`

„Napady warszawskie” wstrząsnęły PRL. W książce opisał szokujące fakty

15 min. czytania
21.07.2025 11:49
Obserwuj nas na Google

Przemysław Semczuk, autor między innymi bestsellerowego Wampira z Zagłębia, za którego zdobył Kryształową Kartę Polskiego Reportażu (2017), powraca w trzymającej w napięciu historii. Przeczytaj fragment książki „Nieuchwytni. Odtajnione dokumenty, niewyjaśnione śledztwa PRL”.

Fragment książki „Nieuchwytni. Odtajnione dokumenty, niewyjaśnione śledztwa PRL”
fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Jak wyglądały napady warszawskie, które zszokowały PRL?
  • Dlaczego odtajnione dokumenty są kluczowe w zrozumieniu zagadki 'nieuchwytnych'?
  • Jaką rolę w śledztwie odegrała bezpieka i milicja?
  • Które nieznane wątki ujawniają dokumenty dotyczące napadów? 

„Napady warszawskie” wstrząsnęły Polską. O czym mówi książka „Nieuchwytni. Odtajnione dokumenty, niewyjaśnione śledztwa PRL”?

Na warszawskich ulicach rozgrywają się sceny niczym z amerykańskich filmów gangsterskich. Bandyci strzelają bez ostrzeżenia. Rabują utarg ze sklepu, napadają na strażników przed pocztą i atakują konwój z utargiem z Centralnego Domu Towarowego.

Bezpieka i milicja podejrzewają, że za „napadami warszawskimi” mogą stać ci sami ludzie, którzy dla okupu porwali Bohdana Piaseckiego, syna wpływowego polityka, przewodniczącego Stowarzyszenia PAX, a przed wojną przywódcy faszystowskiej Falangi.

Wśród tysięcy podejrzanych są ludzie z pierwszych stron gazet, aktorzy, politycy, dziennikarze, a nawet seryjny zabójca kobiet. W końcu na trop bandytów wpada oficer z prowincji. W nagrodę zostaje… wyrzucony z milicji.

Okładka książki
Fot. Radio ZET
Okładka książki

Dokumenty odtajnione w 2019 roku przez Główne Archiwum Policji, ujawniają nieznane wątki i sensacyjny finał najdłuższego śledztwa kryminalnego w historii PRL. Poniżej można przeczytać fragment książki, która opowiada o tej sprawie. Pozycja wydana została przez Świat Książki.

Quiz: Te książki „dzieci PRL” czytały w dzieciństwie. Ile z nich pamiętasz? [Quiz]

Shutterstock
1/12 Głównymi bohaterami tej powieści byli Staś i Nel.

Fragment książki „Nieuchwytni. Odtajnione dokumenty, niewyjaśnione śledztwa PRL” Przemysława Semczuka

Napad na warszawski konwój

Zima roku 1964 przywitała warszawiaków wyjątkowo punktualnie. Pierwsze jesienne mrozy i przelotne opady śniegu pojawiły się już w październiku. Ale dopiero w przeddzień kalendarzowej zimy nad Polskę nadciągnął chłodny front niżowy. Temperatura spadła poniżej zera, a opady śniegu wypędziły warszawskich dozorców i gospodarzy domów z ciepłych kantorków. Cztery centymetry śniegu to niby niewiele. Nie wszędzie jednak da się uprzątnąć pobielone chodniki. Centrum stolicy wciąż jest jednym wielkim placem budowy. Bez przerwy coś się wyburza, remontuje albo buduje. Toteż mróz jest wyczekiwanym zbawieniem. Tonące w błocie uliczki dają chwilową ulgę. Nie trzeba brnąć po kostki w przepastnych kałużach. Należy wszakże uważać, bo na przechodniów czyhają zamarznięte wyboje i zdradliwe ślizgawki. Lekarze z pogotowia na Hożej mają ręce pełne roboty. Od rana zużyto już sto kilogramów gipsu.

