On nienawidził tego filmu. „Zszedł z planu, wyrzucając z siebie grad przekleństw”

5 min. czytania
13.02.2026 13:51
Obserwuj nas na Google

Widzowie z całego świata pokochali tę amerykańską produkcję. Mimo tego jej twórcy nie wspominają najlepiej pracy na planie. Hollywoodzki gwiazdor ma nawet nienawidzić filmu. Ma ku temu powody.

Kadr z filmu
fot. Columbia Pictures/Courtesy Everett Collection

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Ile w weekend otwarcia zarobił "Dzień świstaka". 
  • Dlaczego film uznawany jest za wyjątkowy. 
  • Co spowodowało nienawiść Billa Murraya do hollywoodzkiej produkcji. 
Nie przegap

Polacy kochają ten film, choć od jego premiery minęły ponad trzy dekady. "Dzień świstaka” wszedł na ekrany amerykańskich kin 12 lutego 1993 roku i od pierwszych dni cieszył się dużym zainteresowaniem. Choć nie ustanowił frekwencyjnych rekordów, w ciągu dwóch pierwszych dni wyświetlania zarobił 12,5 mln dolarów. Korzystny, czterodniowy weekend po premierze pozwolił zwiększyć wpływy do 14,6 mln dolarów, co zapewniło mu pozycję najchętniej oglądanego filmu tamtego okresu. Seanse w 1640 kinach wypełniały się średnio w 80 proc., a aż 65 proc. ankietowanych widzów deklarowało, że poleciłoby produkcję innym.

Rozwiąż quiz, w którym pytamy o amerykańskie filmy. Jesteś mistrzem, jeśli zgarniesz 100 proc. punktów! Dalszą część artykułu znajdziesz pod quizem...

Quiz: Kochasz kino? Ten quiz z amerykańskich filmów to będzie dla ciebie pestka

1/13 Don Vito Corleone zagrał:

Zainteresowanie nie osłabło w kolejnych tygodniach. Ostatecznie "Dzień świstaka" zarobił w USA 70,9 mln dolarów, a poza granicami kraju - 34,2 mln, co łącznie dało około 105 mln dolarów przychodu. Dzięki temu znalazł się w ścisłej czołówce najlepiej zarabiających tytułów 1993 roku. W zestawieniu amerykańskich produkcji w amerykańskich kinach uplasował się na 10. miejscu, a przy uwzględnieniu wyników z początku 1994 roku - na 14. Globalnie zajmował 19. pozycję. To imponujący rezultat jak na komedię romantyczną opartą na koncepcji zapętlonego czasu.

Redakcja poleca

O czym opowiada scenariusz głośnej produkcji?

Film uchodzi dziś za dzieło wyjątkowe - ambitne w warstwie scenariuszowej, a jednocześnie przystępne w prezentowaniu złożonych tematów. Opowiada historię Phila Connorsa (Bill Murray), zarozumiałego meteorologa z Pittsburgha, który trafia do Punxsutawney, by relacjonować obchody Dnia Świstaka. Zniechęcony wyjazdem i pogardliwy wobec prowincjonalnego miasteczka, nie przypuszcza, że utkwi w czasowej pętli i będzie przeżywał wciąż ten sam dzień - 2 lutego. Każdego ranka budzi go ta sama piosenka - "I Got You Babe” - i te same komunikaty radiowe. Stopniowo odkrywa, że tylko on pamięta wcześniejsze wydarzenia. Początkowo wykorzystuje sytuację do egoistycznych celów, później jednak przechodzi kryzys, depresję i wreszcie przemianę. Uczy się empatii, bezinteresowności i miłości, aż w końcu przerywa pętlę.

Produkcja od początku zbierała znakomite recenzje, a jej reputacja z biegiem lat tylko rosła. Tytuł wszedł do języka potocznego jako określenie monotonnej, powtarzalnej sytuacji. Film uznaje się za jedną z najwybitniejszych komedii w historii kina i ważny krok w oswajaniu masowej publiczności z elementami fantasy. Został wpisany do Narodowego Rejestru Filmów Biblioteki Kongresu jako dzieło o szczególnym znaczeniu kulturowym. Co więcej, rola ta otworzyła Billowi Murrayowi drogę do bardziej dramatycznych kreacji, wyrywając go z szufladki „etatowego śmieszka”.

O sile oddziaływania filmu przekonał się Stephen Tobolowsky, odtwórca roli Neda Ryersona. Jak wspominał w 2018 roku: "Chociaż nie potrafił mówić po angielsku, znał słowo 'Ned'”. Nawet pracownik francuskiego muzeum rozpoznał go z tej jednej roli. Popularność filmu zwiększyła też ruch turystyczny w Punxsutawney - z około dwóch tysięcy do nawet 40 tysięcy osób rocznie, choć zdjęcia kręcono w Woodstock w stanie Illinois.

Geneza scenariusza sięga inspiracji powieścią Anne Rice. Danny Rubin tłumaczył: "To był mój myślowy eksperyment na temat wieczności i tego, czy mężczyzna taki jak Phil Connors może się zmienić, i czy jeśli żyłby odpowiednio długo, mógłby to naprawdę zrobić”. Ponoć data 2 lutego została wybrana przypadkowo, a dopiero później scenarzysta odkrył istnienie samego święta. 'Już wtedy żartowałem sobie w duchu, że to będzie taki film, który będą puszczać w telewizji co roku'” - mówił w rozmowie z "Variety”.

