Asaf Avidan w rozmowie z Radiem ZET: "Muzyka uratowała moje życie"
Kiedy kilka lat temu świat usłyszał piosenkę „Reckoning Song (One Day)” było jasne, że autor i wykonawca tego utworu zapisze się w historii muzyki. Asaf Avidan po latach wraca i udowadnia, że nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Wydał właśnie płytę bezkompromisową, po swojemu, tak jak chciał. Jest orkiestra, jest melodia, jest historia i jest jeden z najbardziej charyzmatycznych głosów w branży muzycznej. Rozmawia Magdalena Barczyk.
Wywiad z Asafem Avidanem w Radiu ZET
Magdalena Barczyk: - Cześć Asaf, dobrze widzieć Cię ponownie. Pierwszy nasz wywiad dla Radia ZET odbył się prawie 10 lat temu, cieszę się, że znów możemy porozmawiać!
Asaf Avidan: - Cześć Magda, mi również jest miło. Oboje na pewno jesteśmy mądrzejsi, doroślejsi, a co najważniejsze – myślę, że całkiem dobrze się zestarzeliśmy (śmiech).
Gdzie teraz jesteś? Widzę piękny kominek za Tobą!
- Jestem w swoim domu na południu Francji, mieszkam tu raz z moją dziewczyną Liv, prowadzimy tutaj ośrodek dla zwierząt, które ratujemy. Otacza nas wspaniała natura.
Do tego tematu jeszcze wrócimy, ale na początku chciałabym pogratulować Ci znakomitej płyty, chyba będzie jedną z moich ulubionych jeśli chodzi o ten rok. „Unfurl” to zderzenie z muzyką vintage, filmem, Broadwayem i orkiestrą. Skąd wziął się pomysł na pójście w tym muzycznym kierunku?
- Zależało mi na tym, żeby stworzyć jak najbogatsze muzyczne doświadczenie w którym można się zatracić. Zainspirowałem się mocno filmami Hitchcoka – głównie mówię tu o „Zawrocie głowy”. To thriller gdzieś pomiędzy snem a rzeczywistością. To była główna inspiracja. Generalnie jestem artystą kolażowym, nigdy nie rozumiałem granic pomiędzy poszczególnymi muzycznymi gatunkami. Kiedy tworzyłem ten album nie miałem z góry założonego planu, zdarzało się, że w szale twórczym nagle pisałem mnóstwo tekstu i okazywało się, że zacząłem rapować. W pewnym momencie zauważyłem, że zacząłem podkradać coś z różnych stron muzyki, które tylko wzbogaciły tę płytę.
Na uwagę zasługują także teledyski, które idealnie odwzorowują Twoją inspirację filmem. Zresztą – przecież sam film nie jest Tobie obcy.
- Na długo przed tym jak zostałem muzykiem studiowałem film, a później animację. Muszę przyznać, że szczególnie w animacji szło mi naprawdę nieźle i zdarzały się spore sukcesy. Później nastąpił pełen zwrot i może zabrzmi do bardzo trywialnie, ale muzyka uratowała moje życie, w którym nie działo się najlepiej. Do samego kina nadal mam dużą słabość, oglądam mnóstwo filmów, zresztą mam w domu taki specjalny pokój, gdzie oglądamy produkcje na wielkim ekranie dzięki projektorowi. Kiedy więc pisałem ten album, kino stało się jego nieodzownym elementem – David Lynch, Alfred Hitchcoke towarzyszyli mi w tej podróży.
A czy znasz jakichś polskich reżyserów?
- Hmmm, musiałbym pomyśleć, pewnie widziałem polskie filmy, ale nie mogę skojarzyć nazwisk.
Może Andrzej Wajda? Agnieszka Holland? Roman Polański?
- A tak, Polański! Tworzył też w Stanach Zjednoczonych. Oczywiście widziałem „Dziecko Rosemary”. A coś współczesnego?
Może powinieneś zerknąć na twórczość Pawła Pawlikowskiego. To reżyser, który niedawno odebrał Osacara za swój film.