Do świąt pozostały tylko dwa dni. Mimo późnej pory po ulicach wciąż kręci się sporo ludzi. Miasto ogarnęła gorączka zakupów. Jedni szukają czegoś na wigilijny stół, inni przeczesują sklepy, rozglądając się za prezentami. Najbardziej obleganym miejscem jest Centralny Dom Towarowy.

Warszawski cedet to już legenda. Od 22 lipca 1951 roku gmach u zbiegu Alei Jerozolimskich i Kruczej jest handlową wizytówką stolicy. Sto trzydzieści stoisk odwiedza każdegodnia blisko pięćdziesiąt tysięcy klientów. W grudniu liczba szturmujących rośnie, sięgając nawet stu tysięcy dziennie. Połowa z nich coś kupuje – a jest w czym wybierać. Zaopatrzenie jest tu najlepsze nie tylko w stolicy, ale i w kraju. Cedet oferuje osiemdziesiąt tysięcy najróżniejszych artykułów. Wszyscy jednak wiedzą, że aby upolować naprawdę atrakcyjne towary, trzeba mieć w cedecie kogoś znajomego. Kogoś, kto powie kiedy i na które stoisko rzucą poszukiwane, trudno dostępne dobra. Jedna trzecia najlepszych okazji nie trafia nawet do sprzedaży. Roztapia się gdzieś w mrokach magazynów, oczywiście za wyższą cenę. To, co zostanie, wykupują klienci „łańcuszkowi”, którzy całymi dniami koczują przy zamontowanych wzdłuż okien kaloryferach. Czekają na dostawę zagranicznych dywanów, turystycznych radioodbiorników, włoskich pantofli czy angielskich płaszczy. Kupują wszystko na handel. Zwykłym klientom pozostaje liczyć tylko na łut szczęścia.

Dodatkowym magnesem przyciągającym do Centralnego Domu Towarowego są godziny otwarcia. Sześciokondygnacyjna świątynia handlu pracuje siedem dni w tygodniu. I to po dwanaście godzin. To o wiele dłużej niż inne sklepy. W niedzielę otwiera się tylko pedet na Woli, gallux z wyborem ekskluzywnej odzieży, salon futrzarski i wybrane sklepy delikatesowe, należące do Warszawskiej Spółdzielni Spożywców (WSS).

O godzinie 8:30 rano portierzy otwierają wejścia, które Leopold Tyrmand porównywał do pomp ssąco-tłoczących, bez przerwy przepychających potoki ludzkie. Z głośników w cedecie płynie miły kobiecy głos. Witając, informuje, kto dzisiaj obchodzi imieniny, klientom życzy udanych zakupów, a pracownikom miłej pracy. Obsługa włącza ruchome schody łączące kolejne piętra. Choć są one ruchome tylko z nazwy. Od chwili otwarcia nie ma dnia, by któryś z radzieckich eskalatorów nie był w naprawie. Stefan Wiechecki, słynny Wiech, pisze o nich w felietonach, że są „schodami nieruchomymi”. A mimo to zostały uznane za jeszcze jedną, wyjątkową atrakcję, szczególnie lubianą przez dzieci.

Jeszcze wcześniej, bo o 7:00 rano otwierają się drzwi mieszczących się na parterze delikatesów. Marokańskie sardynki w puszkach, włoska oliwa z oliwek, indyjska herbata i południowoafrykańska kawa, ananasy w puszkach, tunezyjskie daktyle i algierskie figi. Wszystko w ciągłej sprzedaży. Stoisko monopolowe oferuje prawdziwe francuskie szampany i oryginalne koniaki. Jest też bułgarska pliska, włoska grappa, greckie uzo i egzotyczne trunki z najdalszych zakątków świata. Przed świętami w delikatesach pojawiają się nawet pomarańcze i cytryny. Jest drogo, ale nikt nie kręci nosem. Gdzie indziej można tylko pomarzyć o takich frykasach. Tłum kupujących meandruje alejkami, łapiąc do koszyków luksusowe wiktuały. Kasy stojące przy wyjściu z samoobsługowej sali bez przerwy terkocą i podzwaniają wesoło dzwonkami po każdym podsumowaniu rachunku.

