Tak w Polsce robi się horrory. Wywiad z twórcami filmu “Martwi przed świtem”
Młodzi, pomysłowi i pełni wiary w to, co robią. Kiedy z nas się “wylewa”, powstają najciekawsze rzeczy. I tak powstał horror “Martwi przed świtem” w reżyserii Dawida Torrone. Porozmawiałam z nim i z odtwórczynią jednej z głównych ról, Pauliną Zwierz, o procesie powstawania tego filmu, o horrorach i o tym, dla kogo w ogóle jest ten film. Bo nie tylko dla fanów mocnych scen. Zapraszam na wywiad o “Martwych przed świtem”.
W Polsce robi się świetne dramaty, świetne i mniej świetne komedie, całkiem niezłe kryminały (szczególnie serialowe), ale mało kto decyduje się na horror. Powodów jest wiele, ale Dawid Torrone postanowił zaryzykować i pójść za głosem serca, które mówiło mu “Martwi przed świtem”. I tak właśnie katalog polskich horrorów zasilił nowy tytuł - “Martwi przed świtem”.
O filmie i procesie jego powstawania (który w przypadku horrorów jest zaskakująco ciekawy) porozmawiałam z reżyserem, Dawidem Torrone i odtwórczynią jednej z głównych ról, Pauliną Zwierz. Dla Dawida “Martwi przed świtem” to pełnometrażowy debiut, dla Pauliny pierwsza rola w horrorze. Niech was jednak nie zmyli “debiutanctwo”, bo tu naprawdę się dzieje. Jeśli nie widzieliście jeszcze tej produkcji, to najwyższa pora to nadrobić i ruszyć do kina, a czy warto, możecie przeczytać tutaj: Narodziny nowego gatunku czy niepotrzebny eksperyment? Oto co myślę o “Martwych przed świtem” lub dać się zachęcić do seansu twórcom “Martwych”. Bez zbędnego przedłużania zapraszam na wywiad z Dawidem Torrone i Pauliną Zwierz.
“Martwi przed świtem” wywiad z twórcami filmu
Maria Orava (M.O.): Nie ma horroru dla każdego, więc dla kogo są “Martwi przed świtem”?
Paulina Zwierz (P.Z.): To dobry film dla osób, które naprawdę boją się takich bardzo, bardzo strasznych horrorów. Myślę, że tu będą mieć po prostu fun, ludzie w sali kinowej się śmiali z żartów, ale jest też akcja, jest kilka jumpscarów.
Dawid Torrone (D.T.): Jest śmieszno i straszno. Było dużo osób na premierze, które nie lubią horrorów i się świetnie bawiły, bo ten film tak naprawdę ma dawać rozrywkę, niekoniecznie złapać cię i sterroryzować, że po nocy nie możesz spać, bo są takie horrory oczywiście. Marzeniem tego filmu było trochę to, że jest grupa znajomych, spotyka się, jest luźna atmosfera, leci film i jest o czym pogadać, skomentować. To jest taki film do przebywania razem, do takiego wychillowania.
M.O.: Czy to prawda, że na planie wylało się ponad 100 litrów krwi?
(D.T.): Tak. Dużo sztucznej krwi. Bardzo dużo krwi. A że wiedzieliśmy, że będziemy ją lać w takich ilościach, na piękne marmury teatru w Dąbrowie Górniczej, musieliśmy przetestować różne rozczyny w różnych kolorach i gęstościach gdzieś po kątach za kolumnami, żeby widzieć, czy później da się to w ogóle domyć.
M.O.: O jakim wyzwaniu z planu zdjęciowego widz może nie zdawać sobie sprawy? Co było trudne za kulisami, ale na pierwszy rzut oka na ekran nie jest tak oczywiste?
P.Z.: Jedną z pierwszych rzeczy, którą zobaczyłam, kiedy weszłam na plan i to był pierwszy raz, jak coś takiego zobaczyłam, to było rozrysowane każde ujęcie. Każdy, każdy kadr rozrysowany na kartkach A4.
D.T.: Do filmu powstało 3500 rysunków. Mieliśmy bardzo mało czasu na realizację, musieliśmy wiedzieć, co dokładnie robimy. Więc ja cały film rozrysowałem, później z Michałem [Michałem Pukowcem, autorem zdjęć, przyp. red.] jeszcze to obgadywałem.