- Zatem chętnie sprawdzę, dzięki za polecenie.
Jak Twoją nową płytę odebrali fani? Zdarzyła się jakaś ciekawa wiadomość od nich?
- Nie ma chyba jednej konkretnej, ale chciałbym powiedzieć, że zazwyczaj tworząc album widzę jakiś krajobraz do którego ta płyta trafi. Wielokrotnie zauważyłem jednak, że muzyka trafia do tak różnych osób, że ciężko jest nawet spodziewać się konkretnego przyjęcia, bo każdy odbiera ją po swojemu. I to jest piękno sztuki. Jednak w przypadku tej płyty czuję, że trafiła ona dokładnie do miejsca w sercach ludzi, do którego celowałem. Jest o upadkach i wzlotach, o spojrzeniu w głąb siebie. Czuję może nie tyle radość, ani dumę, bo to złe słowo, ale jakieś takie „coś” czego nie doświadczam często jeśli chodzi o swoją pracę. Zrobiłem tę płytę najdokładniej jak mogłem. Kiedy jej słucham myślę sobie: „to brzmi tak, jak miało brzmieć”. Więc chyba jest dobrze.
Płyta imponuje rozmachem, nagrałeś ją w legendarnym studiu nagraniowym, towarzyszy Ci orkiestra. To na pewno różnica jeśli chodzi o Twoje poprzednie płyty. Jak Ci się ją nagrywało?
- Różnice były właściwie we wszystkim. Swoją poprzednią płytę zacząłem nagrywać jeszcze przed pandemią. Potem wiadomo – część partii musiałem nagrać w swoim domu. To był album na tak zwaną małą skalę. Zrobiliśmy ją we dwóch z moim producentem, nagrywając w dwóch różnych miejscach. Nowa płyta jest kompletnym tego przeciwieństwem. Nagrywaliśmy na żywo z 40-osobową orkiestrą w prawdopodobnie najpiękniejszym studiu nagraniowym jakie widziałem – Miraval Studio, które mieści się w rezydencji Brada Pitta na południu Francji. Fantastyczne jest to, że masz jakiś pomysł, później spotykasz ludzi, którzy chcą iść w podobnym kierunku choć mają różne gusta, umiejętności, doświadczenia… to jest niesamowite! Moim zdaniem, jeśli sztuka ma odwzorowywać jakieś ludzie emocje - to jest właśnie ta wspólnota robienia czegoś z innymi ludźmi. Ludzkie życie to wzloty, upadki, szarość, jasność, radość, błędy i sztuka z nich wychodzenia. Takie brzmienie możesz uzyskać pracując wyłącznie z prawdziwymi ludźmi, w prawdziwym miejscu, z ich prawdziwymi emocjami.
Czyli wykluczam tutaj udział AI, które czai się na każdym kroku jeśli chodzi o branżę muzyczną.
- Uhhh, trudny temat. Pewnie są tu plusy i minusy. Myślę, że muzyka pop jest już teraz bardzo sformatowana, czasem brzmi jakby robiło ją AI chociaż tak naprawdę nadal stoi za nią człowiek. Nie chcę brzmieć jak boomer, ale jeśli posłuchasz pierwszych 40 numerów z list przebojów to trudno jest przewidzieć czy jutro na tej liście nie usłyszysz wersji AI kolejnej piosenki Taylor Swift i czy będziesz w stanie wskazać różnicę. To wszystko jest bardzo podobne. Dlatego myślę, że głównie właśnie muzyka popowa może czuć oddech niebezpieczeństwa. Poza tym wchodzą tu w grę też wielkie firmy i ich pieniądze, które mogą posłużyć do kradzieży praw. Ale ja generalnie wychodzę z założenia, że każda akcja budzi reakcję. Mam więc nadzieję, że zdarzy się coś co zatrzyma tę nadprodukcję muzyki, z którą zderzyliśmy się jeszcze przed samym AI. Może ludzie zmęczą się tym brakiem ludzkiego czynnika w tworzeniu muzyki? Wierzę, że będą artyści, którzy nie pójdą na ustępstwa i że znajdą fanów, którzy to docenią. To jest naprawdę trudny temat. Jako muzyk wydajesz sztukę dla świata, ale musisz liczyć się z gigantyczną konkurencją i myśleniem, że trzeba znaleźć sposób na zwrócenie na siebie uwagi – chociaż nie jest to łatwe patrząc na wielu, za którymi stoją wielkie pieniądze, wpływy i potężne firmy. Naprawdę nie zazdroszczę młodym muzykom wejścia na rynek. Ciężko nawet wyobrazić sobie jaki trudny to musi być krok.