Na ostatniej, szóstej kondygnacji cedetu pieści podniebienie i dostarcza rozrywek restauracja kategorii pierwszej o swojskiej nazwie „Stolica”. Ogromna przeszklona sala z tarasem widokowym może pomieścić dwustu pięćdziesięciu gości. Dzięki oddzielnej klatce schodowej i windzie dancing przy akompaniamencie zespołu muzycznego kończy się tu o 4:00 nad ranem.

Na pierwszym piętrze wytchnienie oferuje klientom, i nie tylko, kawiarnia „Antresola”. Nazywana przez bywalców „kawiarnią na półce”. Półkę ową stanowi wąski taras zewnętrzny, wiszący nad wejściem od strony Alei Jerozolimskich. I drugi wewnętrzny, posadowiony nad westybulem przy wejściu. W kawiarni chętnie odpoczywają umęczeni eleganccy panowie, którzy często muszą znosić kilkugodzinne przymiarki na stoisku salonu mody. Jest to również popularne miejsce spotkań warszawskiej młodzieży, wagarowiczów i bohemy artystycznej. „Na półce” można spotkać literatów i aktorów. Zaglądają tu też panie trudniące się najstarszym zawodem świata. Wpadają na chwilę, po drodze do „Polonii” czy „Bristolu”.

O bajońskich utargach cedetu z dumą pisze prasa. W okresie przedświątecznym sięgają one trzech milionów złotych dziennie. W ostatnią niedzielę handlową padł nowy rekord. W dzisiejszym wydaniu „Express Wieczorny” na pierwszej stronie tryumfalnie zawiadamia o wynikach „złotej niedzieli” i przebiciu ubiegłorocznego rekordu aż o dwieście tysięcy. Do kasy trafiły cztery miliony osiemset tysięcy.

O 16:00 do gabinetu dyrektora cedetu, towarzysza Albina Kostrzewskiego, wchodzi dowódca straży przemysłowej Czesław Jarek. Kładzie na biurku plan wieczornego konwoju, który odwiezie utarg do banku. Wraz z nim upoważnienie do wydania broni. Jeszcze przed paru laty pieniądze konwojowała milicja. Jednak w komendzie ktoś doszedł do wniosku, że milicja nie jest od tego i odwożeniem pieniędzy zajęła się umundurowana straż zakładowa. Z tej okazji dziesięciu strażnikom przydzielono jeden pistolet PW (skrót od: pistolet wojskowy), kaliber 7,62. To w zupełności wystarcza, bo broń jest pobierana z depozytu wyłącznie podczas wyjazdów do banku. Ma ją jeden ze strażników – ten, który zostaje wyznaczony na dowódcę konwoju. Drugi dźwiga worek wypchany pieniędzmi. Jest co dźwigać, gdyż waży on zwykle kilkanaście kilogramów.

Dyrektor Kostrzewski podpisuje dokument i wraca do swoich spraw. Tego dnia w konwoju pojadą Stanisław Piętka i Zdzisław Skoczek. Skoczek pracuje ledwie od roku, rzadko pełni funkcję dowódcy. Piętka jest od niego starszy, pracuje dłużej, już ponad dwa lata. Wiele razy jeździł do banku z utargiem. Toteż zgodnie z regulaminem spisanym przez komendanta straży przemysłowej Jana Mikę to on zostaje wyznaczony na dowódcę wieczornego konwoju. Od 14:00 pełni służbę na piątym piętrze. Po 19:00 pojedzie do banku, a pracę skończy po 22:00, asystując przy komisyjnym zamykaniu i plombowaniu stoisk.

