Zagrał w kultowej trylogii PRL i wyjechał z kraju. Jego los naznaczyła choroba
Andrzej Wasilewicz w latach 70. nazywany był „polskim Marlonem Brando”. Popularność i sympatię milionów widzów zdobył jako szaleńczo zakochany w Ani Pawlak Zenek, bohater filmów „Nie ma mocnych” i „Kochaj albo rzuć”. Kiedy wydawało się, że występy w kultowych produkcjach Sylwestra Chęcińskiego to dopiero początek jego spektakularnej kariery, artysta zdecydował się porzucić Polskę i wyemigrował do USA. Wcale nie zapomniał jednak o ojczyźnie. Być może nie każdy wie, ale aktor jest autorem 200 ballad – część z nich pokrzepiała, podłamanych wprowadzeniem stanu wojennego, rodaków.
- Andrzej Wasilewicz zapisał się w pamięci widzów jako Zenek Adamiec z filmów „Nie ma mocnych” i „Kochaj albo rzuć”.
- Aktor, będąc u szczytu sławy, postanowił wyemigrować do USA. Na obczyźnie występował m.in. przed polonią, prezentując patriotyczne ballady nawiązujące do działań „Solidarności”.
- Zmarł w Nowym Jorku, po długiej walce z chorobą Parkinsona.
O takim początku kariery wielu aktorów tylko może pomarzyć. Andrzej Wasilewicz, jeszcze zanim ukończył studia na Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej, miał już na koncie rolę, która uczyniła z niego gwiazdę. W 1974 roku zagrał bowiem u boku Anny Dymnej w drugiej odsłonie „Samych swoich” – „Nie ma mocnych”. W filmie Sylwestra Chęcińskiego wcielał się w przystojnego Zenka Adamca, najpierw narzeczonego, a potem męża wnuczki Kargula i Pawlaka, Ani. Do pamiętnej roli powrócił jeszcze trzy lata później, w „Kochaj albo rzuć”, produkcji domykającej kultową trylogię.
Quiz: Poznasz polski film po kadrze? To wyzwanie stworzyliśmy dla mistrzów
Gwiazdor PRL marzył o karierze za Oceanem
Aktor nie krył, że rola w słynnej sadze odmieniła jego życie. Choć wciąż poszerzał swoje zawodowe portfolio, widzowie wciąż kojarzyli go przede wszystkim jako Zenka. „Ludzie kojarzyli moją twarz. Nie zawsze wiedzieli skąd. Słyszałem na ulicy: Nie pamiętasz, byliśmy razem w wojsku. A ja nigdy w wojsku nie byłem” - wspominał Andrzej Wasilewicz na łamach „Życia na gorąco”. Popularność zdecydowanie nie uderzyła mu jednak do głowy. Wasilewicz konsekwentnie realizował swoje cele i pojawiał się w kolejnych produkcjach. Widzowie mogą go pamiętać m.in. z „Trzeciej granicy”, „Arii dla atlety”, czy kultowego „Misia” Stanisława Barei.
Z czasem praca na planie polskich produkcji przestała mu jednak wystarczać. By studiować reżyserię, wybrał się do Stanów Zjednoczonych, gdzie rozpoczął naukę na Uniwersytecie Columbia. Przebywał tam w momencie, gdy w Polsce ogłoszono stan wojenny.
Przeciwstawiał się polityce Jaruzelskiego
Wiadomość ta zmobilizowała artystę do walki o ojczyznę. Choć mieszkał za Oceanem, losy rodaków nie były mu obojętne, dlatego też zdecydował się tworzyć utwory ku pokrzepieniu serc. Artysta jest autorem 200 ballad, które na początku lat 80. prezentowało Radio Wolna Europa. Wasilewicz wspierał także aktywnie środowiska polonijne i brał udział w manifestacjach potępiających działania Wojciecha Jaruzelskiego. W wielu wywiadach podkreślał, że to właśnie decyzje tego polityka skłoniły go do wyjazdu z kraju.
Na obczyźnie studiował i pracował jako barman. Kiedy ukończył naukę, nie zdecydował się już wrócić do Polski na stałe. Kraj odwiedzał sporadycznie. Na dłużej przyjechał w 1997 roku. Wtedy też zagrał w swoim ostatnim filmie – „Szczęśliwego Nowego Jorku”.
Przegrał walkę z chorobą
Ostatnie lata życia upłynęły aktorowi na walce z chorobą Parkinsona. Zmarł 13 grudnia 2016 roku w nowojorskim szpitalu. - Pamiętam, że zawsze był miły i uśmiechnięty, pozytywnie nastawiony do życia i ludzi. Pozostaje w mojej pamięci jako duży, ciepły i serdeczny człowiek. Umarł w rocznicę stanu wojennego - wspominała Hanna Hartowicz, dyrektorka organizowanego w Nowym Jorku Festiwalu Polskich Filmów.
Źródło: Radio ZET/Interia Film/VIVA!