Został legendą muzyki jak ojciec. Tak samo jak on, zmarł młodo i tragicznie
Jeff Buckley jest idolem niezrozumiałych romantyków. Muzyk, który rozkochał w sobie świat interpretacją kultowego utworu "Hallelujah" Leonarda Cohena, zginął w tragicznych okolicznościach, podobnie jak jego ojciec.
- Jeff Buckley był legendą lat 90.
- Ojciec muzyka również zachwycał swoim głosem.
- Obaj mężczyźni zginęli w przerażający sposób.
Jeff Buckley zginął przerażającą śmiercią
Niezrozumiały romantyk, którego charyzma zachwycała słuchaczy. Jeff Buckley od najmłodszych lat był związany ze światem muzyki. Jego mama grała na wiolonczeli i pianinie, a ojciec był cenionym amerykańskim muzykiem. W wieku zaledwie ośmiu lat Jeff stracił ojca. Tim Buckley zmarł w wieku 28 lat w wyniku przedawkowania morfiny i heroiny oraz wymieszania narkotyków z alkoholem. Menadżer amerykańskiej gwiazdy powiedział później, że przyglądanie się życiu Tima było jak oglądanie filmu, a śmierć z powodu przedawkowania była naturalnym zakończeniem. Ceniony muzyk nie mógł wiedzieć, że tragiczna śmierć spotka także jego syna.
Quiz: Jak dobrze znasz muzykę z czasów PRL? 15/15 tylko dla mistrza
Jeff Buckley rozpoczął karierę muzyczną w 1994 roku. Jego pierwszym albumem było "Grace", na którym znalazła się przejmująca interpretacja kultowego utworu "Hallelujah" autorstwa Leonarda Cohena. Wersja Buckleya do tej pory uznawana jest za jedną z najlepszych interpretacji wszech czasów. Choć krytycy muzyczni próbowali włożyć go w znane ramy, Jeff Buckley był nie tylko rockmanem, ale też poetą, romantykiem, artystą oraz człowiekiem, któremu trudno było się odnaleźć w społeczeństwie.
Kariera geniusza została niespodziewanie przerwana w 29 maja 1997 roku. Jeff Buckley razem z zespołem przebywał w Memphis, gdzie miał nagrywać trzecią płytę. Podczas wieczornego spaceru muzyk niespodziewanie postanowił wykąpać się w rzece Wolf River. Chwilę wcześniej śpiewał piosenkę "Whole Lotta Love” zespołu Led Zeppelin. Artysta wskoczył do niej w pełnym ubraniu. Niestety, już nigdy nie wypłynął. Jego ciało odnaleziono sześć dni później, zaplątane w gałęzie w Wolf River. Autopsja wykazała brak obecności alkoholu oraz narkotyków we krwi muzyka, a sama śmierć została uznana za wypadek. W chwili śmierci Jeff Buckley miał 30 lat.
Jeff Buckely jest ikoną romantyków
Jeff Buckley urodził się w 1966 roku w Kalifornii jako syn Tima Buckleya, choć dorastał bez ojca, w świecie przepełnionym muzyką. Od dzieciństwa chłonął dźwięki - od Led Zeppelin po Édith Piaf - a jego niezwykła wrażliwość i rozpiętość głosu sprawiły, że szybko zyskał miano jednego z najbardziej utalentowanych wokalistów swojego pokolenia. Po latach grania w zespołach i pracy jako muzyk sesyjny, przeniósł się do Nowego Jorku, gdzie regularnie występował w klubie Sin-é. To właśnie tam jego talent zaczęli dostrzegać producenci i dziennikarze.
W 1994 roku ukazał się jego debiutancki album "Grace", który do dziś uchodzi za jedno z najważniejszych wydawnictw lat 90. Płyta, będąca mieszanką rocka, ballady, gospel i jazzu, została entuzjastycznie przyjęta zarówno przez krytyków, jak i fanów. Jeff nie bał się emocji ani muzycznych wyzwań - każda piosenka była jak osobna historia, nasycona duchowością i napięciem.
Jeff Buckley koncertował intensywnie, występował w Stanach Zjednoczonych, Europie, Japonii i Australii, a jego koncerty słynęły z magnetycznej atmosfery. Podczas pracy nad kolejnym albumem, "My Sweetheart the Drunk", kontynuował muzyczne eksperymenty i jeszcze bardziej zagłębiał się w autorskie brzmienie. Jego kariera rozwijała się powoli, ale konsekwentnie - bez kompromisów i bez chęci podporządkowania się komercyjnym wymaganiom. Była partnerka muzyka, Elizabeth Fraser, wspominała po latach: - To był człowiek, który miał w sobie ocean emocji. I właśnie ten ocean go zabrał.
Źródło: Radio ZET