Film, który przyciągnął do kin rekordową liczbę Polaków. Jest szansa na podbój USA?
Tak samo jak ponad 300 tysięcy innych Polaków widziałam już “100 dni do matury”. Nie jestem genziarą, więc spojrzałam na ten film zupełnie obiektywnie, bo ciekawiło mnie, czy produkcja przyciąga do kin rzesze fanów Friza i jego Ekipy, czy to po prostu dobry film. I już wszystko wiem, dlatego zapraszam na recenzję filmu “100 dni do matury”.
- Ekipa Friza od kilku lat podbija polskiego YouTube'a.
- Grupa influencerów z Krakowa wydała film “100 dni do matury”, który okazał się kinowym hitem.
- Recenzja “100 dni do matury” bez spojlerów.
Zacznijmy od fenomenu Ekipy i Friza
“100 dni do matury” to film youtuberów związanych z projektami Karola “Friza” Wiśniewskiego, któremu popularność przyniosła Ekipa. W pewnym momencie krakowska grupa influencerów wyskakiwała nam z lodówek i to dosłownie, bo Ekipa wypuściła nawet serie swoich lodów i napojów. Ci, którzy choć trochę orientują się w sprawach polskiego internetu znają ten youtubowy twór, który podbił serca dzieciaków w całym kraju, a ci, którzy nie znali, poznali za pośrednictwem swoich dzieci, wychowanków, bratanków, siostrzeńców czy sąsiadów. Naprawdę, w pewnym momencie od Ekipy trudno było uciec, a teraz opanowała również kina. I nie ma na co narzekać, zaradny Friz rozwija swój biznes, dzieciaki są zadowolone, nikt nikomu nie wadzi do momentu, w którym zagorzały fan influencerów nie żąda puszczenia całego albumu Ekipy albo Wersow. A tak, muzykę też robią.
Wróćmy jednak do filmu, bo to on jest dziś bohaterem moich, hmm, rozważań. Za produkcję odpowiada oczywiście Ekipa Holding, czyli spółka Łukasza Wojtycy, wieloletniego wspólnika Friza, którego widzowie znają jako “wujka Łukiego”. Na ekranie widzimy gwiazdy projektów Friza, jak Bartosza “Świeżego” Laskowskiego, Polę Sieczko czy Hannę “Hi Hanię” Puchalską. Na szczęście nie zabrakło też profesjonalistów i tak w obsadzie znaleźli się Jacek Koman, Małgorzata Foremniak czy Piotr Głowacki. Za scenariusz odpowiada debiutujący w roli scenarzysty tak dużej produkcji Łukasz Zdanowski, a za reżyserię absolwent reżyserii Łódzkiej Szkoły Filmowej Mikołaj Piszczan.
Zanim przejdę do swojego zdania na temat filmu, zaczniemy od wyników oglądalności, bo te są warte odnotowania. Na ten moment “100 dni do matury” to jeden z kinowych hitów tego roku, bo jak donosi raport opublikowany na portalu bankier.pl: “zgodnie z przekazanymi statystykami, ilość widzów, która zakupiła bilety w kinach w całym kraju w okresie od dnia 28 lutego 2025 r. do dnia 2 marca 2025 r. (pierwszy weekend) wyniosła 324.276, plasując film na pierwszym miejscu wśród wszystkich wyświetlanych w kinach filmów, w tym także w ujęciu od 1 stycznia 2025 r."
To wynik imponujący, ale nie zaskakujący. Influencerzy biorący udział w projekcie w ciągu miesiąca przyciągają przed ekrany telefonów, komputerów, tabletów i innych urządzeń miliony internautów. Mają też swoich sympatyków w mediach społecznościowych, więc potencjalnych widzów kinowych mają masę.
Recenzja filmu “100 dni do matury”
Ja “100 dni do matury” oglądałam jako świadoma użytkowniczka internetu, która o istnieniu i potędze Ekipy wie, ale odbiorczynią treści przez Ekipę produkowanych nie jestem, dlatego na film patrzę zupełnie obiektywnie. Zacznę od tego, że z ekranu bije woń pieniądza i nie da się od niej uciec. Pompa momentami jest taka, że miałam w głowie myśl: “jak? ale dlaczego to tak?” i wyjaśnię to na przykładzie pierwszych minut filmu. Spokojnie, bez spojlerów.
