Autorka bestsellerowej trylogii. Przeczytaj dziś u nas fragment jej nowej książki
„Światło w Lavelle” to epicka opowieść o nadziei, poświęceniu i ocaleniu w mroku historii. Paullina Simons powraca z kolejną wciągającą powieścią. Wcześniej polski czytelnik poznał ją dzięki bestsellerowej trylogii „Jeździec miedziany”. Przeczytaj poniżej fragment powieści „Światło w Lavelle”.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Jakie wydarzenia stanowią tło powieści 'Światło w Lavelle'?
- Co skłania Isabelle do opuszczenia Ukrainy i osiedlenia się w Ameryce?
- Dlaczego historie rodzinne i polityczne są kluczowe dla fabuły powieści?
- Które postacie z 'Światła w Lavelle' mogą przypaść do gustu fanom 'Jeźdźca miedzianego'?
Paullina Simons powraca. O czym opowiada „Światło w Lavelle”?
Paullina Simons, autorka bestsellerowej trylogii „Jeździec miedziany”, powraca z kolejną porywającą powieścią – „Światło w Lavelle”, która przenosi czytelników na dramatyczny styku światów: pogrążonej w głodzie i terrorze Ukrainy oraz tętniącej złudnym spokojem Ameryki lat 20. i 30. XX wieku. To historia Isabelle Lazar, młodej kobiety, która opuszcza rodzinne gospodarstwo w Karpatach i po tragicznych wydarzeniach trafia do eleganckiego domu bankiera w Bostonie, Finna Evansa.
Ich spotkanie staje się początkiem fascynującej i bolesnej historii konfrontacji z przeszłością, niejednoznacznych relacji i walki o tożsamość w obcym świecie. W tle rozgrywają się dramaty polityczne i rodzinne, a Simons – jak zawsze – mistrzowsko łączy elementy romantyczne z głęboką panoramą historyczną. „Światło w Lavelle” to opowieść o nieprzepracowanej stracie, o niesprawiedliwości i przetrwaniu, a także o światłach, które potrafią rozbłysnąć nawet tam, gdzie wszystko wydaje się pogrążone w ciemności. Czytelnicy pokochali Tatianę i Aleksandra z „Jeźdźca miedzianego” – teraz zakochają się w Isabelle i Finnie.
Quiz: Klasyka polskiej literatury - czy wiesz, z której książki pochodzi ten fragment?
Kim jest Paullina Simons?
Paullina Simons to międzynarodowa bestsellerowa autorka, znana na całym świecie z epickiej trylogii „Jeździec miedziany”, której pierwsza część ukazała się w 2000 roku i od tej pory zdobyła miliony czytelników. Seria, opowiadająca o miłości Tatiany i Aleksandra w czasie II wojny światowej, stała się współczesnym klasykiem literatury romantyczno-historycznej.
W swojej twórczości łączy wielkie emocje z historycznym rozmachem, często eksplorując tematykę wojny, emigracji, tożsamości kulturowej i siły kobiecej determinacji. Jej styl charakteryzuje się głębokim portretem psychologicznym postaci, bogactwem języka i umiejętnością oddania dramatyzmu chwili.
„Światło w Lavelle” to kolejny dowód jej niezwykłego talentu opowiadania o losach kobiet na tle największych burz XX wieku – opowieść o miłości, która ocala i przeszłości, która nigdy nie odpuszcza. Poniżej znajdziecie fragment tej powieści.
Fragment powieści „Światło w Lavelle”
Było zbyt mroźnie, by spadł śnieg, a w spokojnym zazwyczaj Ispasie zaczęły pojawiać się konflikty. Większość z nich we własnym domu Isabelle. Wieczorem po strzelaninie rodzina zebrała się na chaotyczne, podlewane bimbrem spotkanie, podczas którego groźnie spoglądano na Stana i Witalija. Byli tam oczywiście Isabelle i Mirik, trzej bracia Isabelle i Pietka, brat Mirika. Z boku siedziała matka Isabelle. Dziećmi opiekowała się w sąsiedniej chacie Jana. Stan i Witia byli coraz bardziej zaniepokojeni wyrzutami, utrzymywali jednak, że postąpili słusznie. Powiedzieli, że kupiec z Szatawy był zwiastunem złych wieści. Ostrzegał chłopów w Ispasie, że z rozkazu komitetu centralnego partii komunistycznej do wiosek masowo wysyłano sowieckich agentów. Niektórzy przyjeżdżali, by rekwirować zboże i buraki, inni, by próbować kolektywizować gospodarstwa. Sklepikarz z Szatawy powiedział, że do jego wioski czekiści przybyli w środku nocy, z największego domu wywlekli gospodarza, i zajęli dom na swoje centrum operacyjne. „I to wszystko przed świtem!”.