Zauważyłam, że wielu nowych projektach słychać inspirację muzyką vintage. Pojawia się na świetnie przyjętej płycie Olivii Dean, na podobny krok w swoich singlach zdecydowała się Raye. Czy Ty jako muzyk, który właśnie wydał płytę tak brzmiącą widzisz jakąś tęsknotę na tym co już było w muzyce?
- Myślę, że każdy artysta jest w pewnym momencie zainspirowany czymś, co robi już ktoś inny. Na początku lat 2000 było słychać poważny wpływ muzyki lat 80 i syntezatorów niemal w co drugiej piosence. Z kolei muzyka grunge często czerpała z lat 60 i 70. Ja ze swojej strony mogę opowiedzieć Ci, dlaczego zdecydowałem się pójść w stronę lat 40 i 50, a także brzmienia wielkiego, przestrzennego, trochę Sinatrowego. To wynika trochę z nostalgii za może nieco romantyzowanym okresem. To były czasy kiedy umowy dopinało się uściśnięciem dłoni, ludzie popołudniami pijali whisky jak w serialu „Mad Men”, dane słowo było dotrzymywane, a meble tworzono z prawdziwego dębu. To wszystko miało klasę. Mam wrażenie, że obecnie tęsknimy właśnie za tą klasą. W ostatnich dwóch dekadach w muzyce wszystko postawiono na gruncie minimalizmu. Ludzie chyba zaczęli teraz szukać miejsca, w którym mogą ulokować swoje emocje, a jednocześnie czuć się tam wygodnie. Myślę, że dobre jest to, by korzystać z dziedzictwa. Jeśli potrafisz robić to umiejętnie – możesz stworzyć coś naprawdę unikalnego. Jeśli słuchasz Amy Winehouse – to tak, to jest brzmienie Motown, ale to nadal jest jednak Amy Winehouse. Mógłbym dać jeszcze tysiąc takich przykładów. Najważniejsze by w tym wszystkim nadal pozostać sobą. Ja zainspirowałem się bluesem z Mali, reggae, Kendrickiem Lamarem. To są różne światy, ale jeśli masz pomysł jak to połączyć i to czujesz – to po prostu to rób.
Masz swoją ulubioną piosenkę z tej płyty?
- Och, to jest to pytanie… (śmiech). Moja ulubioną piosenką jest utwór „The Great Abyss”. To 50 sekundowa piosenka wyłącznie z moim głosem i gitarą. Brzmi dobrze tylko w kontekście całego krążka – mówię o tym, że płyta jest bogata w orkiestrę, rap, a tu nagle słyszymy coś co nieco się wyłamuje ze schematu i dlatego jesteś w stanie docenić jej delikatność. To jest jedna sprawa. A gdybył miał wskazać utwór, z którego jestem najbardziej dumny to byłaby to pierwsza piosenka z albumu - „I Don’t Know When, I Don’t Know How, I Don’t Know Why”. To utwór, który idealnie oddaje całą płytę i wszystkie elementy, na których mi bardzo zależało.
No i mamy trasę – trasę, podczas której odwiedzisz Polskę. Jak publiczność reaguje na nowe utwory?
