“The Last Showgirl”. Pamela Anderson w wielkiej chwale czy w wielkim zawodzie?
Przekleństwo przepiękności - Pamela Anderson od jakiegoś czasu promuje swój nowy (?) wizerunek, który jest daleki od tego, jaki wykreowały jej lata 90. No właśnie, nowy? Bo 57-letnia Pamela nie jest tą samą Pamelą, która przemierzała plaże w czerwonym stroju kąpielowym w “Słonecznym patrolu”. Jest dojrzałą kobietą, która pokazuje nam, że dojrzałość ciała i urody nie odbiera jej blasku, który w sobie miała. To nie jest nowy wizerunek, a po prostu jest aktualny. Normalna kolej rzeczy. “The Last Showgirl” miało być filmem pieczęcią, pieczęcią, która przybije kolejną pieczątkę w paszporcie kariery Pameli Anderson. I miała być najokazalsza, a okazała się być odbita do połowy i do tego jeszcze rozmazana. Zapraszam na recenzję filmu “The Last Showgirl”.
Nowy wizerunek Pameli Anderson zalążkiem "The Last Showgirl"?
Blond natapirowane włosy, wyskubane, modne brwi, ciało bogini - Pamela Anderson była ikoną, była “tą dziewczyną” lat 90. Pomijając plotkarskie wątki, które nie ominęły gwiazdy “Beywatch”, jak 90% show-biznesu, była tą dziewczyną, którą albo chciało się być, albo z którą chciało się być. I tak przez lata metka najpiękniejszej drapała Anderson w kark. W jednym z wywiadów wyznała, że starzenie się jest wręcz dla niej ulgą.
Pamela Anderson zaczęła się starzeć - to jedno. Przestała się też malować - to już drugie. Od 2023 roku pojawia się na wszelkich eventach bez makijażu i decyzja o pokazywaniu się publicznie w naturalnym wydaniu zapadła nie tylko z potrzebny zerwania z kajdanami “wyglądania”. W 2019 roku na raka piersi zmarła makijażystka Pameli - Alexis Vogel. Gwiazda uznała, że bez niej malowanie się już nie ma sensu, więc po prostu nie korzysta z usług innych wizażystek.
I tak w ostatnich latach media dostały zaktualizowaną wersję Pameli Anderson. Naturalną, otwartą, dojrzałą, wolną. Pozostała jeszcze jedna kwestia - aktorstwo. I tu z pomocą miała przyjść Gia Coppola. Tak, z tych Copplich - wnuczka Francisa Forda Coppoli i siostrzenica Sofii Coppoli. W mediach nie brakowało głosów o tym, że “The Last Showgirl” będzie aktorskim opus magnum Pameli Anderson, że to w tym filmie pokaże nie tylko tę nową siebie, ale też Pamelę, która potrafi grać dramatycznie. Do tej pory angaże znanej z “Baywatch” gwiazdy nieszczególnie opiewały w te o większej wartości emocjonalnej i intelektualnej.
Recenzja “The Last Showgir”. Czy warto zobaczyć ten film?
Nie powiem, żebym na film poszła nie wiedząc o nim wcześniej nic - zajrzałam tu i ówdzie i zauważyłam, że produkcja oceniania jest stosunkowo średnio. Na pewno gorzej niż na rozgłos, jaki za nią szedł. I do pewnego momentu seansu nie rozumiałam, skąd te niskie noty, ale do tego przejdziemy zaraz.
Film opowiada historię tancerki z Las Vegas, której show przestaje istnieć. Pióra, cekiny, wygibasy i golizna, które kilka dekad wcześniej przyciągały tłumy, odchodzą do lamusa. Kiedyś bycie “showgirl” było czymś, dziś to rola na przeczekanie - albo na lepszą posadę, albo do emerytury. Shelly (Pamela Anderson), która poświęciła swoje życie dla słynnego show, nie potrafi się z tym pogodzić. Gdy zamykają jej spektakl, zdaje sobie sprawę z tego, że nie tylko musi znaleźć nową pracę, o ile zdefiniować siebie na nowo. Kiedy przestała być najlepszą tancerką w mieście?
Musicie wiedzieć, że w “The Last Showgirl” Pamela Anderson jest świetna. Może po prostu nigdy wcześniej jej takiej nie widziałam, może po części zagrała siebie, nie wiem, co tu zagrało, ale zagrało i mnie się na Pamelę w roli Shelly świetnie patrzyło, choć grana przez nią postać nie jest postacią, z którą się szczególnie empatyzuje. Można, ale jeśli stracicie do niej cierpliwość i empatię, będzie to zupełnie zrozumiałe.
W tym całym żarze Las Vegas, zaraz obok garderób pełnych piór i cekinów, może na półce obok sztucznych rzęs, a może między światłami neonów a kuponami do kasyna, leży melancholia, która mieni się wszystkimi kolorami smutku. Przypomina nam o przemijaniu, dojrzewaniu, utraconych marzeniach, zgubionych priorytetach i życiu w wyimaginowanej rzeczywistości, która w końcu musi pęknąć. Dziś nazwalibyśmy to “delulu”.
I było pięknie, to był (jest) dobry film z ciekawymi postaciami, ciekawą historią, ładnym obrazem, może ze zbyt dużą ilością “teledyskowych” scen. Problem leży w końcu. Film po prosu ucina się, jakby zabrakło na niego budżetu, czasu, może ktoś w czasie nagrań wszedł i powiedział, że skoczyły się minuty na wynajem sali i należy się wynosić i coś z tym trzeba było zrobić z materiałem, który powstał. I z takim wrażeniem opuściłam salę kinową, dlatego mimo sympatii do tej produkcji, nie daję jej więcej niż 5,5/10.
Źródło: RadioZET.pl