“Cicha noc, śmierci noc” - świąteczny horrorek, który złamał nawet mnie
Jeśli macie w swoim otoczeniu jakiegoś kinomana, który był w tym roku niegrzeczny, zamiast rózgi możecie zostawić mu pod choinką bilet na “Cichą noc, śmierci noc”. Zapraszam na recenzję filmu. Warto wiedzieć, w co się pakujecie przed seansem, bo nie jest to piękne pudełko owinięte papierem prezentowym i wstążką.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Czy “Cicha noc, śmierci noc” to przypadkiem nie jest już istniejący film?
- O czym jest ten horror?
- Czy warto iść na “Cicha noc, śmierci noc” do kina?
Co powinniście wiedzieć o filmie “Cicha noc, śmierci noc”
Zanim przejdę do tego, co o filmie myślę, po jego obejrzeniu, krótko o jego historii. “Cicha noc, śmierci noc” to remake filmu o tym samym tytule z 1984 roku. Produkcja nie zebrała najlepszych opinii krytyków i wywołała aferę, ale to tylko podbiło jej popularność. Doczekała się aż pięciu części no i oczywiście remake’ów. Produkcja, o której dziś mowa to oczywiście remake, a jeśli chcecie wiedzieć więcej o awanturze, którą wywołał film rozpoczynający tę historię, to przeczytacie o tym tutaj: Amerykańskie "Listy do M.", ale to horror. Świąteczny film, który wywołał falę protestów.
Billy jest 27-letnim młodym mężczyzną, który tuła się od miejsca do miejsca, a na życie zarabia dorywczymi, często fizycznymi “fuchami”. Nie czuje się jednak niespełniony - od 10 lat co adwent codziennie morduje 24 “niegrzecznych”, którzy jego zdaniem zasłużyli na karę. I robi to w stroju świętego mikołaja. W doborze ofiar pomaga mu jego niewidzialny przyjaciel, który objawia się za pośrednictwem głosu mówiącego mu, co ma robić krok po kroku.
Recenzja filmu “Cicha noc, śmierci noc”
Chciałabym zaznaczyć, że mam dość eklektyczny gust filmowy i potrafię znaleźć jak nie piękno, to czystą rozrywkę w produkcjach, które niekoniecznie są doceniane przez znawców. Tu jednak nie uświadczyłam ani strachu (bo mówimy o horrorze), ani śmiechu, ani wartości estetycznych, ani głębszego przekazu, który skłoniłby mnie do przemyśleń, które przysłoniłyby wszelkie inne braki.
Billy (w tej roli Rohan Campbell) nosi w sobie krwawą tajemnicę - od 10 lat morduje ludzi, co roku minimum 24 osoby. Nie oszukujmy się, to niemałe obciążenie psychiczne, a jakby tego było mało, chłopak słyszy głosy, więc nie ma się co dziwić, że jest nieco inny, zamknięty w sobie, cały czas żyje w lęku, że zostanie złapany. Jednak Campbell, nadając granej przez siebie postaci jeden, skromny wyraz twarzy, sprawia, że Billy wypada komicznie karykaturalnie, a w momentach, gdy knuje, planuje i rozmyśla, zamiast klimatycznej, niepokojącej muzyki, powinna grać ta z “Benny’ego Hilla”, bo zdecydowanie lepiej by pasowała.
Okej, koneserzy filmów grozy powiedzą pewnie zaraz, że przecież istnieje pewien nurt, zauważalny szczególnie w slasherach, gdzie krew miesza się z żartem, jak w popularnym jogurcie w dwukomorowym opakowaniu. Tylko tutaj ten humor był nijaki i mdły. Nie pomogła nawet scena ze słynnym indyjskim symbolem zaadaptowanym przez pewną grupę Niemców w XX wieku. Producenci chcieli puścić do widza oczko, ale wyszło z tego niekomfortowe mruganie, na które nie wiadomo, jak zareagować. Jest nudno, trochę niezręcznie i kiczowato. Jeśli macie wokół siebie kinomanów, którzy nie byli w tym roku grzeczni, sprezentowanie im seansu “Cichej nocy, świętej nocy”, będzie bardzo wymownym sygnałem, że pora przemyśleć swoje postępowanie.
Reżyseria: Mike P. Nelson
Na ekranie między innymi: Rohan Campbell, Ruby Modine i David Lawrence Brown
W kinach od piątku 12 grudnia.
Źródło: Radio ZET