Studniówka na sali sportowej w szkole, w której uczą się główni bohaterowie filmu. Uczniowie mają nietęgie miny, raczej jakby brali udział w stypie, a nie w jednej z najważniejszych imprez w swoich pierwszych latach dorosłego życia. Od zaśnięcia na boisku, który pełni rolę smutnego parkietu, ratuje ich alarm pożarowy. Wszyscy wybiegają ze szkoły, pod którą stoi wielka scena z nagłośnieniem, dymarkami i efektami pirotechnicznymi z prawdziwego zdarzenia. Na scenie stoi też żółty amerykański autobus szkolny. I jak wydawało się, że na studniówkowej sali było 20 uczniów, tak ze szkoły wybiega ich jakby więcej.
Jak maturzyści zdołali niezauważeni przygotować taką scenę, włączając w to podstawienie wielkiego autobusu z USA podczas trwania studniówki? Nie mam pojęcia, ale mam wrażenie, że w tej szkole jest tylko jeden nauczyciel - dyrektor placówki grany przez Piotra Głowackiego, więc możliwe, że zaaferowany imprezą studniówkową nie usłyszał, jak pod szkołą dzieją się przygotowania do koncertu. Jest pompa? Jest. Czy to ma sens? No nie.
I takich wątków jest tutaj więcej, ale po którejś minucie przestałam patrzeć na tę produkcję, jak na film, który ma mieć sens, a spojrzałam na nią, jak na kolejną odsłonę “Małych agentów”. Mamy przeciskanie się przez szyby wentylacyjne, wielki pokój z komputerami, w którym knuje filmowy czarny charakter (oczywiście o swoich planach mówi na głos, sam do siebie), są ekstremalne sceny na wysokościach, porwanie statku, zbieranie informacji pod przykrywką. Normalne rzeczy, które maturzyści robią zaraz przed egzaminami.
Choć momentami wątki i fabuła niekoniecznie się spinają, to dzieje się, jest niecodzienna akcja i trzeba przyznać, że nie jest nudno. Młody widz, zwłaszcza fan Ekipy, na pewno to doceni. Technicznie ten film też wygląda dobrze, czasami za dobrze i wręcz nierealistycznie. Wspomniana wyżej scena i autobus są tego dobrym przykładem. Życzę też wszystkim seniorom, żeby polskie domy opieki wyglądały tak, jak wyobrażeniach twórców “100 dni do matury”.
To nie jest źle zrobiony film, jest efektownie, aż chciałoby się powiedzieć, że wręcz tak amerykańsko. I ta “amerykańskość” to jeden z najczęstszych zarzutów w stronę produkcji Ekipy. Drużyna futbolu amerykańskiego w polskiej szkole z małego miasta? Oczywiście, że o wiele naturalniej wyglądałoby, gdyby chłopaki kopały piłkę nożną, ale kto bogatemu zabroni? Można odnieść wrażenie, że produkcja została zrobiona z lekką nadzieją na to, że uda się ją wysłać na podbój serc młodzieży za oceanem. No i niech Friz i jego kompania próbują swoich sił w świecie, a “amerykańskość” “100 dni do matury” nie gryzie w oczy aż tak, jak inne nieścisłości i naciągnięcia w tej produkcji.
Czy obejrzę ten film jeszcze raz? No nie, ale to nie ja jestem grupą docelową i podejrzewam, że dzieciaki, które są fanami Ekipy, będą do niego wracać, jak ja kiedyś do “High School Musical”. Nie da się nie zauważyć, że różnica między grą aktorską influencerów, a aktorów zawodowych jest widoczna, zwłaszcza w scenach, w których tych zawodowych aktorów nie ma, ale młodzi, którzy zobaczą ten film dla swojego idola i tak będą zadowoleni. Coś się tam dzieje, jest akcja i choć scenariusz trochę uwiera, a dialogi bywają momentami trudne w odbiorze, to amatorskość tej produkcji została świetnie przykryta zasobami pieniężnymi i udziałem doświadczonych filmowców.
Źródło Radio ZET