P.Z.: Albo telefony. W dzisiejszych czasach kultura telefonu, który mamy cały czas w kieszeni, sprawia, że nawet jak powstaje film czy serial, bo w teatrze się to raczej nie zdarza, to wiele problemów traci swoją wagę. Bo to jest moment, w którym bohater mógłby wyciągnąć telefon i zadzwonić, napisać. Problem jest rozwiązany, bo normalnie w życiu tak by się to wydarzyło. W filmie czy w serialu w tym momencie wytracamy całą historię.
D.T.: Tak, telefony komórkowe to najgorsze, co się przytrafiło twórcom horrorów. Każdy, kto współcześnie zaczyna pisać horror, najpierw musi zastanowić się, jak pozbawić bohaterów telefonów. Morderca im zabrał? A może burza stulecia? Dziś rzeczywistość cyfrowa nie jest w ogóle sexy filmowo, bo film jest o ruchu. Kiedyś, jeśli była scena, w której ktoś musiał zadzwonić nagle do szemranego typa, żeby mu dostarczył coś dziwnego do domu, to musiał z tego domu wyjść do budki telefonicznej, mógł właśnie padać deszcz, a wcześniej trzeba było znaleźć w książce telefonicznej odpowiedni numer. A teraz bohater może wykonać telefon w kilka sekund. W “Martwych przed świtem” zależało nam też na takiej rzeczywistości właśnie trochę magicznej, bez telefonów i technologii, więc mamy wielką burzę, odludzie, brak zasięgu.
M.O.: [Do Pauliny] Co było dla ciebie największym wyzwaniem z perspektywy aktorki podczas kręcenia filmu? Bo widać na ekranie, że był on wymagający dla twojej postaci.
P.Z.: Jedyna rzecz tak naprawdę, która mi przychodzi do głowy jako wyzwanie to to, że już w pewnym momencie wchodziło zmęczenie. Dużo było zdjęć nocnych, no i nagrywaliśmy po te 12 godzin. Ja też w tym czasie dojeżdżałam do Warszawy na inny plan, więc czasami wyglądało to tak, że byłam 12 godzin na zdjęciach nocnych i jechałam szybko trzy godziny do Warszawy na kolejne 12 godzin zdjęć dziennych. No i musiałam jeszcze wrócić potem do Katowic.
M.O.: [Do Pauliny] Jak przygotowywałaś się do roli?
P.Z.: Pamiętam, że gdy czytałam scenariusz, w uwagach miałam wpisane, by obejrzeć “Suspirię”. Szczerze powiedziawszy, też bardzo lubię te wszystkie paranormalne historie i czasami oglądam jakieś dokumenty tego typu na YouTube. Nie tyle szukałam inspiracji w filmach, które już istniały, ile w prawdziwych historiach, w których na przykład ksiądz egzorcysta opowiadał, co się dzieje z człowiekiem w trakcie, kiedy jest opętany. True crime, wpisy na blogach, uwielbiam też urbexy i tego typu klimaty. Moja postać, ona nie do końca jest opętana, ale nie będę zdradzała szczegółów, chodziło mi o to, by stworzyć iluzję, że może być w niej coś paranormalnego, że może być coś pomiędzy.
M.O.: Dawidzie, w filmie zauważyć można wiele inspiracji kultowymi filmami. Padła już “Suspiria”, jakie jeszcze tytuły miałeś na uwadze, kręcąc ten film?
D.T.: Jest bardzo dużo oczywiście odniesień. Niektóre są nieświadome. Ludzie pytają o to, a tutaj to jest po prostu wypacanie miłości do kina i to kina takiego pulpowego, które kocham. Takie właśnie kino jakieś granicy dziwnej, że ani to dobre, ani złe, ale interesujące. I w Polsce takie kino nie do końca istniało. To amerykański specjał z lat 80., głównie 70. Ja zawsze mówię, że kradnę ze wszystkiego - rzeźby, obrazy, dzieła sztuki, gry wideo, filmy. Żyjemy w czasach takiego post-postmodernizmu, że wszystko jest zewsząd.
M.O.: “Martwi przed świtem” łączą sztampowe, często wyśmiewane elementy horroru, ale w sposób świadomy. Do tego dopracowane kadry. Trochę klimat filmu klasy B, ale jednak nie, bo widać w tym budżet.
