Mówią, że ten film podbije Oscary. “Wielki Marty” - wiem już, skąd ten szał
“Wielki Marty” to jedna z pierwszych tak dużych filmowych tytułów tego roku. Czy mamy do czynienia z efektem sprawnej kampanii marketingowej i oscarowych spekulacji, czy też to po prostu tak dobra produkcja, że wszyscy o niej mówią, a niemal każdy fan kina już zdążył o niej usłyszeć? Obejrzałam ten film i już wszystko wiem. Zapraszam na recenzję “Wielkiego Marty’ego”. Bez spojlerów.
Z tego artykułu dowiesz się:
- “Wielki Marty” - skąd wziął się ten film i czy jest na faktach?
- O czym jest “Wielki Marty”?
- Czy warto iść na “Wielkiego Marty’ego” do kina?
“Wielki Marty” - o co w ogóle chodzi z tym filmem?
Bracia Safide po swoim “rozstaniu” postawili na filmy o tematyce sportowej. Benny w ubiegłym roku uraczył nas biografią zawodnika mieszanych sztuk walki, Marka Kerra, w której mogliśmy podziwiać Dwayne’a Johnsona w zupełnie nowej, dramatycznej odsłonie, a Joshua podarował nam “Wielkiego Marty’ego”, który od kilku miesięcy miażdży media swoją kampanią marketingową. W promocję produkcji mocno zaangażował się odtwórca tytułowej roli Marty’ego, Timothée Chalamet. Nic dziwnego, że aktorowi zależało na rozpromowaniu tego filmu, w końcu z myślą o nim przez 8 lat trenował tenisa stołowego.
Jeśli w ostatnim czasie natknęliście się w sieci na zdjęcia Chalameta w pomarańczowym wdzianku, w specyficznych okularach czy na tle pomarańczowego sterowca z napisem “Marty Supreme”, to tak, chodzi o ten film.
Pomysł na niego zrodził się w 2018 roku, gdy żona Josha podarowała mu biografię znanego amerykańskiego pingpongisty, Marty’ego Reismana. Sara Rossein wiedziała, że książka spodoba się jej mężowi, bo w domu Safidów ulubionym sportem był właśnie tenis stołowy. Nie myliła się, pozycja tak spodobała się Joshowi, że zrodził się pomysł na film. Film, który został okrzyknięty jako tegoroczny oscarowy faworyt jeszcze przed ogłoszeniem nominacji. Czy to produkcja na faktach? Nie, jest inspirowana postacią Reismana, ale nie jest to biografia.
O czym jest “Wielki Marty”?
Lata 50., USA. Marty wiedział, że przestarzała kamienica z jedną linią telefoniczną i niesprawną instalacją wodną, nie jest miejscem dla niego. Wiedział, że zostanie gwiazdą i nie interesowało go to, że może nie jest mu to pisane. Nie interesowała go również cena, jaką będzie musiał za to zapłacić. Nie przejmował się też tym, że w Ameryce mało kto interesuje się ping pongiem. Wiedział, że on wyniesie ten sport na wyżyny i zostanie jego gwiazdą nie tylko w ojczyźnie, ale i na całym świecie. Pierwszy kierunek - Londyn i British Open.
Jednak wydarzenie nie wygląda tak, jak wyobrażał to sobie Marty. Najpierw szef nie chce wypłacić mu pieniędzy, bo boi się, że straci swojego najlepszego pracownika sklepu obuwniczego, a gdy już bohaterowi uda się wylecieć do Londynu, na miejscu zamiast luksusowego hotelu czeka go wieloosobowa kwatera o wątpliwych warunkach. No, ale nie takie numery z Martym. Znalazł sposób na to, by wypłacili mu pieniądze, znalazł też sposób na to, by zamieszkać w jednym z najbardziej prestiżowych hoteli w Wielkiej Brytanii. Może były to sposoby generujące kłopoty, ale kto by się tym przejmował. Przecież Marty zaraz będzie gwiazdą, już się nią czuje, takim wybacza się wszystko.
