Mówią, że ta historia to jedno wielkie kłamstwo. Czy warto zobaczyć “Ścieżki życia”?

3 min. czytania
02.01.2026 13:00
Obserwuj nas na Google

Choć produkcja zadebiutowała już w 2024 roku, na ekranach polskich kin pojawia się dopiero w styczniu 2026 roku. “Ścieżki życia” w reżyserii Marianne Elliott podzieliły opinie widzów, więc pojawia się pytanie, czy warto iść na ten film do kina?

Gillian Anderson i Jason Isaacs w filmie "Ścieżki życia"
fot. Materiały prasowe

Z tego artykułu dowiesz się:

  • O czym jest film “Ścieżki życia”?
  • Czy warto iść na ten film do kina?
  • Czy “Ścieżki życia” są na faktach?

O czym jest film “Ścieżki życia”?

Raynor i Moth Winn wybierają się na wyprawę South West Coast Path - najdłuższym szlakiem turystycznym w Wielkiej Brytanii, który liczy prawie 1000 kilometrów. Tylko oni, namiot i bardzo piękna długa droga przed nimi. Dla wielu brzmi to jak marzenie, by zostawić wszystko za sobą i po prostu ruszyć w dal z plecakiem, ale dla Raynor i Motha to właściwie jedno z niewielu wyjść. Stracili ukochany dom, który wyremontowali własnymi rękami i gdzie wychowywały się ich dzieci, stracili też farmę, która była ich źródłem utrzymania.

To jednak nie wszystko. Małżeństwo dowiaduje się, Moth cierpi na rzadką chorobę neurodegeneracyjną, a jego rokowania nie są najlepsze. Ma powoli tracić władzę nad swoim ciałem i umysłem, co zacznie wymagać kosztownych terapii i opieki. No i dzieci, które wchodząc w dorosłość, potrzebują wsparcia rodziców. Teraz wielu pewnie zapyta, gdzie jest pomoc społeczna? Okazuje się, że skoro Moth nie umrze w przeciągu najbliższego roku, małżeństwu nie przysługuje mieszkanie ani wsparcie większe niż 40 funtów miesięcznie na osobę.

 

Bez przygotowania i umiejętności, bez pieniędzy i z mikroskopijnym dobytkiem w postaci małego namiotu, cienkich śpiworów i garnka, Winnowie ruszają więc w podróż, podczas której mają poskładać myśli i odpowiedzieć sobie na pytanie: co dalej?

Czy warto iść na “Ścieżki życia” do kina?

Kino drogi jest wspaniałym płótnem do malowania obrazów, które mają zmotywować nas do przemyślenia swoich wartości i spojrzenia głębiej w siebie. Każde miejsce można opuścić, zmienić, każda ścieżka i ulica zostanie w końcu w za nami, każda nowa znajomość może przejść do przeszłości, ale jedyne co wciąż pozostaje i od czego nie da się uciec, to człowiek, jego umysł i dusza. I takie właśnie są “Ścieżki życia”.

W rolach głównych występują Gillian Anderson (Raynor Winn) oraz Jason Isaacs (Moth Winn) i tu należy przyznać, że są jednym z największych atutów tej produkcji. Anderson nawet z rozwianymi włosami i twarzą smugniętą brudem i zmęczeniem, wygląda pięknie, a Isaacs bardzo dobrze oddał na ekranie cierpienie nie tylko psychiczne, ale i fizyczne.

 

Chciałoby się rzec, że aktorzy pierwszoplanowi przyćmiewają niedociągnięcia filmu, ale to niestety nie wystarczyło, by porwać moje serce. Oczywiście, jest to film, który daje do myślenia i zastanowienia się nad tym, co tak naprawdę jest w życiu najważniejsze, przedstawia też piękną historię pary z 20-letnim stażem, która stawia czoła najgorszym problemom razem, ramię w ramię. Jednak w moim odczuciu obraz oraz sposób narracji są tu jakby bez duszy. Nazywam to syndromem “netflixowym”, który objawia się uczuciem braku, niedopełnienia, zbytniego uproszczenia, płytkości produkcji nawet, gdy w grę wchodzą poważniejsze tematy. Na płaszczyźnie technicznej to często mocno podkręcone kolory lub ich nienaturalny nadmiar (na przykład w teatralnych wręcz stylizacjach bohaterów), czego na szczęście w “Ścieżkach życia” nie było. Film oczywiście nie jest związany z Netflixem, ale zostawił we mnie jego dziwny posmak. Tak czy inaczej, “Ścieżki życia” nie dotarły do furtki z moimi ulubionymi filmami kina drogi i daję im 5/10.

Czy “Ścieżki życia” to film na faktach?

Na koniec ciekawostka. Film powstał na podstawie książki “The Salt Path” autorstwa Raynor Winn, a ta z kolei została napisana na podstawie prawdziwych doświadczeń, więc teoretycznie “Ścieżki życia” to film na faktach. Teoretycznie, bo po jakimś czasie wystosowano wobec autorki zarzuty, że opisana przez nią historia albo się nie wydarzyła, albo miała inny, mniej drastyczny przebieg, a dopisek “oparte na prawdziwej historii” miał tylko podbić zarobki.

Oglądaj

Źródło: Radio ZET