D.T.: [z uśmiechem] Film powstał w programie “Debiuty”, który ma skrajnie niskie budżety. Miłe jest właśnie to, że ludzie zauważają, że jest jakaś jakość, bo to był ogromny wysiłek całej, całej drużyny filmowej. Wszyscy odbili tu swoje palce, przepchnęli to dalej. Któregoś razu Tomek Wróbel, mój pomocnik, powiedział mi, że za takie budżety nie robi się takich filmów, robi się filmy, w których dwie osoby rozmawiają przy stole o życiu, gdzieś w jakimś starym mieszkaniu, a nie horrory.
P.Z.: Tak, ale mimo tego, chyba też przez to, że rzadko się robi takie projekty, to każdy był tym bardzo podekscytowany.
M.O.: Polscy twórcy filmowi nie sięgają zbyt często po horrory. Czy mając na uwadze to, że konkurencja będzie pewnie nieduża, to presja była większa czy mniejsza, a może nie było jej w ogóle?
D.T.: Film od początku powstał, jak to Adam Machalica, który gra tam rolę reżysera, powiedział, z miłości do kina. I ten film jest z miłości do kina, jest też takim listem miłosnym do publiczności, że chcieliśmy zabawić publiczność. To był nasz główny cel - mamy tu 88 minut i chcemy sprzedać dobry czas, cokolwiek to znaczy. Oczywiście dobry czas w horrorze. Chcieliśmy, żeby to było takie nasze i dobre i na jakimś poziomie. Ale nie, nie zastanawialiśmy się nad tym, czy jest mało filmów w tym roku i mamy większe szanse, nie było presji, że nie na naszych barkach spoczywa polski horror podczas halloween. Oczywiście wybieraliśmy datę premiery i kiedy film ma wystartować świadomie. Sprzedaż, promocja jest częścią filmu. Chcemy zachęcić ludzi, by poszli do kina w czasach, kiedy nikt do kina nie chodzi.
M.O.: Przed premierą o filmie mówiono “giallo polo”, po premierze pojawiły się głosy, że to bardziej slasher. Jak to w końcu jest, jak chcecie zdefiniować “Martwych przed świtem”?
P.Z.: Wiesz co, myślę, że to jest tak, że jak slasher się wywodzi z giallo, tak my teraz to zrobiliśmy po swojemu. Amerykanie sobie wzięli ten gatunek i trochę to pod siebie dostosowali, każdy ma swoją estetykę. Wiadomo, że Zachód bardzo inspirował się w filmie i w ogóle w aktorstwie estetyką wschodnią i tak samo myślę, że właśnie my biorąc na tapet czy giallo, czy slashera, trochę to dostosowujemy pod swoje warunki i pod to, co mamy.
D.T.: Totalnie tak, bo kultura to jest taki pingpong. Często o tym zapominamy, bo gdyby prześledzić drogę tego wszystkiego, która jest fascynująca, to jest tak, że Włosi obejrzeli filmy Hitchcocka, byli zafascynowani i postanowili zrobić własną wersję i wyszło im giallo, horror brutalny, z lejącą się krwią. Co to ma wspólnego z Hitchcockiem? Trudno powiedzieć. Po czym Amerykanie to zobaczyli i im się tak spodobało, że powstał amerykański slasher. Totalnie inspirowany, i mówię to jako obywatel amerykański, więc trochę też do siebie, trochę schamiony tak naprawdę, bo slashery amerykańskie mają mniej tej poezji. Ta włoska jest taka poetycka, a nasz film też jest trochę w estetyce koszmaru sennego. Jest więcej tej poezji.
M.O.: Myślicie, że polska może tak wykreować swój własny gatunek horroru?
D.T.: Amerykański slasher jest bardziej dosadny i też ma swoje miejsce, też jest świetny i my jakby wracamy po tym wszystkim do Polski, gdzie nie mamy jeszcze zbyt długiej kultury robienia horroru, mamy pojedyncze jakieś tam dzwoneczki, teraz trochę więcej, ale odbijamy się od tego i odbijamy się też od tego giallo. Bierzemy teraz to wszystko i wykrzywiamy trochę na swój sposób. To jest właśnie takie przeżute, wyplute i to jest takie nasze, taka nasza wariacja na temat slashera. Trochę głuchy telefon, ci przekazali tamtym, teraz doszło do nas i zostało przez nasz filtr przefiltrowane i wypluwa nam tutaj to polo.
Źródło: Radio ZET