłuższy czas ukrywał się na cmentarzu. Zwykle powtarzał jednak, że urodził się w biednej rodzinie i dorastał w otoczeniu ludzi z marginesu. To właśnie czasy dzieciństwa i dorastania stały się dla niego inspiracją do tworzenia opowiadań i wzorowania granych przez siebie postaci na ludziach dobrze mu znanych.
Miał na koncie dziesiątki wybitnych kreacji
Po raz pierwszy na ekranach pojawił się w 1970 roku w filmie „Rejs”. W kultowej komedii Marka Piwowskiego zagrał jednego z pasażerów statku – Sidorowskiego. Już wtedy było jasne, że choć Janek ma ogromny talent i charyzmę, współpraca z nim będzie prawdziwym wyzwaniem. „Scena monologu o polskim filmie wydawała się łatwa. To było jedno ujęcie. Sądziliśmy więc, że nakręcimy je bardzo szybko. Normalnie powinniśmy wszystko zrealizować w godzinę, straciliśmy jednak cały dzień. Najpierw upił się Maklakiewicz. Gdy zabraliśmy się intensywnie za jego trzeźwienie, urżnął się Himilsbach. Albo jeden, albo drugi był pijany. To, co jest na filmie, to jedyna wersja, na której nie widać, że aktorzy są zamroczeni. Istniał tekst monologu o polskim kinie, ale Maklakiewicz miał kłopoty z powtórzeniem go. Był jednak profesjonalistą i improwizował na planie” - wspominał operator „Rejsu” Marek Nowicki.
Himilsbach do kieliszka zaglądał już jako nastolatek. W wieku 16 lat wszedł w pierwszy konflikt z prawem, co zakończyło się poprawczakiem. Potem imał się różnych zajęć - był kamieniarzem, rębaczem w kopalni, tragarzem, wreszcie palaczem na kutrach rybackich. Twierdził, że to właśnie podczas rejsów zaczął pisać swoje pierwsze opowiadania. Zanim trafił na ekrany i zdobył szeroką popularność, zdążył wydać swój pierwszy tom opowiadań – „Monidło”. Pewnie nie każdy wie, ale na podstawie utworów artysty powstało kilka filmów, w tym „Zabawa w chowanego” Janusza Zaorskiego.
Od lat 70. regularnie pojawiał się na ekranach. Zagrał w kilkudziesięciu produkcjach, współpracując z najlepszymi polskimi reżyserami. Widzowie zapamiętali go z występów w filmach „Brunet wieczorową porą”, „Wniebowzięci”, „Jak to się robi”, czy „Chleba naszego powszedniego”.
Quiz: Najważniejsze postaci kultury PRL-u. Masz od nas tylko 1 zdjęcie
O Himilsbachu głośno było jednak jeszcze zanim zadomowił się w świecie kina. Aktor i pisarz był stałym bywalcem warszawskich barów i restauracji, gdzie bawił się ze stołeczną bohemą. Podobno zdarzało mu się imprezować z Markiem Hłaską. „Himilsbach zawsze mawiał: alkoholu nie pije się dla smaku, tylko dla działania. Jego smak trzeba więc było jakoś zabić czymś, co akurat znajdowało się pod ręką. Maklakiewicz z Himilsbachem upijali się z dużą radością, ale potem wzajemnie mieli o to do siebie pretensje. Zarzucali sobie, że jeden drugiego upił. Zaczynali się kłócić, aż w końcu pili na zgodę i wszystko zaczynało się od początku” - wspominał Marek Piwowski.
Poszedł na "małe piwo" i nie wrócił
Prywatnie Jan Himilsbach miał dosyć poukładane życie, mimo że żenił się dwukrotnie. Był stały w uczuciach, bo śluby brał… z tą samą kobietą – Barbarą. Najpierw wzięli ślub cywilny, a 20 lat później kościelny. Aktor wielokrotnie powtarzał, że żona jest jego najlepszą przyjaciółką. Ukochana nie potrafiła jednak namówić go na zmianę nawyków i całkowite zrezygnowanie z alkoholu, który z czasem zaczął przejmować kontrolę nad jego życiem.
W latach 80. grywał o wiele rzadziej, dużo czasu poświęcając na pożyczanie pieniędzy i kolejne libacje alkoholowe. Zmarł 11 listopada 1988 roku. Okoliczności jego śmierci do dziś nie są do końca jasne. Według niektórych aktor odszedł w trakcie trwającej kilka dni, suto zakrapianej, imprezy. Inni, w tym jego żona twierdzili, że zmarł nagle na zawał serca, podczas wizyty u sąsiadów, do których zwykł chadzać „na pogaduszki i małe piwo”.
Źródło: Radio ZET/Interia Film/Onet Kultura/Wikipedia