Przykra plotka mogła zniszczyć karierę gwiazdy PRL. "Kaśka płakała jak bóbr"

2 min. czytania
30.10.2024 14:54
Obserwuj nas na Google

Kasia Sobczyk była jedną z największych gwiazd lat 60. Być może jej kariera poszybowałaby jeszcze wyżej, gdyby nie pewna plotka, która pozbawiła artystkę możliwości występu na sopockim festiwalu. Królowa bigbitu długo nie mogła się po tym pozbierać. Przez wiele lat żywiła wielką urazę do Łucji Prus, która zastąpiła ją wówczas na scenie.

Katarzyna Sobczyk, Łucja Prus
fot. Screen, YouTube

Polacy pokochali piosenki Kasi Sobczyk

Była nastolatką, kiedy zdała sobie sprawę, że to właśnie ze sceną chce związać swoją przyszłość. Debiutowała w 1961 roku jako wokalistka amatorskiej grupy Biało-Zieloni, która działała przy Wojewódzkim Domu Kultury w Koszalinie. Popularność przyszła zaledwie 3 lata później, gdy dołączyła do Czerwono-Czarnych. Słuchacze z miejsca ją pokochali – miała nie tylko wielki talent, ale także zjawiskową urodę, dzięki czemu przyciągała publiczność niczym magnes.

 

Szybko pojawiły się też pierwsze sukcesy. Sobczyk w 1964 roku wystąpiła na festiwalu w Opolu, gdzie utworem „Nie wiem, czy warto” wyśpiewała sobie zwycięstwo. Jej radość była tym większa, gdy okazało się, że dzięki nagrodzie otrzymała gwarancję uczestnictwa w Międzynarodowym Festiwalu Piosenki w Sopocie. To z kolei dawało kolejne możliwości. Sopocki festiwal uznawany był wówczas za pewnego rodzaju okno na świat i okazję, by zabłysnąć również na arenie międzynarodowej.

Sobczyk robiła wszystko, by jak najlepiej przygotować się do występu. Nie chciała zawieść bliskich, a przede wszystkim samej siebie. Wieszczono, że ma ogromną szansę na Bursztynowego Słowika. Tuż po pierwszych próbach okazało się jednak, że marzenia wokalistki mogą spełznąć na niczym.

Quiz: Pamiętasz zespoły muzyczne z PRL-u?

1/15 "Nie płacz Ewka" to hit zespołu

Znienawidziła koleżankę ze sceny

Wszystkiemu winna była plotka. Okazało się, że ktoś „puścił” niesprawdzone informacje jakoby Sobczyk na krótko przed festiwalem miała usunąć ciążę. Dla ówczesnego szefostwa sopockiego eventu były to wieści, na które musieli zareagować natychmiast. Nie mogli sobie bowiem pozwolić na skandal. Dlatego też zdecydowano o usunięciu artystki z listy uczestniczek imprezy. „To była bzdura! Kasia robiła różne rzeczy, ale w to nie uwierzę” – pisał w swoich wspomnieniach Krzysztof Dzikowski, autor „Nie wiem, czy było warto”.

Sobczyk była zrozpaczona. Nie pomogły gorliwe prośby ani nawet interwencja u ministra kultury. Wokalistka musiała się spakować i patrzeć jak jej miejsce na scenie zajmuje Łucja Prus. Nowa reprezentantka Polski wykonała utwór „Nic dwa razy się nie zdarza”, jednak nie podbiła serc jury. Zajęła dopiero 11. miejsce.

Oglądaj

„Kaśka płakała jak bóbr. Nie rozumiała, kto i za co postanowił ją ukarać” – komentował Dzikowski. Usunięcie z konkursu było dla Sobczyk tak ogromną traumą, że cały żal wkrótce scedowała na swoją zastępczynię. - Mogłam wygrać, ale ktoś postanowił upchać swoją protegowaną z marną piosenką, niż zatrzymać Bursztynowego Słowika w Polsce – żaliła się po latach Sobczyk. Znienawidziła Prus i nie chciała już z nią występować na jednej scenie. „Ona albo ja” – miała mówić, gdy proponowano, by wystąpiła podczas koncertu, na który zaproszono również jej rywalkę.

Źródło: Radio ZET/Pomponik/Wikipedia