Wodzirej doskonały - Pitbull zagrał w Polsce. Relacja z koncertu w Krakowie
Tysiące białych koszul, czarnych krawatów, czepków w stylu łysiny i okularów. Jeśli ten opis nie przywodzi Wam na myśl nikogo konkretnego, to ja Wam pomogę. To fani Pitbulla, którzy wczoraj w krakowskiej Tauron Arenie przeżyli prawdopodobnie największą imprezę swojego życia. Dale! Zobaczcie, jak wyglądał ten wieczór – przeczytajcie naszą relację z koncertu.
Pitbull w Polsce 2025. Relacja z koncertu w Tauron Arenie Kraków
Stało się. Po latach internetowych próśb, ankiet i pism do organizatorów koncertów, do Polski przyjechał Mr Worldwide. Nie jest w końcu tajemnicą, że artysta, który na scenie muzycznej jest od lat, a przebojów ma tyle, że trudno byłoby je zliczyć, był jednym z najbardziej oczekiwanych gości w naszym kraju. I choć u niektórych całe to zamieszanie z nieco ironicznym internetowym ruchem „Pitbull na Openera” albo „Kiedy Pitbull w Polsce?” powodowało szeroki uśmiech, to okazało się, że ma on nie setki, a tysiące zwolenników. Dowód? Dwa wyprzedane koncerty w Tauron Arenie w zaledwie kilka minut. Gdyby zaplanowany był trzeci, jego los byłby zapewne podobny.
Armando Christian Pérez, bo tak właściwie nazywa się Pitbull, jest na scenie muzycznej ciekawym zjawiskiem, a właściwie fenomenem. Wydawać by się mogło, że jego muzyka łącząca klimaty rapu, latino (artysta pochodzi z Miami, ale ma korzenie kubańskie) i muzyki klubowej swój pik miała już ładnych kilka lat temu, a tymczasem na wczorajszym koncercie… bawiło się głównie pokolenie Z. Czy zatem występy Pitbulla – człowieka, któremu popkultura przykleiła łatkę synonimu mema (nie zawsze słusznie) – dla ludzi wychowanych głównie na współczesnym rapie i reggaetonie to kategoria guilty pleasure? Być może. Ale z naciskiem na pleasure, bo jeśli kilkanaście tysięcy fanów bez zadęcia wyśpiewuje z artystą każdy wers jego piosenki – to musi być miłość.
Na scenie Pitbull pojawił się około 21:30. Wejście miał raczej z kategorii pewnych, bo świetną robotę wykonał support – tu w rolach głównych legenda: Shaggy i DJ Laz. Słuchaliśmy klubowych przebojów głównie ze złotych lat 2005–2015, nie brakowało „Danza Kuduro”, „Yeah”, kawałków Ne-Yo i Taio Cruza. Ach, była też Abba i… virale z TikToka. To się wszystko ze sobą naprawdę skleiło.
Ikoniczne już zawołanie „Mr Worldwide” wybrzmiało tuż po pierwszym numerze, którym było „International Love”. A później ruszyła lawina przebojów. Trudno jednak było spodziewać się koncertu z innym scenariuszem, bo Pitbull postawił na piosenki znane, lubiane, a przede wszystkim porywające do tańca. Trochę w stylu The Best Of. Zresztą oddajmy cesarzowi, co cesarskie – jeśli sprawdzić statystyki piosenek w sieci, to naprawdę niewiele gwiazd może pochwalić się tak gigantycznymi liczbami. Większość utworów wyprodukowanych przez Pitbulla ma setki milionów wyświetleń. Kilka – miliardy. To znaczy jedno – koncert był setem od przeboju do przeboju. I to jest recepta na niesamowitą imprezę. Śmiało mogę przyznać, że takiego „melanżu” pod palmami Miami i z klimatem prosto z klubów przy Ocean Drive krakowska hala jeszcze nie widziała.