Przed 18:00 w wartowni straży pojawia się Skoczek. Mówi, że odbierze broń dla Piętki. Czesław Jarek kiwa twierdząco głową. W cedecie panuje koleżeńska atmosfera. Strażnicy dobrze się znają i gdy jeden jest czymś zajęty, inny wyręcza go w obowiązkach. Takie sytuacje często się zdarzają. Jarek otwiera szafę pancerną i wydaje Skoczkowi kaburę z pistoletem i dodatkowym magazynkiem. Ten kwituje odbiór i wychodzi. Zaraz za drzwiami spotyka Piętkę, który idzie akurat odebrać broń. Wyjaśnia mu, że już pobrał pistolet, bo Jarek zmienił decyzję i to on ma być dziś dowódcą. Piętka wzrusza tylko ramionami, przyjmując do wiadomości tłumaczenie. Jest mu wszystko jedno, kto będzie miał broń, a kto poniesie worek.

W tym samym czasie w specjalnym pomieszczeniu w podziemiach kasjerki-liczarki kończą zliczanie gotówki. Jest tego siedemset trzynaście tysięcy w banknotach pięćsetzłotowych, sześćset dwa tysiące dziewięćset złotych w stuzłotówkach, osiemnaście tysięcy siedemset złotych w pięćdziesiątkach i tysiąc dziewięćset złotych w dwudziestkach. Łącznie milion trzysta trzydzieści sześć tysięcy pięćset złotych. Pieniądze trafiają do worka, który główna kasjerka Jadwiga Michałowska zawiązuje drutem, przyczepia „chorągiewkę” z wypisaną kwotą i zaciska ołowianą plombę. Ośmiokilogramowy worek wkłada do kasy pancernej, którą następnie zamyka na klucz zawieszony na łańcuszku na szyi.

Kierowca Władysław Bogdalski pracę rozpoczął o 14:00. Jeździ tego dnia zieloną warszawą o numerach WE 2653. Na drugiej zmianie jest jedynym kierowcą. Popołudniami to wystarcza, bo wyjazdy rzadko się zdarzają. Dyrektor jest zazwyczaj na miejscu, a bieżące sprawy zaopatrzeniowe załatwia się rankami. W grafiku, co prawda, nie zapisuje się takich szczegółów, ale kierowca wie, że wieczorem będzie musiał jechać z pieniędzmi do NBP przy Jasnej. To niedaleko, ledwie parę ulic od cedetu. Jechania raptem kilka minut, później jeszcze jakieś pół godziny czekania przed bankiem, aż kasjerka przekaże pieniądze do skarbca. Z powrotem do cedetu i fajrant.

Parę minut przed 18:00 Bogdalski idzie do pomieszczeń skarbca.

–Jest już Michałowska? – pyta pilnującego drzwi Franciszka Mirosa.

–A co cię to obchodzi? – odpowiada obcesowo strażnik.

Bogdalski dopiero od niedawna pracuje w cedecie i nie wgryzł się jeszcze w panujące tu układy.

–Spieszy mi się – usprawiedliwia się pojednawczo. – Na pociąg muszę zdążyć. W styczniu się żenię i w domu robota. A jeszcze święta.

Miros mierzy go surowym wzrokiem. Poprawia czapkę, robiąc groźną minę, po czym lekko się uśmiecha.

–Podjeżdżaj pod rampę, zaraz tu będą. – To mówiąc, wskazuje głową w stronę wejścia i daje Bogdalskiemu do zrozumienia, że nic więcej nie powie.

Bogdalski wybiega na zewnątrz. Wóz stoi z tyłu budynku, gdzie są miejsca zarezerwowane dla cedetu. Zapuszcza motor i zjeżdża wolno pochylnią do podziemi. Ustawia warszawę przy rampie numer dwa. Powinien zaparkować przy rampie pierwszej. Takie zalecenie wydał niedawno dyrektor. Ale do rampy numer dwa jest bliżej. Stoją tu, co prawda, dwie ciężarówki, ale mimo to łatwiej podjechać.

