Imagine Dragons zagrali w Warszawie: to było muzyczne trzęsienie ziemi
Gdyby jakiekolwiek państwo, w którym ma zagrać grupa Imagine Dragons miało problem z blackoutem, to ten koncert i tak by się odbył. Dan Reynolds i spółka mają w sobie tyle energii, że byliby samowystarczalni. Wyjątkową siłę muzyki artystów z Las Vegas poczuliśmy wczoraj ponownie w Warszawie na PGE Narodowym. To był koncert, który fani przeżywali jeszcze długo po zejściu ze sceny samego zespołu.
Imagine Dragons w Polsce. Relacja z koncertu w Warszawie na PGE Narodowym
Wychodząc ze Stadionu o kierunek wyjścia zapytała mnie czterosobowa rodzina z Bydgoszczy. Dwie córki w wieku lat 14 i 17 lat i rodzice - którzy jak sami powiedzieli - do Warszawy przyjechali, bo córki bardzo chciały zobaczyć swój ulubiony zespół na żywo. Dopytuję więc o to, jakie wrażenia towarzyszą im po koncercie. Pan Jacek: - Wie pani, ja to już swoje ulubione zespoły widziałem, więc nie spodziewałem się jakichś wyjątkowych emocji, ale jestem naprawdę zaskoczony - super koncert! Mama Edyta dodaje: - U mnie w pracy często słucha się radia, więc znam sporo ich piosenek, a córki też w domu słuchają Imagine Dragons, to te utwory się zna. Mi się bardzo podobało. Dziewczyny, 14 letnia Ola: - ja byłam pierwszy raz na koncercie na stadionie i to było wow! Były piosenki starsze i nowe, śpiewałam każdą, bo znam wszystkie teksty! 17-letnia Wiktoria: - zanim przyjechaliśmy do Warszawy obejrzałam w internecie kilka nagrań z innych krajów i naprawdę nie mogłam się doczekać, żeby już obejrzeć koncert w Polsce. Było dokładnie tak jak sobie wyobrażałam, więc jestem bardzo zadowolona, że udało nam się przyjechać. Jeśli podczas kolejnej trasy wrócą do Polski - na pewno kupię bilet na koncert.
I to w zasadzie powinien być koniec relacji, bo jeśli fani grupy wypowiadają się w ten sposób, to chyba wiadomo, że zespół zagrał naprawdę dobry koncert. Ale wróćmy jeszcze na moment na PGE Narodowy.
Imagine Dragons po kilku latach wrócili na warszawski stadion w ramach światowej trasy "Loom World Tour" na zaproszenie agencji Live Nation. I chyba można powiedzieć, że czują się tu już jak w domu, bo sam Dan Reynolds kilkukrotnie krzyczał do fanów, że kocha to miejsce. Bez cienia przesady można powiedzieć, że z wzajemnością, bo przyjęcie Amerykanie mieli fantastyczne. Od pierwszej piosenki wiedzieliśmy, że będzie się działo - rzadko bowiem zdarza się, żeby confetti uniosło się w górę już na starcie show. W kolorach - a jakże - białym i czerwonym.
Kiedy ma się w swoim dorobku taki arsenał przebojów, koncert mknie do przodu w zawrotnym tempie. Panowie prezentowali swoje kawałki z właściwym dla siebie pop-rockowym sznytem nie dając publice odpocząć nawet na chwilę. Fani tańczyli zarówno na bardziej energetycznych utworach jak i tych zagranych w nieco spokojniejszej aranżacji. To zapewne zasługa w dużej mierze lidera zespołu, który bez wątpienia pokonał wczoraj na scenie kilkadziesiąt kilometrów tańcząc i biegając, jednocześnie fantastycznie śpiewając - tak, tak, to nie jest takie oczywiste. Dan Reynolds raz jeszcze pokazał wszystkim skalę i siłę swojego głosu, który nie zadrżał w nawet najmniejszym stopniu, a jak wiadomo - piosenki Imagine Dragons charakteryzują się potężnym wokalnym uderzeniem.
"Ktoś: chłopaki, ile chcecie tych efektów na koncercie? Imagine Dragons: tak." - tym żartobliwym zwrotem można podsumować to, co działo się podczas koncertu, jeśli chodzi o efekty. Choć zespół w stu procentach broni się swoją muzycznością, piosenkami i wokalem, to powiedzemy sobie szczerze - każdy dodatkowy bodziec podkręca atmosferę. W tym przypadku mieliśmy ognie, dymy, confetti, spadające iskry, a nawet... gigantyczne plażowe pompowane piłki, które wpadły w publikę na utworze "Take Me To The Beach". W ten sposób każdy z nas - chociaż na chwilę faktycznie poczuł klimat lata (co jak wiadomo przez ostatnie tygodnie w Polsce jest trudne do osiągnięcia:)) Dosłownie kilka minut później, po zaśpiewaniu utworu "Whatever It Takes" Dan Reynolds zadumał się na chwilę na scenie i zwrócił do fanów słowami: "ale piękny wieczór, ale wspaniała pogoda, zawsze taką macie?" Kilka osób obok mnie szczerze się uśmiechnęło.
Koncert panowie zakończyli swoim ikonicznym już utworem "Believer", który - jak pewnie wielu mogłoby się domyślić - zyskał największy aplauz wśród publiczności. I tu zaskoczenie - piski najgłośniej dało się słyszeć tuż przed utworem "Sharks". Za wszystkim stoi oczywiście lider grupy, który zdjął koszulkę i założył świecące okulary z rekinami, otrzymane w prezencie od fanów kilka chwil wcześniej. Serca obecnych na stadionie podbił także swoją grą na perkusji podczas utworu "Radioactive" i na fortepianie podczas "Demons". Ten kto miał szczęście stojąc przy barierkach mógł nawet go dotknąć, bo wokalista kilka razy schodził do fanów, by zbić z nimi piątkę.
Trzeba przyznać, że Amerykanin wie, jak dogadywać się z publicznością i na nią działać. Szczególnie że za każdym razem show Imagine Dragons to nie tylko muzyczna uczta, ale także garść refleksji, na którą składają się słowa Reynoldsa. Wczoraj przytoczył swoją historię startu kariery, przypomniał o problemach, z którymi się mierzył i zachęcił wszystkich obecnych na stadionie, by nawet w trudnych chwilach pamiętali, że nie są sami i nie zawahali się prosić o pomoc - również podczas terapii. Przez stadion przetoczyła się fala oklasków i uznania dla słów lidera grupy.
Solidne dwie godziny grania to najlepszy sposób na zjednanie sobie tysięcy miłośników. I tak też było wczoraj. Koncert kompletny, z fantastyczną atmosferą, przebojami, nowościami i energią, której nie da się pomylić z żadnym innym bandem. Panowie, jeśli - jak zapewniliście podczas występu - kolejnych 15 lat będzie Wasze, to my w Polsce bardzo chcemy w tych Waszych muzycznych podróżach uczestniczyć - wpadajcie na kolejne koncerty, bo w dzisiejszych czasach - takiego muzycznego trzęsienia ziemi - w wyłącznie pozytywnym tego słowa znaczeniu - potrzebuje kazdy z nas!
Magdalena Barczyk