Netflix zrobił serial o UFO w PRL. Efekt? Mniej kosmiczny niż zapowiadano
„Projekt UFO” to polska nowość od Netflixa, która zawładnęła wyobraźnią widzów na długo przed tym nim trafiła na ekrany. Zaskakująca i tajemnicza historia, niczym ta ze słynnego Roswell, doświadczona ekipa, na czele ze scenarzystą takich hitów, jak „Wielka woda”, czy „Rojst”, a wreszcie obsada, upstrzona największymi gwiazdami polskiego kina – wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że będziemy mieć do czynienia z naprawdę jakościową rozrywką. Dlaczego wobec tego, kończąc długo wyczekiwany seans, czuję się rozczarowana i potwornie znudzona?
- „Projekt UFO” to polski serial Netflixa, napisany i wyreżyserowany przez Kaspera Bajona.
- Produkcja jest fabularyzacją autentycznych zdarzeń, jakie miały miejsce pod koniec lat 70.
- W serialu wystąpiła plejada gwiazd, w tym Piotr Adamczyk, Mateusz Kościukiewicz i Maja Ostaszewska.
„Projekt UFO”. Fabuła serialu Netflixa
Czytając zapowiedzi nowego projektu Kaspera Bajona, który tym razem nie tylko napisał scenariusz, ale i zajął się reżyserią debiutującego dziś na Netfliksie serialu, nie kryłam ekscytacji. Artysta zdecydował się bowiem opowiedzieć o wydarzeniach, którymi kilka dekad temu żyła cała Polska i które do dziś w wielu budzą sporo emocji. Mowa o szeroko omawianej w mediach w PRL wizycie… istot pozaziemskich. Do zdarzenia miało dojść pod koniec lat 70. w niewielkiej miejscowości Emilcin, a relacja rolnika, który, jak twierdził, spotkał pewnego dnia „obcych”, okazała się dopiero początkiem zaskakującej serii. Dziwne istoty miały później zjawić się także w Gliwicach, czy w ogródkach działkowych na Czerniakowie…
Quiz: Pamiętasz hity Netflix? Niektóre pytania są bardzo podchwytliwe
Podobne zdarzenie staje się wątkiem przewodnim „Projektu UFO”. Historia, która luźno nawiązuje do wspomnianego przypadku z Emilcina, rozgrywa się w latach 80., kiedy to w Truskasach na Warmii rzekomo wylądował niezidentyfikowany obiekt latający z zielonymi, przypominającymi nieco żaby, pasażerami. Śledztwo w tej nietypowej sprawie prowadzą dwaj mężczyźni – gasnąca gwiazda telewizji Jan Polgar (Piotr Adamczyk) i entuzjasta UFO, a zwłaszcza NOP-ów (niezidentyfikowanych obiektów podwodnych) – Zbigniew Sokolik (Mateusz Kościukiewicz). Obaj, chcąc ustalić pochodzenie obcych istot, ale także tocząc intelektualną walkę o to, kto ma rację, niepostrzeżenie zostają uwikłani w polityczną intrygę Henryka Wierusza (Adam Woronowicz). Wysoko postawiony partyjny towarzysz pragnie wykorzystać rewelacje głoszone przez pszczelarza Jana Kunika (Stanisław Pąk) do odwrócenia uwagi od kwestii politycznych, a w efekcie – do sprawnego przejęcia władzy w kraju. Sama historia staje się też pretekstem do głębszych dyskusji o wszechobecnej dziś dezinformacji, a także sporach światopoglądowych.
Brzmi ciekawie, prawda? Ciekawie jest jednak niestety tylko do pewnego momentu. Choć „Projekt UFO”, podobnie jak wiele innych polskich produkcji Netflixa, jest zrealizowany z dbałością o każdy detal – zachwyca tu nie tylko odwzorowanie epoki PRL w serialowych lokacjach, stylizacje bohaterów, czy wreszcie podbijająca nastrój muzyka, idealnie komponująca się z wydarzeniami prezentowanymi na ekranach, zawodzi na kilku kluczowych płaszczyznach. To kolejny serial, na który dobrze się patrzy, ale który niestety źle się ogląda.
Przerost formy nad treścią
Mimo że produkcja składa się z zaledwie czterech odcinków, co biorąc pod uwagę intrygujący temat i ogromne możliwości twórców początkowo pozostawiało niedosyt, finalnie mogłaby się zamknąć… w dwóch epizodach. Duża część scen nie niesie ze sobą bowiem żadnego ładunku emocjonalnego, ani też w żadnym stopniu nie wpływa na całość opowieści. Można odnieść wrażenie, że stanowi jedynie pewnego rodzaju brawurę twórców, którzy bawią się formą, nieco jednak zapominając o treści. Mam tu na myśli chociażby fragmenty z Mają Ostaszewską w roli prezenterki telewizyjnej – Wery Wierusz. Sceny, w których bohaterka przechadza się, rzucając powłóczyste spojrzenia, pije napój przy pomocy słomki, bądź epatuje nagością, nie rzadko nie tylko są zbędne, ale i dłużą się i nużą.
Największym problemem serialu jest zdecydowanie jego tempo. Akcja rozwija się zbyt powoli, co z czasem staje się naprawdę problematyczne. Zwłaszcza, że na ekranie dzieje się niewiele więcej niż sugerował opis fabuły, a także udostępniony kilka tygodni temu zwiastun. Aż trudno uwierzyć, że prezentując zaledwie cztery odcinki, twórcy prowokują nas – widzów – do ciągłego zerkania na zegar, a nawet przewijania niektórych momentów.
Scenariusz serialu niestety zupełnie nie dotrzymuje kroku realizacji, a także całkiem udanym kreacjom aktorów, wcielających się w głównych bohaterów. Na plus zdecydowanie należy ocenić występy antagonistów – Polgara, w którego wcielał się Adamczyk i Sokolika (Kościukiewicz), a także pszczelarza Kunika – znakomity, ale niestety rzadko obsadzany w tak dużych rolach, Stanisław Pąk.
Choć serial ostatecznie nie sprostał oczekiwaniom i pozostawił ogromny niedosyt, wciąż jest to w mojej opinii interesująca próba przełamania dobrze znanych schematów. Mimo że zabrakło wiele, by móc nazwać ten projekt udanym, liczę na to, że doczekamy się jeszcze produkcji, która nie tylko okaże się wizualną perełką, ale i nie zmarnuje potencjału fabularnego. Możliwości Bajona, podobnie jak pozostałych członków ekipy pracującej nad „Projektem UFO”, są ogromne.
Źródło: Radio ZET