O 18:20 strażnicy Skoczek i Piętka wchodzą do pomieszczenia kasy. Widząc ich, Michałowska chwyta słuchawkę telefonu i wykręca numer wartowni. Zdenerwowanym głosem żąda od Czesława Jarka, aby natychmiast przysłał uzbrojonego strażnika. Speszony Skoczek wypada w tym czasie z pokoju. Po chwili jest z powrotem, przypinając do pasa kaburę. Bąka coś pod nosem, że przez nieuwagę zostawił broń w szatni. Michałowska uspokaja się. Otwiera szafę i każe Piętce zabrać worek.

Bogdalski czeka przy wozie, patrząc, jak magazynierzy rozładowują dostawę z ciężarówek. Przenoszą pudła i skrzynie na wózki i wciągają je w przepastne trzewia cedetu. W pobliżu kręcą się też elektrycy usuwający usterkę transformatora. Na rampie jest kilkanaście osób. Po niespełna półgodzinie pojawia się kasjerka i dwóch strażników. Bogdalski, nie czekając, wsiada za kierownicę i kopie starter. Wysłużony „dolniak” z pierwszych lat produkcji zaskakuje od dotknięcia. Zawory grają, przez chwilę terkocąc. Gdy pompa olejowa łapie ciśnienie, silnik uspokaja się i wyrównuje obroty. Wóz ma już zrobione dwieście tysięcy kilometrów, ale trzyma się całkiem dobrze. Dotąd ani razu nie zawiódł.

Michałowska, widząc zaparkowaną przy rampie warszawę, oddycha z ulgą. Nie lubi jeździć do banku żukiem. W osobowym aucie czuje się pewniej. Szyby z tyłu są zamalowane do połowy zieloną farbą. Dzięki temu nie widać, czy poza kierowcą i pasażerem ktoś jeszcze siedzi w wozie. W oszklonym żuku jest jak w akwarium, wszyscy są na widoku. Wciąż ma wrażenie, że idący ulicą ludzie bez przerwy im się przyglądają. Powtarza sobie, że jest przewrażliwiona. Pracuje w cedecie od początku, a od siedmiu lat jest główną kasjerką. Nigdy nic złego się jak dotąd nie stało. Cedetowskie auta często się kręcą po mieście. Skąd ktoś ma wiedzieć, że akurat tym razem wiozą pieniądze? Raz czy dwa wydało się jej, że ktoś faktycznie ich obserwuje. Nikomu o tym nie mówiła, bo się bała, że wyjdzie na histeryczkę. Ale poprosiła dyrektora o wysyłanie do banku tylko warszawy. Dyrektor nie pytał dlaczego. Może uznał, że woli jeździć osobowym autem, bo tak jest wygodniej. Wydał zalecenie, choć nie zawsze jest ono przestrzegane.

Skoczek jako dowódca konwoju siada z przodu. Miejsca z tyłu zajmują Piętka i Michałowska. Strażnik sadowi się za kierowcą, a kasjerka za Skoczkiem. Worek z pieniędzmi leży pomiędzy nimi.

Bogdalski wolno rusza. Warszawa z wysiłkiem gramoli się po mokrej pochylni. Na szczęście posypano ją solą i padający niedawno śnieg nie przymarzł. Konserwatorzy pilnują, aby do tego nie doszło, ponieważ do podziemi każdego dnia zjeżdża kilkadziesiąt ciężarówek z dostawami.

Na skrzyżowaniu Alei Jerozolimskich i Kruczej jest jak zawsze sporo samochodów. Z boku cedetu ustawiono stoisko, na którym sprzedaje się żywe karpie. Na placyku od tyłu parkuje kilka ciężarówek z choinkami. Po obu stronach kłębi się tłum ludzi.

Bogdalski przepuszcza jadące samochody i włącza się do ruchu. W kierunku placu Zwycięstwa ciągnie masa narodu. Tu zawsze jest ruch. Na Kruczej i Szpitalnej gnieździ się sporo małych sklepików, komisów, warsztatów szewskich, punktów naprawy parasolek, wiecznych piór i maszyn do pisania. Przechodnie niosą siatki, które szarpią się, jakby były żywe. Widać udało im się zdobyć upragnioną rybę. Teraz spieszą, bo na karpie czeka wanna wypełniona wodą. Jeszcze inni ledwie wystają spod zielonych iglastych drzewek.