Rzadko zdarza się, żeby niemal każda osoba na trybunach – o płycie nie wspominając – przetańczyła cały koncert. Ale inaczej naprawdę się nie dało! Nawet jeśli ktoś nie jest fanem twórczości Amerykanina, to atmosfera sama powodowała, że mimowolnie nogi tupały do rytmu, a biodra szalały w klimacie salsy. Największe poruszenie wywołały wśród publiczności klasyki: „Fireball”, „Hey Baby (Drop It to the Floor)” stworzone z T-Painem, „On the Floor” wykonywane oryginalnie z Jennifer Lopez, „I Like It” nagrane z Enrique Iglesiasem, „Timber” z Keshą i „Feel This Moment” z Christiną Aguilerą. Ostatni wspomniany hit wybrzmiał dwukrotnie, bo Pitbull ocenił, że atmosfera jest tak znakomita, że należy to powtórzyć. Wtedy też do akcji przystąpili polscy fani, którzy na trybunach utworzyli – dzięki lampom w telefonach – naszą biało-czerwoną flagę.
Były też momenty zaskakujące. Usłyszeliśmy klasyki takie jak „It’s My Life” Bon Joviego (panowie współpracowali przy wspólnym utworze z samplami tej piosenki) i „We Will Rock You” Queen (Pitbull skorzystał z utworu, tworząc piłkarski hymn na jedną z dużych imprez). Karkołomne połączenie – nie wiem, czy do końca potrzebne – ale jak widać, na koncercie się sprawdziło, a band grający na żywo poradził sobie z tym zadaniem naprawdę nieźle. Ciekawym zabiegiem było to, że większość utworów Pitbull zagrał w skróconych wersjach. Być może chodziło o „upchnięcie” w secie jak największej liczby przebojów albo skrócenie partii śpiewanych w oficjalnych nagraniach przez gości. Jakikolwiek nie byłby zamysł takiego działania – efekt był prosty: dynamika. Mocnym punktem całego show była też oprawa. Wizualizacje z elementami teledysków przypominały o współpracach muzycznych, które Pitbull ma za sobą, a tu z kolei tylko należy docenić, jakie sławy na przestrzeni lat zgodziły się z nim zaśpiewać. Dobrą robotę wykonały też tancerki, chociaż można było odnieść wrażenie, że sam Pitbull w niektórych choreografiach dużo bardziej przyciągał wzrok – wszak tancerzem latino jest świetnym.
Kontakt z publicznością to połowa sukcesu show. Tu zaliczona na piątkę. Jest doskonałym wodzirejem, który czuł publiczność. Wiedział, kiedy przyspieszyć, kiedy dać oddech i kiedy wcisnąć pedał muzycznego gazu do końca. W swoich czterech stylizacjach z typowym dla siebie smokingowym zacięciem był kwintesencją Pitbulla w Pitbullu. Amerykanin mówił dużo (ze swoim charakterystycznym akcentem, intonacją i wplataniem hiszpańskich słów), był otwarty, wzniósł toast i przekazał kilka ważnych – jak zaznaczył – słów. O tym, by doceniać miłość i czas, jaki mamy dany w życiu. A to, co daje życie, przekładać – z negatywnego na pozytywne. Tu podał siebie za przykład. Ktoś może powiedzieć: banał. Ale do publiczności trafił i został nagrodzony gromkimi brawami. Artysta podziękował za zaproszenie, wsparcie i dobrą energię od fanów. Ewidentnie wiedział, że w kraju nad Wisłą na niego czekali. I spuentował to wszystko, wołając po polsku: „Dzięki, wariaty!”, śpiewając przy tym stadionowy szlagier: „Ole, Ole, Ole, Ole – Polaaaand, Polaaaand!” (Halo, czy nasza piłkarska reprezentacja to słyszy?) :)
Zatem i my, Panie Pitbullu, dziękujemy! Na takie imprezy zaproszenie do nas ma Pan zawsze otwarte.
Magdalena Barczyk