–To kiedy zobaczyliśmy, jak sowieci maszerują drogą także w środku nocy, co mieliśmy pomyśleć?
–Nic nie mieliście pomyśleć – powiedział Pietka, który nie przepadał za nikim, a głupców szczerze nie znosił. – Mieliście spać w łóżkach, jak wszyscy przyzwoici ludzie, którzy wstają o świcie, by zarabiać na chleb. – Brat Mirika był sztywnym, całkowicie pozbawionym poczucia humoru mężczyzną z posiwiałą brodą, dużym, krzywym nosem i małymi, zimnymi oczami. Dziesięć lat starszy od Mirika, przez całe życie hodował bydło mleczne. Późno się ożenił, późno został ojcem i zachowywał się jak człowiek, który przez większość czasu żałuje większości swoich decyzji, a już na pewno tego wieczoru.
–Teraz zadbaliście o to, że sowieci przyjdą tu nie tylko po chleb, ale i w poszukiwaniu zemsty – zwrócił się Roman do Stana i Witalija. Wyraźnie nie mógł ścierpieć, że zgadza się z Pietką. Szwagrowie raczej nie żyli w zgodzie.
Dwudziestoośmioletni Roman Lazar był o rok młodszy od Isabelle, ale często zachowywał się jak pierworodne dziecko, bo był pierworodnym synem. Średniego wzrostu i żylasty jak dżokej, miał zmierzwione włosy, zmierzwioną brodę i szaleństwo w oczach. Włosy, broda i oczy były czarne jak noc. Kiedy związywał włosy w kucyk, wyglądał jak staroruski pop, jak zbiegły mnich, którego przed wiekami ukraińscy Kozacy pomogli osadzić na moskiewskim tronie. Roman mówił o sobie, że jest „niewinny i nikczemny”, co stanowiło niezłe połączenie w przypadku rodowitego syna Ukrainy, który kochał konie, swoją rodzinę i Cici, choć jak Cici często lubiła zauważać, ona znajdowała się na ostatnim miejscu. Stan i Witalij wyjawili, że od zeszłego tygodnia nocą trzymali w lesie straż, spodziewając się przybycia sowietów. Od Olega Tretiaka, szewca w Ispasie, pożyczyli dwa karabiny Fiodorowa, zacinające się półautomaty z czasów Wielkiej Wojny. Przed dziesięcioma laty Oleg zabrał je martwym żołnierzom Armii Czerwonej. Pożyczył je Stanowi i Witalijowi w zamian za tygodniową rację ziemniaków. Stan i Witia najpierw poszli do Romana, ale ten wyczuł kłopoty i odmówił.
–Maszerowali w szyku – wyjaśnił kolejny raz Stan – a my zdejmowaliśmy jednego po drugim. Karabiny miały po dwa magazynki z dwudziestoma pięcioma nabojami każdy.
–I mieliśmy dwa dodatkowe – dorzucił Witalij.
–Kiedy jeden padł, zabijaliśmy następnego – powiedział Stan. – Wszystko trwało niecałą minutę. Zabraliśmy im też trochę gotówki.
–Całkiem nieźle, co? – dopytywał się Witalij.
–Zabiliście ich i obrabowaliście? – zapytała Isabelle. – Świetnie, Stan. Dobra robota, Witia.