Na twarzach obładowanych zakupami ludzi widać uśmiechy. Niewątpliwą przyczyną radości są pomarańcze i cytryny rzucone po południu do cedetowskich delikatesów. Cytrusy to wciąż rzadki rarytas. Na jednej z partyjnych operatywek w Fabryce Samochodów Osobowych (FSO) robotnikom narzekającym na brak cytryn odpowiedział sam Władysław Gomułka, pierwszy sekretarz Komitetu Centralnego i zgodnie z proletariackim zwyczajem członek zakładowej komórki partyjnej.

– Sok z kiszonej kapusty ma, towarzysze, więcej witaminy C niż cytryny! – grzmiał z mównicy.

Na co odpowiedział mu zwykły robotnik, pytając, czy towarzysz sekretarz pije herbatę z sokiem z kapusty. Sala ryknęła śmiechem. Prasa ani słowem nie wspomniała o kwaśnej ripoście. Ale prędko pojawiły się notki o tysiącach ton cytrusów rozładowywanych w gdańskim porcie. Była to ledwie kropla w morzu potrzeb. Nie wystarczyła do uradowania się całej Polski. Ale wystarczyła do zadowolenia w przedświątecznym okresie przynajmniej warszawiaków.

Wóz przecina placyk, na którym Krucza przechodzi w Bracką, by już po kilkudziesięciu metrach zmienić się w Szpitalną. Na skrzyżowaniu z Chmielną wciąż widać wojenne zniszczenia. Kwartał po lewej wygląda jak oszpecona, bezzębna twarz. Przez pojedyncze budynki i rumowiska widać nawet dom „Pod Orłami”, do którego zmierza konwój. Ale tą drogą przejechać się nie da, bo Chmielna jest jednokierunkowa. Kawałek dalej kierowca powinien skręcić w lewo, w niewielką uliczkę Przeskok. Stąd do banku jest zaledwie sto metrów. Bogdalski jednak mija skrzyżowanie i wciąż jedzie prosto.

–Jak pan jedzie?! – krzyczy zaskoczony zmianą trasySkoczek.

–Jadę dalej, bo przez Przeskok przejazd jest zamknięty – wyjaśnia spokojnie Bogdalski.

–Co to pana obchodzi? – wtrąca się do rozmowy rozdrażniona Michałowska. – Kierowca wie, gdzie mu wolno jechać.

Skoczek jeszcze bąka pod nosem, że to on jest dowódcą i to on tu rządzi. Michałowska odpowiada, że również ma tu coś do powiedzenia. Tylko Piętka siedzi cicho. Jemu jest wszystko jedno, którędy jadą.

Auto pokonuje niewielki odcinek, co chwila przystając, by przepuścić tłum pieszych. W końcu dojeżdża doplacu Powstańców. Tu też ruch jest ogromny, bo mimo późnej pory wciąż czynne są kasy Obsługi Ratalnej Sprzedaży (ORS), Polresu, Polskich Linii Lotniczych LOT i Biura Podróży Orbis. Jedni załatwiają ostatnie zakupy na raty. Inni próbują kupić bilety. Lotnicze są drogie, ale i tak nie brakuje na nie chętnych, bo przed świętami kupienie miejscówki czy kuszetki na nocny pociąg graniczy z cudem. Poza tym „LOT-em bliżej”, jak głosi przedwojenne hasło reklamowe, wymyślone przez Melchiora Wańkowicza.

Warszawa przejeżdża obok pawilonu meblowego vis à vis skrzyżowania z Boduena. Ta wąska uliczka prowadzi prosto do banku, ale jest jednokierunkowa i w nią również nie można skręcić. Bogdalski jedzie więc prosto, wzdłuż Domu Chłopa, i wreszcie przecina plac, by za gmachem Ministerstwa Handlu Wewnętrznego skręcić w Moniuszki. Mija postój taksówek i powoli przeciska się między samochodami i słabnącym potokiem przechodniów zdążających w stronę Marszałkowskiej. Na kolejnym skrzyżowaniu ponownie skręca w lewo. Tym razem w ulicę Jasną. Zgodnie z nazwą jest tu nad wyraz jasno. Od błyszczącego asfaltu, pokrytego cienką warstwą lodu, odbijają się wesoło mrugające neony i światła ulicznych latarni.

