Recenzja filmu “Być kochaną”. Nudny seans o emocjach, czy terapeutyczne kino dla zagubionych?

3 min. czytania
05.11.2025 16:47
Obserwuj nas na Google

Lilja Ingolfsdottir zadebiutowała w ubiegłym roku długim metrażem pod tytułem “Być kochaną”, a w listopadzie tego roku norweska produkcja pojawia się w polskich kinach. Film zbiera pozytywne recenzje, ale czy słusznie? Pewne jest jedno - nie jest dla każdego. 

Kadr z filmu "Być kochaną"
fot. Materiały prasowe

Z tego artykułu dowiesz się:

  • O czym jest film “Być kochaną”? 
  • Czy warto iść na “Być kochaną” do kina?
  • Od kiedy film będzie do obejrzenia w Polsce?

O czym jest film “Być kochaną”? 

To historia, jakich na tym świecie jest naprawdę wiele. Jeśli sami nie przeżyliście czegoś podobnego, to pewnie podobne doświadczenia ma wasza przyjaciółka, przyjaciel, siostra czy brat. Może koleżanka z pracy, któregoś razu w przypływie szczerości opowiedziała łudząco podobną do tej historię?

Maria (w tej roli Helga Guren) po rozstaniu z ojcem swoich dzieci układa sobie życie na nowo u boku Sigmunta (Oddgeir Thune). Początkowo nic nie zapowiadało, że między nimi zaiskrzy, ale jak wpadli sobie w ramiona, trudno już im było się od siebie odkleić. Doczekali się też dwójki dzieci i tak sielanka patchworkowej rodziny trwała do momentu, gdy Maria i Sigmunt zdali sobie sprawę, że jest coś nie tak. Ona - kobieta, która dla dzieci i pracy męża poświęciła własną karierę, on muzyk, który często wyjeżdża i we własnym domu jest raczej gościem. Ona zmęczona życiem i niezadowolona z miejsca, w którym się znalazła, on nierozumiejący żony i niepotrafiący się z nią komunikować. Niewypowiedziane nigdy emocje w końcu wychodzą z szafy i zaczynają straszyć. 

 

Maria z pozoru idealnego miejsca zostaje degradowana do pozycji, w której nie zakładała, że się znajdzie i to jeszcze jako dorosła kobieta, matka czwórki dzieci. Nie rozumie siebie, otaczającego jej świata, zauważa też, że nie rozumie najbliższych jej osób. Chce ratować swoje małżeństwo, ale okazuje się, że najpierw musi uratować siebie.

Recenzja filmu “Być kochaną” 

“Być kochaną” to opowieść o prawdziwych emocjach, bardzo bliskich, bo jeśli sami podobnych nie przeżyliśmy, to znamy historie z otoczenia o podobnej narracji. Że na początku było tak pięknie, a potem jedno zaczęło się denerwować “bez powodu”, drugie było obojętne i się “nie domyśliło” i albo się rozstali, albo poszli na terapię, albo zamietli wszystko pod dywan, by przez kolejne lata cyklicznie powtarzać tę czynność, bo co jakiś czas brudy zaczną wychodzić na wierzch. 

Oczywiście nie zdradzę, jak to się skończyło u bohaterki filmu, ale nie o koniec tutaj chodzi, bo chodzi o cały proces. Intensywny, burzliwy, bolesny. O zrozumienie siebie, by móc zrozumieć również innych, o miłość, ale nie tylko tę romantyczną, ale i tę do siebie. Nie ma tu więc zwrotów akcji, trzymającej w napięciu fabuły, właściwie wiadomo, jak mniej więcej to wszystko się potoczy. 

Fot.

“Być kochaną” to film stojący na dialogach i emocjach bohaterów, co czyni go filmem dla tej wrażliwszej części widowni, która chętniej zagłębi się w psychologiczne meandry i odda się głębszej analizie tego, co nieuchwytne gołym okiem, a uchwytne jedynie dla serca. 

 

Doceniam fakt, że Ingolfsdottir unika oceny swoich bohaterów. Oczywiście można podzielić się na obozy i dyskutować, co komu, jak i dlaczego, jednak Maria i Sigmunt są przedstawieni tak, że jesteśmy w stanie zrozumieć jedno i drugie. Nie ma “racji najracjowniejszej”, dokładnie jak w życiu - każdy ma swoją perspektywę i żadna nie jest błędna. 

Skandynawskie klimaty stanowiące tło tej historii nie zawodzą, a Helga Guren wcielająca się w Marię jest wręcz elektryzująca. “Być kochaną” ma w sobie coś terapeutycznego, choć to film bolesny i przepełniony emocjami, które mogą widza zmęczyć, nawet gdy z pozoru niewiele się dzieje. Dla tych, którzy chcą refleksji i dobrze tolerują powolne kino. 

W polskich kinach od piątku 7 listopada.

Oglądaj

Źródło: Radio ZET