Oglądaj

Film mierzył się z oskarżeniami o plagiat. Sąd oddalił pozew dotyczący podobieństw do opowiadania "One Fine Day”, uznając, że prawo autorskie chroni realizację pomysłu, a nie samą ideę. Pojawiały się też głosy porównujące go do "12:01 PM”, jednak bez formalnego procesu.

Dlaczego Bill Murray źle wspomina "Dzień świstaka"?

Prace na planie ruszyły 16 marca 1992 roku i trwały do 10 czerwca - łącznie ekipa spędziła przy realizacji 86 dni. Produkcji towarzyszyły liczne trudności, przede wszystkim kapryśna aura. Bywały dni z temperaturą sięgającą nawet siedmiu stopni poniżej zera. Bill Murray znosił to wyjątkowo źle - wielogodzinne, nawet dwunastogodzinne przebywanie na mrozie sprawiło, że jego skóra stała się przesuszona i popękana, co potęgowało jego rozdrażnienie. Szczególnej logistyki wymagała scena, w której aktor wpada jedną nogą w głęboką kałużę. Aby uchronić się przed zimnem, najpierw owinął stopę folią spożywczą, następnie warstwą neoprenu, a na koniec założył dwie pary skarpet.

Oglądaj

Gdy tylko zakończono zdjęcia do tej sekwencji, Murray opuścił plan, nie szczędząc przy tym dosadnych słów. Zaprowadzono go do pobliskiego budynku, gdzie czekały trzy kostiumolożki wyposażone w suszarki do włosów. Szybko zdjęły z niego przemoczone skarpety, neopren oraz folię, po czym zaczęły ogrzewać jego stopę strumieniem ciepłego powietrza, by uniknąć odmrożeń. Jak wspominał Stephen Tobolowsky w rozmowie z "Variety”: "Kiedy ujęcie było gotowe, Bill zszedł z planu, wyrzucając z siebie grad przekleństw. Zaprowadzili go do budynku, gdzie czekały trzy panie z działu kostiumów z suszarkami do włosów. Zerwały z niego mokre skarpety, neopren i folię spożywczą. Zaczęły mu suszyć stopę ciepłym powietrzem, żeby jej sobie nie odmroził albo nie stracił”.

Niskie temperatury utrzymywały się niemal do końca maja, po czym nagle ustąpiły miejsca letnim upałom. W efekcie konieczne było użycie dużych ilości sztucznego śniegu, a aktorzy - mimo wysokich temperatur - musieli występować w zimowych płaszczach i kurtkach, by zachować iluzję środka zimy.

Jak swoje relacje z Billem Murrayem wspominał reżyser "Dnia świstaka"?

Na planie nie brakowało napięć. Relacje między Haroldem Ramisem a Billem Murrayem bywały trudne. Reżyser wspominał: "Bill potrafił być czasami nieracjonalnie złośliwy i niedostępny. Ciągle spóźniał się na plan. Chciałem mu powiedzieć to, co mówi się dzieciom: Nie możesz robić afery, żeby dostać to, co chcesz. Po prostu powiedz, o co ci chodzi”. Spór dotyczył nawet szczegółów sceny finałowej - Murray pytał: "Spędziliśmy właśnie razem noc w moim pokoju. Czy jestem nagi? Czy mam na sobie piżamę? Może jestem ubrany w to, co poprzedniego dnia?”. Ostatecznie jedna z członkiń ekipy rozstrzygnęła: "Bill powinien mieć na sobie te same ubrania. Jeśli zrobimy cokolwiek innego, zrujnujemy cały film”. Ostatecznie artyści pogodzili się dopiero w 2014 roku, na kilka miesięcy przed śmiercią reżysera. 

Oglądaj

Nie brakowało też anegdot z planu. Świstak Scooter dwukrotnie ugryzł Murraya, zmuszając aktora do szczepienia przeciw wściekliźnie. Ramis żartował: "Kiedy skończyły się banany, zaczął jeść Billa”.

Studio Columbia długo domagało się racjonalnego wyjaśnienia pętli czasowej. "Dlaczego ten dzień się ciągle powtarza? Dlaczego do diabła?” – pytali decydenci. "Jacyś kosmici rzucili na niego jakąś klątwę, a może wpadł w jakieś dziwne chemikalia?” - sugerowali. Producent wspominał: "Naciskali na to, żeby w pierwszym akcie pokazać coś bardzo namacalnego (…) W cholerę tego nie chciałem”. Ostatecznie zrezygnowano z dosłownego wytłumaczenia mechanizmu pętli, co stało się jednym z największych atutów filmu.

Dziś "Dzień świstaka” funkcjonuje nie tylko jako kultowa komedia, ale też filozoficzna przypowieść o przemianie, "Amor fati” i idei wiecznego powrotu. A choć Murray przyznawał, że nie wszystko w scenariuszu rozumiał, efekt końcowy przeszedł do historii kina.

Źródło: Radio ZET/Kultura Gazeta