Ostatni odcinek dwustu metrów idzie już gładko. Skręt w prawo i Bogdalski zatrzymuje wóz tuż przed wejściem do banku. Stoi tu znak zakazu zatrzymywania, ale jego nie obowiązuje. Motor wozu milknie.

Na placyku przed bankiem o tej porze kręci się niewielu przechodniów. Na środku stoi kilkanaście samochodów. Tu również jest dość jasno. Po przeciwnej stronie placu, w budynku redakcji „Kuriera Polskiego”, światła świecą na wszystkich piętrach. Stojące na ulicy latarnie zalewają plac białym światłem sączącym się ze sterczących jak kocie wąsy opraw jarzeniówek. Świetlista poświata pada też z wielkich okien umieszczonych w fasadzie domu „Pod Orłami”.

Gdyby nie zimowy chłód, można by odnieść wrażenie, że to środek letniego dnia.

Pierwszy z wozu wysiada Skoczek. Zatrzymuje się mniej więcej w połowie chodnika dzielącego ulicę od drzwi banku. Stoi plecami w stronę placyku i ulicy Hibnera (dziś Zgody). Michałowska po wyjściu z auta przystaje na chwilę, by przepuścić niosącego worek Piętkę.

–To ja lecę przodem! – rzuca przez ramię strażnik do kasjerki i rusza biegiem.

Michałowska widzi idącego wzdłuż ściany mężczyznę w płaszczu. Musiał wyjść zza rogu Jasnej, gdy wysiadali z wozu.

„Pewnie to klient idący do banku” – myśli i zatrzymuje wzrok na niosącym pieniądze Piętce, który jednym susem przeskakuje pierwszy schodek. Jednak idący wzdłuż ściany mężczyzna ponownie zwraca jej uwagę. Przyspieszył kroku i za chwilę zderzy się w drzwiach ze strażnikiem, który niemalże łapie za klamkę. Rozlega się huk wystrzału, a po chwili drugi i trzeci.

Piętka upada. Mężczyzna w płaszczu wyrywa mu worek z pieniędzmi i zaczyna uciekać w stronę ulicy Hibnera. W tej samej chwili gdzieś z tyłu po lewej słychać dwa kolejne strzały. Kasjerka odwraca głowę i widzi, że drugi strażnik pada na pierwszym stopniu. Jakiś mężczyzna robi w jego stronę kilka kroków i strzela dwa razy do leżącego. Słychać brzęk metalowych łusek odbijających się od betonowych płyt trotuaru.

W momencie gdy rozbrzmiewa odgłos pierwszego wystrzału, Bogdalski schyla się do schowka, aby wyjąć kartę drogową. Huk go podrywa, ale nadal nie wie, co się dzieje. Sądzi, że to wystrzał tłumika któregoś z parkujących na placu aut. Widzi jednak coś, co wydaje się niemożliwe. Oto stojący bokiem do niego wysoki mężczyzna trzyma w wyciągniętej ręce

pistolet. Pada kolejny strzał. Bogdalski jak w zwolnionym tempie widzi błysk wyplutego z lufy ognia i łuskę, która zataczając łuk, odbija się od karoserii samochodu. Jednocześnie kątem oka dostrzega upadającego strażnika. Jego czapka toczy się po chodniku. Jakiś człowiek biegnie w stronę ulicy Hibnera, dźwigając worek z pieniędzmi. Piętka, który jest już przy drzwiach, podnosi się i znika wewnątrz banku.

„To napad” – dociera do Bogdalskiego to, w co nadal nie może uwierzyć. Łokciem naciska umieszczoną na środku kierownicy jasną, okrągłą tarczę ze znaczkiem FSO.

