Obejrzałam “Drakula. Historia wiecznej miłości”. W oczy gryzie jedno
Na nowego Drakulę od Luki Bessona czekaliśmy prawie pół roku. W końcu film zawitał na polskich ekranach, więc go obejrzałam i przychodzę z relacją, czy jest to produkcja warta zachodu. Zapraszam na recenzję filmu “Drakula. Historia wiecznej miłości”.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Na czym oparty jest film?
- Czy “Nosferatu - symfonia grozy” to też ekranizacja “Drakuli”?
- Czy warto obejrzeć “Drakula. Historia wiecznej miłości”?
Ekranizacje “Drakuli”
Od wydania “Drakuli” Brama Stokera minęło 128 lat. Wydawca pisarza nie zakładał szczególnego sukcesu powieści, dlatego pierwszy nakład był skromny, a do wydruku użyto materiałów słabszej jakości. Ku miłemu zaskoczeniu autora i jego współpracowników, książka sprzedawała się świetnie i szybko zaczęła być tłumaczona na inne języki. Dziś, mimo upływu ponad wieku “Drakula” wciąż cieszy się ogromnym zainteresowaniem, a w eleganckich wydaniach można przebierać bez końca.
Tak samo, jak w ekranizacjach i adaptacjach tej powieści, zarówno filmowych, teatralnych, jak i serialowych. Najsłynniejszą z nich jest oczywiście “Nosferatu - symfonia grozy”, choć nie jest wiernym oddaniem tego, co napisał Stoker. W wyniku konfliktu wdowy po pisarzu, Florence Stoker, z reżyserem filmu, Friedrichem Wilhelmem Murnau, produkcja została zmieniona. Kobieta uważała, że dzieło jej męża zostało przełożone na ekran bezprawnie.
Hrabia Drakula krwawo, to znaczy, trwale wpisał się w popkulturę. W filmach nosił twarz między innymi Maxa Schrecka, Christophera Lee, Klausa Kinskiego, Gary’ego Oldmana czy Béli Lugosiego. W tym roku ubrał się w Caleba Landry’ego Jonesa. Jak odnalazł się w tym wcieleniu?
“Drakula. Historia wiecznej miłości” - recenzja filmu
“Drakula. Historia wiecznej miłości” (oryg. "Dracula: A Love Tale") to film w reżyserii Luki Bessona, który ma na koncie takie produkcje jak “Leon Zawodowiec”, “Wielki błękit”, “Nikita” czy “Piąty element”, więc obawy związane z tym, że z nowym Drakulą może być coś nie tak, były umiarkowane. Filmowe przekłady takich klasyków mają to do siebie, że bez odpowiedniego zaplecza doświadczenia (i finansów), mogą być po prostu słabe i dzieło Stokera jest tego najlepszym przykładem. Oprócz dobrych filmów, które zyskały miano klasyków, mamy też dziesiątki Drakuli kiczowatych, o których wielu wolałoby zapomnieć. I już teraz mogę powiedzieć, że wersja od Bessona się do nich nie zalicza.
Wróćmy jednak do Caleba Landry’ego Jonesa, którego znać możecie z takich produkcji jak “DogMan” (też od Bessona), “”Nitram”, “Kamdesh. Afgańskie piekło”, czy “The Florida Project”. W tym roku dołączył do grona odtwórców roli Drakuli i dołączył, do tego lepszego zbioru obok Oldmana czy Lugosiego. Jones nie odtworzył, a wykreował, a przy tym wypisał sobie kwitek z nową rolą życia. W pewnych sekwencjach widziałam w nim iskrę Johnny’ego Deppa za czasów jego świetności w “Piratach z Karaibów” i mówię o tym w formie komplementu. Akcent, jaki przybrał dla swojego Drakuli Jones no i po prostu jego głos, dopełniły całość.
Christoph Waltz jako ksiądz-łowca wampirów i Matilda De Angelis w roli Marii też wypadli tu nieźle. Ze swoją imienniczką chętnie poszłabym oszaleć, bo wiedziałabym, że inteligenty, opanowany ksiądz poliglota o dobrym sercu na pewno uratuje moją duszę od ognia piekielnego. W tym wszystkim tylko Zoë Bleu Sidel, która zagrała Elizabeth/Minę, wypadła na ich tle jakoś blado, a przecież powinna świecić.
Klimat, muzyka, momentami nawet bardziej artystyczny montaż, wspaniałe kostiumy, obsada - prawie wszystko się zgadzało. Prawie, bo ktoś wpadł na pomysł, że do tego wszystkiego będzie pasowało CGI, ktoś inny uznał, że ma rację, ktoś inny to wykonał, a wszyscy razem na koniec usiedli i powiedzieli, że jest dobrze. To trochę tak, jak spojrzeć na całkiem ładne, całkiem nowe i czyste auto i zauważyć, że zderzak jest podklejony srebrną taśmą “do wszystkiego”.
Niezgodność z treścią książki pozostawiam na koniec i nie traktuję tego ani jako minus, ani jako plus. To jest adaptacja, która trochę pomija, trochę dodaje i jest oddzielnym ciałem. Mimo wszystko całkiem zgrabnym.
Ja Drakulę w wydaniu “Historia wiecznej miłości” kupuję i jako oddana fanka powieści będę pewnie do tego filmu wracać, podobnie jak do tego od Coppoli czy do “Nosferatu” (wersji starszej i nowszej). Gryzą mnie te dodatkowe efekty komputerowe, ale nie ma ich też tylu, żeby to było nie do przeżycia. Podoba mi się ta teatralność, jaką nadał całości Besson. Jeśli lubicie ckliwe romantyczne historie i opowieści o wampirach, to i wam może się spodobać.
Gdzie obejrzeć “Drakula. Historia wiecznej miłości”? Wszystkie informacje znajdziecie tutaj: Na ten film Polacy czekali prawie pół roku. Ekranizacja kultowej powieści w końcu na ekranach.
Źródło: Radio ZET