Z bólem obejrzałam ekranizację kultowej książki. Nie rozumiem zachwytów

3 min. czytania
12.01.2026 10:13
Obserwuj nas na Google

Oglądając ten film nie rozumiałam, dlaczego cieszy się tak dobrymi opiniami, ani jaką wartość ma wnieść do mojego życia. To tytuł, który niby jest kultowy, ale patrząc na to z dzisiejszej perspektywy - czy słusznie? Zapraszam na recenzję filmu “Ćma barowa”. 

Faye Dunaway i Mickey Rourke w filmie "Ćma barowa"
fot. Kadr z filmu "Ćma barowa", 1987 r.

Z tego artykułu dowiesz się:

  • O czym jest film “Ćma barowa”?
  • Kto napisał do niego scenariusz?
  • Czy warto obejrzeć “Ćmę barową”?

O czym jest “Ćma barowa”?

“Ćma barowa” (oryg. "Barfly") to tytuł książki Charlesa Bukowskiego, a film w reżyserii Barbeta Schroedera jest oczywiście jej ekranizacją. Za scenariusz odpowiadał autor pierwowzoru, co niestety nie przełożyło się do pozytywów filmowej produkcji, jednak o tym później.

“Ćma barowa” (1987r.) opowiada o alkoholiku z artystycznymi zapędami o imieniu Henry Chinaski (w tej roli Mickey Rourke). Mężczyzna odbija się od baru do baru, od szklanki do butelki, a gdy najdzie go odrobina weny, siada do pisania. Jego monotonię przerywa Wanda (Faye Dunaway), kobieta, którą poznaje podczas jednej ze swoich pijackich eskapad. Wanda też cierpi na chorobę alkoholową, wiedzie się jej odrobinę lepiej niż Henremu, jednak u boku z nim "dobra passa" nie potrwa długo.

Para stawia czoła takim wyzwaniom jak znalezienie funduszy na jeszcze więcej alkoholu, zatrucia alkoholowe czy bóle “dnia kolejnego”. W końcu na drodze Chinaskiego pojawia się światełko nadziei na lepsze jutro - szuka go redaktorka pisma, do którego kiedyś wysłał swoje materiały. Czy skorzysta z danej mu szansy?

 

“Ćma barowa”. Gorszy film czy książka?

W twórczości Charlesa Bukowskiego nigdy nie znalazłam ani wartościowego przekazu, ani piękna, ani porywającej fabuły. Podczas zapoznawania się z tym, co pisał, więcej było we mnie obrzydzenia i zniechęcenia niż rozrywki, nie wspominając już o przyjemności, fascynacji, czy motywacji do jakichś głębszych przemyśleń. I żeby nie było - doceniam obrzydzenie w sztuce, od literatury, po obrazy i film, jednak w tym wypadku nie znalazłam w nim jakiegoś większego celu. Wielu łączy nazwisko Bukowskiego z rzeczownikiem “grafomania”, jednak ja odpuszczę sobie tak mocne porównania i zostawię ten wątek jedynie w formie informacyjnej. Scenariusz spod pióra Bukowskiego również niczym mnie nie zachwycił, ale chyba nie tylko mnie, bo nie zdecydował się rozkręcanie kariery jako scenarzysta.

 

Wracając do filmu - mocną jego stroną jest Mickey Rourke, który tak wcielił się w postać Henry’ego, że aż przez ekran czułam od niego opary trawionego alkoholu, zapach zaschniętej krwi sprzed kilku dni oraz zbyt długą przerwę od spotkań z prysznicem. Nie polubiłam się z tym bohaterem, ale nie taka była jego rola. Uwierzyłam za to w jego bezczelność, chamstwo i inne temu podobne.

Warto też zwrócić uwagę na to, jak dobrze oddano w tej produkcji klimat. Po seansie ma się ochotę przetrzeć ekran od brudu i wywietrzyć pomieszczenie, w którym oglądało się ten film. I na tym kończą się jej plusy - Rourke i klimat.

Po seansie miałam jednak wrażenie, że po prostu straciłam swój czas i mogłam go poświęcić na coś bardziej pożytecznego, jak składanie reklamówek w kostkę lub trójkąty albo przecieranie gałęzi na lipie, która stoi pod moim oknem. Nie poczułam w tym mądrości, magii kina, rozrywki, katharsis.

Źródło: Radio ZET