- To bardzo interesujące, bo do tej trasy zacząłem się przygotowywać i ćwiczyć zanim krążek ujrzał światło dzienne. Grałem z muzykami, razem pracowaliśmy na to, żeby z orkiestry przełożyć te piosenki na mały skład. W tym czasie ktoś powiedział mi – „słuchaj, to będzie nowa płyta, ludzie nie będą jej znać, potrzeba nam przebojów”! (chociaż przecież ja wcale nie mam dużo przebojów – śmiech). I co mnie zaskoczyło? Że ludzie znają już te piosenki lepiej niż ja! Czekają na konkretne utwory. Te reakcje pokazują mi, że mogę ufać mojej publiczności bardziej niż się tego spodziewałem. To jest niezwykle miłe. Ludzie często pytają mnie gdzie lubię występować – za każdym razem odpowiadam dyplomatycznie, że tam gdzie akurat jestem (śmiech), ale naprawdę – Polska jest świetna, nie kłamię! (śmiech) Ale do czego zmierzam – chodzi o to, by ufać ludziom, którzy organizują koncerty. Bookowaniem występów zajmują się profesjonaliści. To jest ich zawód, nazywa się ich promotorami albo bookerami. Z jednej strony muszą oni nie tylko rozumieć swój rynek muzyczny i to w jaki sposób przyjmuję muzykę ich region, ale z drugiej muszą też rozumieć samego artystę i jego fanów. W przypadku tej trasy w Polsce zrobimy coś nieco inaczej niż w przypadku innych koncertów. Zazwyczaj trasa podczas której obecnie jestem gości w teatrach, salach koncertowych gdzie publiczność siada i doświadcza muzyki w bardziej klasycznym wydaniu. W przypadku Polski głównie ze względu na restrykcje czasowe zdecydowaliśmy się zagrać w klubach. Ludzie będą więc stać przede mną i to będzie zupełnie inna energia. Na starcie trasy obawiałem się jak to będzie z tą energią – jesteśmy w końcu zespołem, potrzebujemy tej wymiany z publicznością. Ale teraz jestem spokojny i bardzo ciekawy tego jak moje koncerty będą wyglądały w Polsce.
W Polsce nadal wszyscy kojarzą piosenkę „Reckoning Song (One Day)”. Minęło już ładnych parę lat od jej premiery. Powiedz nam proszę jak ułożyło się Twoje życie po tym wielkim sukcesie i jak się teraz miewasz?
- No cóż, w tekście tej piosenki pada taki wers „Pewnego dnia będę stary” no i właśnie ta starość chyba nadeszła. Mam niby 45 lat, ale czuję jakbym miał 85. Nie chodzi tu o kwestie fizyczne, tylko o mentalność. Wydarzyło się tyle rzeczy, doświadczyłem wielu spraw na własnej skórze przez ten czas. Nadal mam swoje cele do których dążę. Mogę powiedzieć, że chyba jestem spokojniejszy, chociaż to chyba nie jest to. Mieszkałem w pięciu krajach, miałem różne partnerki, uratowałem i straciłem wiele zwierząt, podróżowałem i koncertowałem właściwie wszędzie. Wydaje mi się, że nie zmieniło się jednak to kim jestem jeśli mam być zupełnie szczery. Zmieniłem sposób ubierania, moja skóra jest bardziej pomarszczona. Zmieniłem także zainteresowanie stylem muzycznym. W świecie tak niepewnym trudno jest znaleźć miłość i spokój, ale ja nadal uważam, że są najważniejszymi wartościami. To się nie zmieniło.
Wspomniałeś, że mieszkasz na południu Francji. Skąd taki wybór?
- Wiesz to jest tak, że ja nie wybieram, to wybór trafia na mnie (śmiech). Przez jakiś czas mieszkałem we Włoszech. Zainwestowałem w tę posiadłość absolutnie wszystko – czas, pieniądze, wartości. Ale potem przyszła pandemia, zmieniły się realia i trzeba było podjąć decyzję. Pomyślałem, że może to jest moment, żeby zmienić otoczenie i okazało się, że może to być właśnie południe Francji, gdzie mógłbym pomóc w ogarnianiu domu i posiadłości mojego brata. Pojawił się też pomysł, żeby stworzyć pewnego rodzaju schronisko dla zwierząt. Wraz z moją dziewczyną szukaliśmy naprawdę różnych miejsc, ale ja chciałem mieszkać gdzieś gdzie jest ciepło – musiał być to więc region Morza Śródziemnego. Oglądaliśmy rejony Włoch, Hiszpanii, południa Francji, chyba z 35 domów sprawdziliśmy. Ostatecznie trafiliśmy do miejsca, w którym mieszkamy. Ja, moja dziewczyna i mój brat jadąc tutaj spojrzeliśmy po sobie i wiedzieliśmy, że to jest to. Czasem Magda jest tak, że pewnych sytuacji nie należy rozumieć, one są jakie są – po prostu się wydarzają. Tak było w tym przypadku.