Z każdym problemem Marty wpada na coraz to drastyczniejsze rozwiązania. Wielu w jego położeniu uznałoby, że ma pecha, ale nie on. Tu wydaje się, że przeszkody tylko utwierdzają go w przekonaniu, że to wszystko prowadzi do czegoś naprawdę wielkiego.
Recenzja filmu “Wielki Marty”
“Wielki Marty” to nie jest typowy film o megalomanie, który charyzmą rozkochuje wszystkich wokół siebie, by później spalić za sobą doszczętnie każdy most. To nie jest opowieść o naciąganym, udawanym czy oszukanym sukcesie rodem z “Wilka z Wall Street”, “Utalentowanego pana Ripley’a”, czy też o farciarzu, któremu zawsze się udaje, jak Forrestowi Gumpowi. Choć na początku może sprawiać takie wrażenie. Jest wręcz przeciwnie, Marty ma cały czas pod górkę i niezależnie, jakim sprytem i poświęceniem się wykaże, jego sytuacja nie będzie lepsza.
Oglądając poczynania postaci wykreowanej przez Timothée Chalameta najpierw byłam poirytowana. Marty wyglądał, jakby poważnie przedawkował treści od instagramowych “trenerów życia”, którzy twierdzą, że jeśli czegoś bardzo chcesz, to możesz, tylko musisz się wystarczająco mocno starać. Problem w tym, że nikt nie wspomina wtedy o granicach, które warto sobie ustalić.
Chalamet w postać Marty’ego wchodzi jak nóż stołowy w miękkie masło z rana i gładko to masło rozsmarowuje na świeżym, pachnącym chlebie podanym mu przez resztę akorów. Gwyneth Paltrow, Tyler the Creator, Fran Drescher, Abel Ferrara, Odessa A’zion - wiele jest filmów ze świetną obsadą, ale ta jest jak wspomniany świeży, ciepły jeszcze bochenek z masłem. Chalamet wtapia się w kolejne warstwy aktorskiego pieczywa tworząc mieszankę, której smak polubi chyba każdy.
Zauważyłam, że przez prawie cały film wierzyłam w Marty’ego i czekałam na coś wielkiego. Najpierw go nie lubiłam, a później było mi go po prostu szkoda, bo to historia lekko pokiereszowanego przez życie młodego chłopaka, który tak bardzo nie chce rzeczywistości, w której się znalazł, że pogubił się w wartościach i poczuciu pewności siebie. Popełnia głupie błędy, ma potężną skoliozę kręgosłupa moralnego, ale nie jest zły z natury. Po prostu chce być szanowany i akceptowany. Jak każdy z nas.
Jednak “Wielki Marty” to nie przygoda moralistyczno-psychologiczna. Tu ewentualne korzyści dla własnej duszy wyciągniemy w odpowiednim czasie, ale zanim to, ruszamy na przygodę przez absurdalne doświadczenia i pomysły bohatera. W skrócie - tu się dzieje, jest akcja i jest napięcie. Albo zdenerwujesz się na głupotę Marty’ego, albo wciągniesz się w jeden z pościgów, by w końcu trzymać kciuki, by machał szybciej swoją pingpongową paletką. Przez 2,5 godziny biegu chwil na oddech jest niewiele.
Technicznie też jest świetnie. Klimat lat 50. poznajemy i z perspektywy hotelu Ritz, i z perspektywy starej kamienicy, aż po perspektywę stosu śmieci. Montaż, który raz goni, a raz daje nam chwilę odpocząć i sceny meczowe, które nie dokonują ataku na nasz błędnik. No i ten soundtrack.
Josh Safide bawi się środkami komediowo-akcyjnymi, by na koniec dać nam prostą, ale ważną życiową lekcję. Czasem to, co wydaje się bolesną przegraną, może okazać się największym zwycięstwem. Safide tą produkcją wygrał. 8,5/10.
W kinach od 30 stycznia.
Źródło: Radio ZET