Muzyczna jazda bez trzymanki - The Weeknd wystąpił w Warszawie
Wyobraźcie sobie środek nocy, przejażdżkę po wielkim, czasem niebezpiecznym mieście i adrenalinę, którą można poczuć w każdym kadrze produkcji filmowej. Obrazy się rozmywają, a światła migają Wam przed oczami. Nie wiadomo gdzie dojedziecie, ale ta przygoda zostanie z Wami na długo. W taką podróż bez trzymanki wybrało się kilkadziesiąt tysięcy fanów, którzy pojawili się na Stadionie Narodowym w Warszawie. A prowadzącym ten wyjątkowo szybki pojazd był The Weeknd. To była jazda bez trzymanki.
The Weeknd wystąpił w Warszawie na dwóch wyprzedanych koncertach
The Weeknd powrócił do Polski po trzech latach. Sporo się u niego zmieniło, pojawiły się nowe piosenki i projekty. Jedno jednak zostało bez zmian. To, w jaki sposób prowadzi swoich fanów przez swoje poszczególne projekty w trakcie koncertów, zasługuje na uznanie. Śpiewa na żywo, pokazując swoje możliwości głosowe - nie do podrobienia i pomylenia z kimkolwiek innym.
Dwa wyprzedane koncerty w Warszawie pokazały, że w Polsce artysta ma spore grono fanów - szczególnie takich, którzy faktycznie pojawili się, by przeżyć prawdziwy spektakl, a nie przechodzili obok i kupili bilety z ciekawości. Rezultat jest taki, że The Weeknd kila razy zakrywał uszy, bo nie spodziewał się, że aplauz dla niego będzie tak niewiarygodnie głośny. W pewnym momencie nawet się wzruszył, a wielu - w tym mnie - ścisnęło gdzieś w sercu. Było to naprawdę urocze.
Sam koncert trwał ponad dwie godziny i zbudowany był na różnych kombinacjach utworów - niektóre zagrane były w całości, niektóre nieco skrócone, innym wydłużono intro. To spowodowało, że ciągle pojawiała się ciekawość - co tym razem zaserwuje nam artysta. Nie zabrakło najnowszych piosenek, dobrze znanych produkcji stworzonych we współpracach z innymi artystami i największych przebojów. Dość powiedzieć, że podczas "Bliding Lights" stadion niemal trząsł się w posadach.
Spektakularne show i imponująca scenografia
Na oklaski zasługuje także sama oprawa koncertowa. Kanadyjczyk postawił na spektakularne show - ale - tu ważne - takie, które w żaden sposób nie przykrywało muzyki, a wręcz przeciwnie - podkręcało emocje w najbardziej ikonicznych momentach singli. Długi wybieg z trzema scenami, gigantyczna, złota figura, która strzelała z oczu laserami, wyrzutnie petard i ogień. Właśnie ogień. Chociaż na dworze było grubo ponad 30 stopni, wokół niemal całej sceny wybuchały co jakiś czas ognie. Wyglądało to spektakularnie, nie wiem tylko czy tego samego zdania były osoby stojące w rzędach przy samej scenie Nie zabrakło także imponującej zabudowy sceny imitującej demoniczne miasto, w którym co jakiś czas snuli się tancerze w długich czerwonych pelerynach. Ciarki.
W tym całym wielkim show chciałabym zaznaczyć jeszcze jeden ważny element. Może niekoniecznie najważniejszy z punktu widzenia muzycznego, ale wart odnotowania. Podczas gdy każdy z fanów mógł co jakiś czas wziąć łyk wody i wachlować się stojąc w miejscu - The Weeknd przy wymagającej temperaturze biegał, śpiewał, rozmawiał z fanami i w żaden sposób nie dał po sobie poznać, że warunki atmosferyczne nie ułatwiają pracy. Mało tego - przez ponad dwie godziny prezentował się na scenie w skórzanym kostiumie, który byłby idealny na temperaturę około 18 stopni. Szacunek, bo nie dość, że było zwyczajnie gorąco, to on sam notorycznie przebywał w okolicy wspomnianego już wcześniej ognia.
Cały spektakl był więc jazdą bez hamulców - od świetnej setlisty po znakomite wrażenia wizualne. Jeśli tak mają wyglądać koncerty, to ja piszę się na tę jazdę. Wciskamy gaz i ruszamy w muzyczną równoległą rzeczywistość.
Magdalena Barczyk
Źródło: Radio ZET