I jakie zwierzaki ratujecie?
- Konie, osły, kury, psy, krowy, niebawem będą też owce. Myślimy też o królikach i szczurach z laboratoriów. To domowe zwierzaki, które chcemy uratować po trudnych przeżyciach związanych na przykład z pobytem w fabrykach i przemyśle mięsnym. Ja i moja partnerka od dawna jesteśmy wegetarianami, zdecydowaliśmy się na pomoc zwierzakom nie na jakąś gigantyczną skalę, ale na taką, żeby dać im poczucie bezpieczeństwa i wolności. Prowadzimy profil instagramowy naszego schroniska, gdzie wszyscy chętni mogą zobaczyć na czym polega nasza praca i wspomóc nas. Nie pokazujemy tam wszystkich dramatycznych zdjęć z miejsc, z których pochodzą zwierzęta, to nie o to chodzi. Zależy nam na pokazaniu tych zwierzaków w sposób godny – tak, żeby ludzie zobaczyli w nich mądre, grzeczne, empatyczne stworzenia.
Jestem wielką fanką Twojej serii zdjęć pt. „Facet bez trasy koncertowej”. Pokazujesz wtedy jak wygląda Twoje życie na posesji i w schronisku. To zdradź nam jak wygląda Twój rutynowy dzień.
- Dobry dzień to taki, w którym moje psy wskakują na łóżko kiedy się obudzę i już czekają, żeby wziąć je na spacer. W niektóre dni zabiera je moja dziewczyna, w niektóre robię to ja. Zazwyczaj to jest bardzo długi spacer – idziemy nad rzekę, na wzgórze, nieopodal jeziora i wodospadu. To jest piękny czas, słońce wstaje, drzewa się kołyszą. Później zaglądam do koni. Karmię je, sprawdzam czy czegoś potrzebują. Następne w kolejne są kury – mam nawet swoją ulubioną – ma na imię Chandi. To naprawdę rozumne stworzenie, które czeka na interakcję z człowiekiem, jest niesamowita, bardzo puchata. Mamy też kaczki – sprawdzam czy są na wybiegu i czy nie jedzą wszystkiego w moim ogrodzie. Tak wygląda początek dnia. Później pora na sprawdzenie co jest do zrobienia na farmie. Trzeba czasem wziąć traktor, objechać wszystko dookoła, czasem złamie się drzewo, wtedy dzwonię po brata i razem je zwozimy. Mamy bardzo stary dom, nadal jeszcze nie skończyliśmy jego renowacji więc zawsze jest coś do poprawy. Mam swoje narzędzia, więc jestem w stanie zrobić wiele naprawek sam. Później pora na zrobienie obiadu i spędzenie czasu z rodziną, bo mój brat mieszka niedaleko, więc możemy się często spotkać. Taki układ dnia jest dla mnie dniem idealnym – pełnym wszystkiego co potrzebuję.
To życzę Ci jak najwięcej takich dni. Czego życzysz sobie i światu?
- Światu życzę, żeby ludzie którzy na nim mieszkają umieli zachować w sobie szczerość i empatię, dzięki którym można zbudować lepszy świat i społeczności. A sobie życzę, żebym widział dobre strony życia, nie te puste, te dobre.
Niech zatem tak będzie! Dziękuję za rozmowę, Asaf!
- Ja również dziękuję. Wszystkiego dobrego dla Ciebie.
Źródło: Radio ZET/Magdalena Barczyk