Powietrze rozdziera niski, natrętnie buczący dźwięk klaksonu warszawy. Odbijając się echem od ścian budynków, przypomina syrenę statku ostrzegającą przy wejściu do portu – uwaga, tu jestem!

–Bandyci! Milicja! Milicja! – krzyczy Michałowska, uciekając za samochód. Kuca za autem jak za barykadą oddzielającą ją od atakujących.

Bogdalski widzi napastnika, który wycofując się w stronę Hibnera, odwraca się i celuje w jego stronę. Odruchowo schyla głowę, nie przestając trąbić. Echem odbijają się wewnątrz wozu dwa głuche, metaliczne uderzenia. To go otrzeźwia. Puszcza klakson. I nagle na ułamek sekundy robi się całkiem cicho. Wydaje się, że świat stanął w miejscu. Po czym ze wszystkich stron docierają potężniejące głosy. Podnosi się i widzi nadbiegających ludzi. W oknach redakcji „Kuriera Polskiego” odcinają się na tle jasnego światła przyciśnięte do szyb sylwetki. Widać ręce osłaniające oczy przed światłem, tak aby zobaczyć, co dzieje się na zewnątrz.

Plutonowy Leon Krupski jest na służbie od 16:00. Patroluje okolice placu Powstańców i przyległych ulic. Co pół godziny melduje się u dyżurnego Komendy Dzielnicowej Stare Miasto. Telefonuje z kasy ORS-u, recepcji Domu Chłopa – jednego z największych hoteli w stolicy – albo banku przy Jasnej. W rejonie jest spokój. We wtorek, na dwa dni przed świętami, ludzie myślą tylko o zakupach. Nawet pijacy i chuligani mają ważniejsze rzeczy do roboty niż zakłócanie porządku. Krupski skręca w niewielką uliczkę Boduena, łączącą Szpitalną z Jasną. Jej wylot znajduje się u zbiegu Jasnej z Hibnera; przebiega przez placyk przed bankiem. Słyszy jakiś hałas: rytmiczne puknięcia odbijające się echem od ścian budynków. Nie jest pewien, czy to strzały, ale widząc biegnących ludzi, rusza za nimi. Do rogu z Jasną ma ledwie pięćdziesiąt metrów. Długi zimowy płaszcz mocno utrudnia bieg. Gdy wpada na plac, przy wejściu do banku jest już zbiegowisko. Roztrąca ludzi. Na środku chodnika w kałuży krwi leży umundurowany strażnik. Nieopodal na stopniu zatrzymała się jego czapka. Wszędzie ślady krwi, również przy drzwiach.

Milicjant nachyla się nad leżącym i sprawdza puls. Mężczyzna nie żyje. Otrzymał dwa postrzały w głowę. Nie ma na co czekać. Wchodzi do banku. Po prawej w portierni dostrzega dwóch wystraszonych strażników bankowych. Obaj trzymają w rękach pistolety. Widząc milicjanta, oddychają z ulgą, otwierają drzwi i wpuszczają Krupskiego do portierni. Ten chwyta słuchawkę i wykręca na tarczy kolejne cyfry. Osiem, jeden, sześć, trzy, zero. To bezpośredni numer do dyżurnego Komendy Dzielnicowej Stare Miasto. Plutonowy melduje, co się stało. Już wiedzą o napadzie, ktoś już dzwonił.

Krupski wybiega na zewnątrz. Natychmiast otacza go gromada ludzi. Jeden przez drugiego gorączkowo wykrzykują coś o napadzie i o strzałach. Wciskają mu do rąk zebrane na chodniku łuski. Pokazują, w którą stronę uciekli bandyci. W tym harmidrze udaje mu się ustalić dwie osoby, będące bezpośrednimi świadkami. Nakazuje wszystkim stanąć z boku i czekać. Po chwili od ścian kamienic odbijają się echem syreny radiowozów nadciągających ze wszystkich stron.

Źródło: Radio ZET