Isabelle i jej bracia ze skrzyżowanymi na piersiach rękami opierali się o ścianę. Ostap miał dwadzieścia sześć lat, a Nikora dwadzieścia dwa. Wszyscy trzej Lazarowie byli podobni do ojca: o czarnych jak smoła włosach, krępi, melancholijni, zasadniczy. A Isabelle była podobna do matki, z wyjątkiem tego, że matka siedziała teraz na krześle w kącie z dala od całego zamieszania i czytała książkę. To zdecydowanie nie pasowało do Isabelle, która nie potrafiła usiedzieć na miejscu.
Rodzina kłóciła się, paliła i piła, ostro podzielona co do dalszego postępowania.
–Czemu trzeba coś robić? – zapytał Stan. – Nawet jeśli przyślą więcej ludzi, a byliby głupi, gdyby to zrobili, niczego nie zdradzimy. Będą wypytywać, a my zaprzeczać. Powiemy, że nie wiemy, co się stało.
–Na pewno nie chcesz ich dalej zabijać? – chciał wiedzieć Roman.
–Roman, nie żartuj – rzucił Pietka. – Nie czas na to. – Stał przy przeciwległej ścianie obok Mirika.
–Niczego nie powiemy – oświadczył Stan, którego opuścił już nastrój do żartów.
Witalij zgodził się z bratem.
–Nie znajdą ich, a my nic nie powiemy. Nie wyciśniesz krwi z kamienia.
–Ale ty nie jesteś kamieniem, Witia – zauważył Nikora. – Masz w sobie głupią krew, którą można wycisnąć. Co powiesz, kiedy powieszą cię za kostki i zaczną przesłuchiwać?
–To nie może być gorsze od tego, co jest teraz – mruknął Stan.
Siedzieli przy stole w otoczeniu pozostałych.
–Naprawdę tak sądzisz? – zapytała Isabelle.
–Powieszą nas za kostki? – pisnął Witalij. – Przestań żartować!
–Wyglądamy, jak byśmy żartowali? – zapytał Nikora.
Nikt nie kwestionował faktu, że do zabójstwa doszło pod wpływem impulsu.
–Pomyślcie o kłopotach, które teraz czekają was, skoro ośmieliliście się podnieść głos w łagodnym proteście – powiedział Ostap. – I przy okazji nas.
–Zastrzelenie dwóch tuzinów komunistycznych aparatczyków i próba ukrycia ich ciał nie jest łagodnym protestem – odparł Mirik. – To wypowiedzenie wojny.
Ostap był cierpliwy, z dyplomatycznym charakterem średniego dziecka – dopóki go nie sprowokowano. Był mężem wojowniczej księżniczki Jany, której zabroniono brać udział w tego typu spotkaniach z powodu jej wybuchowego temperamentu. Jana nie rozumiała ani nie używała słowa „łagodny” w przeciwieństwie do spokojnego męża. Słowa „łagodny” nie używał też ani nie rozumiał Roman.
–Jeśli Stan i Witia mają rację – powiedział, podkręcając wielkie wąsy – i sowieci przyjdą zabrać co nasze, czy tego też nie można uznać za wypowiedzenie wojny? – Roman nie zgodził się, by wziąć udział w zasadzce, ale nie schylał głowy przed nikim, a już na pewno nie przed Rosjanami. Jego nienawiść była pokoleniowa, genetyczna, wrodzona, wszechogarniająca, trwała – i głęboko osobista.
Wiedzieli o tym wszyscy, dlatego też Stan i Witalij najpierw przyszli do niego.
–Wolałbym nie wypowiadać wojny nikomu – stwierdził Mirik.
–Popieram – dołączył do niego Pietka.
–Będziemy ich przekonywać, Romanie. – Mirik był rozsądnym człowiekiem. Isabelle przez całe życie pływała w głębokich wodach narwanych, impulsywnych, porywczych Lazarów, z których każdy był bardziej zażarty od drugiego. Potrzebowała chłodnych, spokojnych wód trzeźwo myślącego męża.
Roman uniósł brwi.
–Bardzo chciałbym być muchą na ścianie w sali, w której ty, Miriku, będziesz tłumaczył sowieckim urzędnikom, ile mleka mogą zabrać tobie i Pietce.
–A ileż tego mleka mogą zabrać? – zapytał Mirik, wzruszając ramionami. – Tylko tyle, ile nie skwaśnieje w dwa dni.
