Nie o medalach, a o człowieku. „Anita” wciąga od początku do końca
Film o wielkiej mistrzyni łatwo zamienić w laurkę. Twórcom „Anity” udało się jednak zrobić coś więcej - pokazać Anitę Włodarczyk nie tylko jako legendę polskiego sportu, ale też kobietę, która za sukcesy zapłaciła wysoką cenę. Nowa produkcja Papaya Films łączy kulisy przygotowań do mistrzostw świata z opowieścią o presji, kontuzjach i relacjach, nie tracąc przy tym humoru.
Anita Włodarczyk doczekała się filmu
Papaya Films dobrze wie, jak tworzyć filmy poświęcone wybitnym polskim sportowcom. Nie tak dawno mogliśmy poznać bliżej historie Roberta Lewandowskiego i Wojciecha Szczęsnego, a także wzruszyć się przy „Mistrzyniach”. Tym razem pochyla się nad życiem i karierą Anity Włodarczyk - trzykrotnej mistrzyni olimpijskiej i czterokrotnej mistrzyni świata w rzucie młotem.
Nakręcenie filmu na temat sportowca nie jest łatwe. Nie wystarczy opowiedzieć o jego osiągnięciach. Te są powszechnie znane, zwłaszcza jeśli mówimy o takiej postaci jak Anita Włodarczyk (choć z drugiej strony jest ich tak wiele, że faktycznie można się pomylić). Reżyserka filmu, Kasia Grabek, stanęła przed bardzo trudnym zadaniem. Musiała ukazać główną bohaterkę jako kogoś więcej niż sportowca - pokazać, z czym Anita Włodarczyk zmagała się w trakcie swojej wieloletniej kariery i jaką cenę zapłaciła za sukcesy.
I faktycznie tego typu obraz otrzymaliśmy. „Anita” nie jest typowym filmem biograficznym. Historia skupia się na przygotowaniach do mistrzostw świata w Tokio w 2025 roku. Przeplatana jest jednak wątkami dotyczącymi dzieciństwa i początków kariery. Sama Anita Włodarczyk otwiera się też na trudne tematy. Żeby nie zdradzać wszystkiego, opowiada m.in. o poważnej kontuzji, która mogła zatrzymać jej karierę, czy zrywanych relacjach z trenerami. Co z emocjami?
Propozycja nakręcenia filmu o mnie była dużym zaskoczeniem. Wcześniej nawet o tym nie marzyłam. Zależało mi na tym, aby w filmie być sobą, żeby nie było sztuczności. Chciałam się otworzyć
Idąc na premierę „Anity”, miałem w głowie inną produkcję Papaya Films - „Mistrzynie”. To film, który wywarł na mnie takie wrażenie, że już chyba do końca życia wyjście do kina będzie mi się kojarzyć właśnie z nim. Justyna Tafel wykonała wtedy ogromną pracę, jeśli chodzi o ukazanie emocji na ekranie. Nie liczyłem na to, że tyle samo wzruszenia otrzymam przy „Anicie”. Jej historia nie jest tak przejmująca, jak ta opowiedziana przede wszystkim przez Różę Kozakowską.
„Anitę” porównałbym prędzej do filmu o Wojciechu Szczęsnym. Dużo w nim emocji, ale przeważają te pozytywne. I widać to było podczas przedpremierowego pokazu, na którym miałem przyjemność być. Sala kilkukrotnie wybuchła śmiechem. Duża w tym zasługa nie tylko samej Anity, ale też jej trenera. Ich relacja jest jednym z tych elementów, który w filmie ukazany został perfekcyjnie. Nie brakuje też typowych dla takich produkcji wypowiedzi członków rodziny czy ludzi, którzy współpracowali z Anitą w trakcie jej kariery.
„Anita”. Mam tylko jeden zarzut
I choć nie ma to wiele wspólnego z samym filmem, muszę podkreślić, że na przedpremierowym pokazie pojawiło się mnóstwo osobistości. Obecni byli nie tylko dziennikarze i zaproszeni goście, ale też mistrzowie tacy jak Robert Korzeniowski czy Tomasz Majewski. To pokazuje, jakim szacunkiem w środowisku cieszy się Anita Włodarczyk. Film jest zasłużonym hołdem dla niej, choć mam do niego tylko jeden zarzut - jest za krótki! A być może po prostu tak przyjemnie się go ogląda, że czas przy nim płynie dużo, dużo szybciej.
Źródło: Radio ZET/Andreas Nicolaides