Zbyt mocno, zbyt głośno, zbyt kolorowo. Netflix po raz kolejny przedobrzył
Efekciarski, ale nie efektowny – tak najkrócej można by zrecenzować nowy polski serial, który właśnie wylądował w bibliotece Netflixa. „Aniela” robi wszystko, by zachwycić widzów, ale niestety stara się zbyt mocno, wywołując skutek zgoła odmienny od zamierzonego.
- „Aniela” to nowy polski serial, który zadebiutował dziś na Netfliksie.
- W roli głównej oglądamy Małgorzatę Kożuchowską.
- Za reżyserię odpowiadają Jakub Piątek i Kuba Czekaj. Scenariusz napisał Paweł Demirski.
Intrygujący punkt wyjścia
Aniela (Małgorzata Kożuchowska) to kobieta, której się w życiu powiodło. Bogaty i przystojny mąż (Jacek Poniedziałek), dorastająca córka, piękna willa po tej „lepszej” stronie Wisły, właściwie zero obowiązków i nieograniczony czas na realizowanie projektów, za które i tak płaci ukochany. Jednym z nich jest otwarcie nowej galerii i organizacja wernisażu, w dzień powrotu wybranka z wyprawy do Afryki. Dzień jak co dzień, wszystko idzie zgodnie z planem do momentu, gdy mąż zjawia się na wydarzeniu i informuje Anielę, że chce zmienić swoje życie. W nowej rzeczywistości nie ma już miejsca dla żony, jest za to przestrzeń na kolejny związek. Szybko okazuje się bowiem, że mężczyzna odnowił kontakt z licealną miłością i to u jej boku chce się zestarzeć.
Wieści o planowanych zmianach wytrącają Anielę z równowagi. Dochodzi do skandalu, po którym kobieta nie tylko traci dom, dostęp do majątku, ale i kontakt z córką. Bezrobotna, ze skromnym kieszonkowym i walizkami pełnymi markowych ubrań ląduje na jednym z blokowisk, znajdujących się na cieszącej się złą sławą warszawskiej Pradze. Tam niespodziewanie spotka na swojej drodze osoby, które pomogą jej w realizacji zemsty na byłym partnerze i jego najlepszym przyjacielu (Cezary Pazura)…
Quiz: Pamiętasz hity Netflix? Niektóre pytania są bardzo podchwytliwe
Serial z problemami
„Aniela” nie jest jednak tylko serialem o próbach powrotu głównej bohaterki do dawnego życia, to przede wszystkim satyra na tzw. warszawską elitę, mieszkańców „dzikiej” i niebezpiecznej Pragi, i konflikt między obiema grupami. Satyra, niestety o tyle nieudana, że zupełnie przestylizowana. Jest zbyt mocno, zbyt głośno, zbyt kolorowo i zbyt… tłoczno. Bohaterowie drugoplanowi, a nawet epizodyczni, mnożą się tylko po to, by rzucić na ekranie soczystą wiązankę przekleństw i zniknąć, nie odgrywając właściwie żadnej roli w historii głównej bohaterki. Ona sama, choć zupełnie nienauczona prawdziwego życia (w jednym z odcinków uczy się, jak skasować bilet), zaskakująco szybko łapie kontakt z mieszkańcami Pragi, wśród których znajdują się nastoletnie recydywistki, dilerzy, złodzieje i czeczeńscy uchodźcy. Z jedną z tych postaci – gangsterem Armanim (Filip Pławiak) - nawiązuje nawet romans. Wątek tej relacji, w zalewie tysiąca innych, pojawia się i znika, wypadając zupełnie niewiarygodnie.
Ten nadmiar widoczny jest także w wielu innych aspektach produkcji. Wydaje się, że zasadą, która przyświecała twórcom jest ta, głosząca, że „im więcej, tym lepiej”. Mamy tu bowiem sporo zabiegów, które miału uatrakcyjnić formę. Aniela, niczym główna bohaterka serialu „Fleabag”, zwraca się bezpośrednio do widzów, dzieląc się myślami i opisując wydarzenia z własnej perspektywy. Robi to jednak bardzo nieregularnie i niekonsekwentnie, przez co te wstawki, zwłaszcza w drugiej części serialu Netflixa, jedynie zaburzają odbiór poszczególnych odcinków.
Są także retrospekcje, wizualizacje fantazji bohaterów, a nawet bliźniaczki, w które wciela się jedna aktorka (Gabriela Muskała). Swoją drogą są to najbardziej irytujące postaci serialu. Fabuła produkcji niewiele straciłaby na tym, gdyby twórcy zdecydowali się złączyć te bohaterki w jedną osobę… Cały wątek, zbudowany wokół sióstr i ich niecnego planu rewolucji w obszarze praskiej infrastruktury, nie tylko nudzi, ale momentami wywołuje ciarki żenady. Podobnie zresztą jest w przypadku scen z udziałem terapeuty (Sebastian Pawlak). To kolejna na wskroś stereotypowa postać, która została opakowana czerstwymi żartami rodem z typowych polskich komedii ostatnich lat.
W całej tej palecie dziwnych osobistości podobać się może jedynie serialowy raper Banan. Bohater grany przez Antka Sztabę stanowi całkiem udaną parodię muzyków młodego pokolenia, a jego postać od początku do końca jest spójna. W tym przypadku twórcy wyjątkowo „nie przedobrzyli” i zaserwowali widzom jeden z najlepszych momentów całego seansu, czyli hip-hopową sceniczną batalię z udziałem nastolatka i początkujących praskich raperek. Fragment ten ma dobre tempo i zachwyca realizacją. Szkoda, że takie sceny pojawiły się dopiero… w finale sezonu.
Co z Małgorzatą Kożuchowską?
Za jasny punkt serialu można uznać też główną bohaterkę, a raczej kreację Małgorzaty Kożuchowskiej. Aktorka, która debiutuje w serialu streamingowym, robi, co może, by jak najlepiej zaprezentować swoją postać, nawet w tych chwilach, kiedy ze względu na kulejący scenariusz, nie ma zbyt dużego pola do popisu. Jej Aniela, choć momentami mocno irytująca, jest charyzmatyczna i zapada w pamięć. Na tle pozostałych, dość nijakich osobistości, błyszczy zdecydowanie najmocniej.
Nowy serial Netflixa miał zadatki na wielki hit. Tym przebojem, zerkając na dotychczasowe wyniki oglądalności polskich nowości, może i rzeczywiście się stanie. Dla mnie to jednak kolejna dobrze zrealizowana, ale niedopracowana fabularnie produkcja, pełna klisz, czerstwych żartów i niepotrzebnych wątków. „Aniela” jest parodią, której niestety zabrakło umiaru. Mogło być naprawdę dobrze, a wyszło… Sami dokończcie, jeśli dacie radę obejrzeć.
Źródło: Radio ZET