Sekret PRL został ukryty w dacie bitwy pod Grunwaldem

4 min. czytania
11.04.2025 13:45
Obserwuj nas na Google

Jak wygląda historia spożywania alkoholu w Polsce? Nie powinno dziwić, że jest ona długa i bogata. Poniżej prezentujemy fragment książki, która przybliża dzieje naszych rodaków od tej nieco luźniejszej strony – mowa o „Ze mną się nie napijesz? Imprezowa historia Polski”, której autorem jest Krzysztof Pyzia.

Sekret PRL ukryty w dacie bitwy pod Grunwaldem
fot. Screen/Filmpolski.pl
  • Krzysztof Pyzia opisuje historię Polski w książce "Ze mną się nie napijesz? Imprezowa historia Polski"
  • Produkcja bimbru w Polsce nawiązuje do bitwy pod Grunwaldem.
  • Zmagania z Krzyżakami przybliżają nas do bitwy w 1410.

Historia spożywania alkoholu w Polsce

Choć to niekoniecznie jedna z naszych chlubnych cech, nie da się uciec przed rzeczywistością – Polacy zawsze spożywali alkohol, robią to i teraz, a najpewniej będą się tym zajmować i w przyszłości. Alkohol i jego obecność w naszym narodowym DNA jest niewątpliwie tematem ważnym i ważkim, którym należy zająć się należycie. Temat ten podjął Krzysztof Pyzia w książce „Ze mną się nie napijesz? Imprezowa historia Polski”, a patronat medialny nad nią objęło Radio ZET. Premiera miała miejsce 9 kwietnia tego roku. Poniżej prezentujemy fragment publikacji.

Quiz: Najpiękniejsze aktorki z PRL-u. Musisz poznać je po jednym zdjęciu

Screen Filmpolski.pl
1/15 Na zdjęciu przedstawiona jest

Fragment książki „Ze mną się nie napijesz? Imprezowa historia Polski”

„Samogon, łzy sołtysa, siwucha, sołtysówka, Koniak Pędzony Nocą albo po prostu bimber. Czyli napój alkoholowy produkowany niezbyt legalnie, w warunkach domowych. Okazuje się, że Grunwald ma z nim więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać. I wcale nie chodzi o to, że właśnie bimber pito w czasie walk pod Grunwaldem (o tym będzie więcej nieco później). Otóż w dacie bitwy pod Grunwaldem (wiem, że znacie, ale i tak przypomnę – 1410 rok) zapisany jest sekretny przepis. Z góry zaznaczam, że nie mam pojęcia, na ile jest on smaczny. Słyszałem jedynie, że w cyfrach składających się na rok 1410 jest ukryta receptura, aby sobie samemu stworzyć samogon.

Skupcie się. Potrzebujemy jeden kilogram cukru, cztery litry wody i dziesięć dekagramów drożdży. Dalej robi się zacier trzyma się go na jakimś poddaszu albo w piwnicy, aż nakapie szklaneczka. Nie polecam próbować, czy działa. W naszym kraju od dawna jest zakazana domowa produkcja alkoholu na sprzedaż. I każdy, każdusieńki Polak do tego się stosuje, prawda…?

Tymczasem przenieśmy się do czasów, które bezwzględnie popychają nas ku wojnie z Krzyżakami. Tymi samymi, których sobie sami sprowadziliśmy na głowę, licząc, że ci Niemcy z krzyżami na płaszczach będą naszymi partnerami. Jak widać, polska naiwność ma długą historię. Nawet sześćset lat temu łudziliśmy się, że zawiążemy sojusz z Niemcami… Na początku XV wieku stosunki z zakonem krzyżackim są złe od dawna. Mówi się, że już w roku koronacji Władysława Jagiełły było niemal pewne, że będziemy musieli z nimi stoczyć bój. Nie pytano więc, czy będzie wojna, tylko kiedy. I tak miarka w stosunkach z Krzyżakami przebrała się w 1409 roku. Wówczas na Żmudzi wybucha antykrzyżackie powstanie przy poparciu wielkiego księcia litewskiego – Witolda. Krzyżacy prędziutko proszą, by król Władysław Jagiełło nie maczał w tym palców i zachował neutralność naszej krainy wobec walk na Żmudzi. Mówiąc krótko, by nasz król patrzył, jak leją naszych (w powstaniu brali udział także zbrojni z Polski) i nic z tym nie robił. Nikt normalny by się na to nie zgodził. A że Jagiełło był w miarę normalny, to się nie zgodził.

 

Krzyżacy myśleli, że będziemy patrzeć z założonymi rękami, jak „rozpykują” Litwinów, po czym, gdy już zrobią z nimi porządek, to wówczas wezmą się za nas. Zresztą gdy wybucha powstanie na Żmudzi, a do Malborka udaje się w imieniu króla polski poseł, arcybiskup gnieźnieński Michał Kurowski, to wszystko zdaje się już być przesądzone. Wielki mistrz zakonu Ulrich von Jungingen zapewne nieprzypadkowo zaczyna się kłócić z naszym arcybiskupem, by chwilę później przekazać mu, że właśnie Krzyżacy wypowiadają nam wojnę. Prawda jest jednak zgoła inna. Krzyżacy porzucają zasadę, by nie martwić się na zapas i zapasy właśnie, chociażby broni, gromadzą od dawna. Kłótnia z arcybiskupem zdaje się być jedynie dobrą wymówką. Dalej wszystko toczy się błyskawicznie. Krzyżacy zdobywają ziemię dobrzyńską, a do tego Bydgoszcz, którą w październiku 1409 roku udaje się szczęśliwie odbić. Wówczas Krzyżacy i Jagiełło zawierają rozejm. Trwa i trwa mać do zachodu słońca 24 czerwca 1410 roku. Nasz Władysław Jagiełło nie traci czasu. Całą zimę poświęca na gromadzenie wojsk i uzbrojenia. Do tego gromadzi żywność. Łowczy wyłapują woły, świnie, solą i zamykają w dębowych beczkach. Jak donosi Jan Długosz, w samym tylko Przyszowie łosi i żubrów łowczy wyłapują tyle, że mieszczą się one w aż pięćdziesięciu beczkach, które posłał do Płocka drogą wodną, by tam gromadzić zapasy. Król doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że od tego starcia zależy, czy kiedyś będą o nim dobrze mówić w podręcznikach do historii, a może nawet (kto wie!) czy pojawi się na polskich banknotach. Na początku lipca 1410 roku jest już niemal jasne, że lada moment dojdzie do bitki. Wojska polsko-litewskie maszerują ku terytorium Krzyżaków.”

Okładka książki
Fot. Krzysztof Pyzia/Wydawnictwo Bellona
Okładka książki

Krzysztof Pyzia – Dziennikarz Radia ZET. Poczucia humoru uczył się od swego mistrza, aktora Wojciecha Pokory, którego nakłonił na książkę (jak sam przyznaje, metodą „na wnuczka”) – wywiad rzekę „Z Pokorą przez życie”. Poza tym autor kilku innych książek (nawet trafiły mu się bestsellery, takie jak „Wyszło jak zwykle. Rozbrajająca historia Polski” z 2024 roku!).

Źródło: Radio ZET