Tańcz jakby deszczu nie było - Pitbull wystąpił w Warszawie
Lato w Polsce ostatnio nas nie rozpieszcza, dlatego dobrze, że mamy takich artystów jak Bad Bunny, który kilka dni temu z Warszawy zrobił muzyczne Portoryko, a Pitbull urządził wczoraj na PGE Narodowym klub rodem z Miami. Choć deszcz był obecny podczas koncertu jako pełnoprawny uczestnik - nic nie przeszkodziło fanom w znakomitej zabawie.
Relacja z koncertu Pitbulla na PGE Narodowym 23.07
Półtorej godziny nieprzerwanej imprezy. Jeśli ktoś chciałby stworzyć listę artystów, którzy z koncertu potrafią zrobić prawdziwą listę przebojów to Pitbull powinien znaleźć się na jej czele. Artysta z gigantycznym dorobkiem radiowych hitów przezywa ostatnio drugą młodość i wykorzystuje to w 100 procentach. Efekt? Kilkadziesiąt tysięcy fanów pod sceną - śpiewających każdy utwór i ani jeden siedzący uczestnik wydarzenia.
Kiedy kilkanaście lat temu Pitbull przeżywał swój najlepszy moment w karierze, prawdopodobnie niewielu byłoby w stanie obstawić zakład, że w 2026 roku artysta z Miami wypełni Stadion Narodowy, a ludzie kilku pokoleń będą walczyć o bilety na jego koncert. Jest w tym jednak jakaś prawda, że panujący obecnie trend na sentyment do tego co już było wyświadczył Pitbullowi dużą przysługę. Wczoraj do przebojów "I Like It" czy "International Love" bawili się ci, którzy doskonale pamiętają moment podbijania przez Pitbulla list przebojów, jak i ci, którzy jego numery znają z Tik Toka.
O fenomenie Mr Worldwide można by mówić dużo, ale najlepiej określi go fakt, że tysiące fanów założyło wczoraj na głowę czepki z łysiną i białe koszule z czarnym krawatem. Dla niektórych trudne do zrozumienia, a dla innych sposób na oderwanie się od smutnej czasem rzeczywistości i wykorzystanie czasu na świetną zabawę. O co zresztą apelował ze sceny sam Pitbull, kilkukrotnie pozdrawiając polską publiczność i zaznaczając, że przyjechał do Warszawy, by wszyscy ci, którzy przyszli na jego koncert przeżyli fantastyczne chwile. I to mu się udało.
Pitbull postawił na autentyczność
Stojąc pośród fanów Pitbulla na trybunach sama złapałam się na tym, że niemal przez cały koncert uśmiech nie schodził mi z twarzy, a nogi mimowolnie tupały do rytmu. Recepta na dobry koncert? Miks przebojów z kilku dekad swojej kariery, tancerze, efekty pirotechniczne i wyjątkowa charyzma samej gwiazdy. Armando Christian Perez przyjechał do naszej stolicy z pełnym tego pakietem. Znajdą się być może tacy, którzy minus postawią przy samej długości koncertu, bo trwał półtorej godziny. Czy powinien trwać dłużej? Trudno powiedzieć. Pitbull zagrał niemal wszystkie swoje przeboje tylko w skróconych wersjach. Wynika to z tego, że 99 procent jego utworów nagrana jest w duetach, więc z drugiej strony granie piosenek z głosem z taśmy też mija się z celem. I za to plus dla Armanda, bo postawił na autentyczność.
Sam artysta chyba zaliczy swój kolejny pobyt w naszym kraju do udanych. Dało się wyczuć, że mimo niesprzyjającej aury dał z siebie wszystko, żeby wychodząc z koncertu mieć tylko pozytywne odczucia. Jest znany ze swojego świetnego kontaktu z publicznością, co tylko wczoraj potwierdził. Były słowa po polsku i efektowny toast, który wzniósł na scenie. Publiczność jednogłośnie nagrodziła pochodzącego z Florydy artystę gromkimi oklaskami.
Panie Mr Worldwide, dzięki za świetny czas i zapraszamy do nas ponownie. Koniecznie z tak dobrą atmosferą i przesłaniem doceniania życia, bo jest krótkie. A klimat gorącego Miami w chłodnej ostatnio Warszawie sprawdził się idealnie. DALE!
Magdalena Barczyk
Źródło: Radio ZET