–Miriku – zaczęła Cici – powiedział ci Roman, mówiłam ci ja i mówił kupiec z Szatawy, mówią też najnowsze gazety z Kijowa: oni nie przyjdą po twoje mleko. Przyjdą po twoją krowę.
–I tak będę bezpieczny – upierał się Mirik. – Oni nie potrafią wydoić krowy.
–Wszystko będzie dobrze – powtórzył Stan. – Nie znajdą ciał.
–Głupcy, tu nie chodzi o ciała – powiedziała Isabelle. – Ani o mleko. Ani nawet o krowę. Nie rozumiecie? Chodzi o zboże. Ze swojego kąta Oksana raz po raz kiwała głową, nie podnosząc wzroku.
Rodzina zamilkła. Złe zbiory jesienią oznaczały brak żywności zimą. Czyli teraz. Z tej sytuacji nie było wyjścia. Sto milionów ludzi mieszkających i pracujących w rosyjskich miastach, daleko od ziemniaków Stana i Witalija i mleka Mirika, musiało jeść. Skąd się weźmie dla nich chleb, jeśli nie z Ukrainy, z Ispasu i od Lazarów? A jeśli w Ispasie nie będzie zboża, co wtedy? A jeśli Lazarowie nie będą mieli zboża, co wtedy? Kiedy wszyscy sobie poszli, Isabelle i Mirik zajrzeli do śpiących chłopców. Młodszy obudził się i kiedy Mirik poszedł zaryglować drzwi, Isabelle przez kilka minut leżała między synami w ich łóżku i tuliła Maksa, żeby go uspokoić.
–Tak głośno rozmawialiście, mamo – powiedział. – Wystraszyłem się.
–Przepraszam, maleńki, przepraszam, słoneczko – szepnęła. – Dorośli czasem rozmawiają głośno, gdy dzieją się niedobre rzeczy.
–Ty i tato nie.
–Twojego tatę trudno zdenerwować, dlatego go kochamy.
–Co Stan i Witia zrobili? Byliście na nich tacy źli.
–Nic, nic. – Isabelle przycisnęła usta do jedwabistej głowy synka. – Są tylko głupi. Zrobili coś głupiego i byliśmy źli, bo wszyscy się boimy, że spotka ich za to kara.
–Jaka?
–Śpij już, Maksiu, śpij, miłyj.
–Mamo, ja też czasami robię coś głupiego.
–Ale nie tak.
–Sława też robi. Zawsze jest nieznośny, sama tak mówisz.
–Cii. Twój brat jest wspaniałym chłopcem, tak jak ty. – Nieznośnym, ale wspaniałym.
Maksym objął ją chudymi rączkami i przytulił się do jej serca.
–Nie zrobię niczego głupiego, mamoczko, obiecuję – szepnął. – Bo nie chcę, żebyś na mnie krzyczała. Chcę, żebyś krzyczała tylko na Sławę. Bo on jest naprawdę nieznośny. Kiedy Isabelle i Mirik rozebrali się w swoim pokoju i objęli się pod grubą kołdrą, Mirik próbował żartami poprawić ponury nastrój Isabelle i śmiechem ukoić jej nerwy. – Nic nam nie będzie, Iso, czemu się tak martwisz? Już wcześniej radziliśmy sobie z problemami. Ispas jest za mały i leży za daleko od nich, żeby się nami przejmowali. Bóg, który dał nam życie, którym mamy żyć, nie porzuci swojego stworzenia.
Isabelle nie była taka pewna. Może nie porzuci – bardziej wyrzuci gdzieś na stepy, zajęty innymi sprawami.
–W każdym razie – szepnął Mirik – nie mamy dokąd pójść. Jesteśmy rolnikami i tyle. Nie ma ucieczki od tego życia.
–Tego właśnie się boję – powiedziała Isabelle.
–Nie bój się. Jesteśmy błogosławieni. Śpij dobrze, żono. Zobaczysz. Jutro spadnie śnieg.
Ale nazajutrz nie spadł śnieg.
Nazajutrz zjawili się sowieci.
Źródło: Radio ZET