Gwiazdor PRL wierzył, że przewidziano jego śmierć. "Wrócił roztrzęsiony"
Wacław Kisielewski był znanym nie tylko w Polsce, ale i Europie, pianistą i kompozytorem. Choć miał ogromny talent i potencjał, to jednak nie muzyka była jego największą miłością. Najbardziej ożywiał się, gdy siadał do… pokera i ruletki. „Hazard był w jego życiu zawsze. To była jedyna rzecz, o którą byłam zazdrosna” – wspominała po latach jego partnerka, Krystyna Mazurówna.
Współtworzył duet, który zachwycił publiczność
Choć Kisielewski urodził się i wychowywał w Krakowie, swoją przyszłość postanowił związać ze stolicą. By rozwijać talent, który odziedziczył po ojcu, Stefanie Kisielewskim – słynnym pisarzu i kompozytorze, zdał egzaminy do Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Warszawie. Na uczelni wiodło mu się świetnie, zwłaszcza kiedy poznał Marka Tomaszewskiego. Kolega ze studiów okazał się doskonałym kompanem do gry na fortepianie i szalonych improwizacji. Szybko zdecydowali się połączyć siły i już w 1963 roku występowali jako duet Marek i Wacek.
Grali na antenie radia i telewizji, z miejsca zyskując rzeszę fanów. Popularność przyniosły im przede wszystkim własne wersje klasycznych kompozycji - na warsztat wzięli melodie Stanisława Moniuszki czy Fryderyka Chopina, nadając im nowoczesną aranżację. Ich pracę doceniały największe gwiazdy polskiej muzyki (Ewa Demarczyk, Violetta Villas), ale i zagraniczne sławy (akompaniowali m.in. Marlenie Dietrich). Przez dwie dekady zagrali setki koncertów w Polsce, USA, Kanadzie, Japonii, czy Niemczech.
Quiz: Szybki test z polskiej muzyki. Rozpoznasz artystę po 3 słowach?
Problemem okazał się nałóg
Dzięki koncertom mogli sobie pozwolić na dostatnie życie. Kisielewski w latach 70. kupił sobie nawet wymarzone czerwone porsche, choć plotkowano, że do auta musiał dołożyć sporo z wygranej w… kasynie. Wszyscy jego znajomi doskonale zdawali sobie sprawę, że Wacek jeszcze bardziej niż muzykę kocha pokera i ruletkę. Zdarzało mu się nawet od czasu do czasu coś wygrać, jednak mówi się, że raczej nie miał szczęścia i zwykle opuszczał lokal kompletnie spłukany.
„Jego miłość do hazardu była miłością straszliwie nieodwzajemnioną, nie znałem nikogo więcej, kto grywałby z takim zapałem, mając tak niewiele szczęścia” – pisał o nim Lucjan Kydryński w książce „Marek i Wacek: historia prawdziwa”.
O wiele lepiej wiodło mu się w życiu prywatnym. Kisielewski miał ogromne powodzenie u kobiet, o czym świadczyć mogą jego liczne romanse. Żadna z jego miłości nie mogła jednak konkurować z umiłowaniem do hazardu. "Hazard był w jego życiu zawsze. To była jedyna rzecz, o którą byłam zazdrosna. Tylko przy pokerze pojawiał się w jego oczach błysk. Drżał z podniecenia tylko przy stole z ruletką, gdy obstawiał” – wyznała Krystyna Mazurówna, z którą muzyk spotykał się przez cztery lata. Żenił się tylko raz, jednak i małżeństwo nie przetrwało próby czasu. Ze związku z Joanną miał jedyną córkę – Zuzannę (1980r.), dla której zadedykował swój słynny utwór instrumentalny, „Melodia dla Zuzi”.
Cyganka przepowiedziała mu śmierć
Wacław Kisielewski dużo podróżował. Jedna z jego wycieczek była jednak bardzo szczególna. Kiedy po koncercie w Wilhelmsbad pod Frankfurtem 24 maja 1986 roku postanowił wybrać się ze swoją ówczesną narzeczoną Magdą Jankowską na wyspę Sylt, nie wiedział, że ten dzień zapamięta do końca życia. Z relacji jego znajomych wynikało bowiem, że para udała się wówczas do cyganki, a ta przepowiedziała muzykowi rychłą śmierć. „Wrócił roztrzęsiony. Wiele razy potem wracał do tej wróżby” – opowiadał Marek Tomaszewski w książce „Kisielewski” Mariusza Urbanka.
Pech chciał, że wróżba spełniła się co do joty. Wacław Kisielewski zginął w wypadku samochodowym, do którego doszło zaledwie 5 tygodni później – 9 lipca 1986 roku. Auto prowadził jego znajomy – Grzegorz Gąskiewicz, który wsiadł za kierownicę po spożyciu alkoholu. Na zakręcie - przy prędkości 120 km/godz. - auto koziołkowało. Wacław Kisielewski wypadł przez przednią szybę i doznał poważnego urazu głowy. Zmarł trzy dni później, nie odzyskawszy przytomności. Miał zaledwie 43 lata.
Wokół śmierci artysty nie brakowało kontrowersji. Okazało się bowiem, że Gaskiewicz najpierw zbiegł z miejsca zdarzenia, by kolejnego dnia zgłosić się na milicję i przyznać do winy. Mężczyzna nigdy nie poniósł jednak odpowiedzialności za wypadek. Po wpłaceniu 18 tysięcy dolarów kaucji, wyjechał z Polski i nigdy nie wrócił. W zatuszowaniu sprawy miały mu pomóc służby, które naciskały na prokuratora, by ten jak najszybciej zamknął sprawę.
Źródło: Radio ZET/Onet/Wikipedia