Dwayne Johnson w pierwszym nieobciachowym filmie? Recenzja “Smashing Machine”

3 min. czytania
02.10.2025 16:23
Obserwuj nas na Google

“Smashing Machine” to jeden z tych filmów, których komunikacja promocyjna ze zwiastunem na czele wskazywały na coś zupełnie innego, niż pojawiło się na ekranie. Filmowa biografia Marka Kerra wygląda nieco inaczej, niż typowe obrazki o sportowcach osiągających ogromne sukcesy. Czy to źle? Zapraszam na recenzję filmu “Smashing Machine”. 

Dwayne Johnson jako Mark Kerr
fot. Materiały prasowe dystrybutora Monolith Films

Z tego artykułu dowiesz się:

  • O czym jest film “Smahing Machine”? 
  • Czy “Smashing Machine” to film na faktach? 
  • Kiedy “Smashing Machine” pojawi się w polskich kinach?

O czym jest film “Smashing Machine”? 

Idąc na “Smashing Machine” spodziewałam się chyba standardowej dość opowieści o sportowcu, który dzięki ciężkiej pracy, dyscyplinie i poświęceniom spełnia snute od dziecka marzenia. W tle oczywiście trudy w nawiązaniu relacji lub konflikty rodzinne i egzystencjalne pytanie na koniec: “czy to było tego warte”? Jednak film w reżyserii Benny’ego Safdie (którego możecie kojarzyć z takimi tytułami jak “Cząstki kobiety”, “Jesteś tam, Boże? To ja, Margaret”) historia wielkiego (dosłownie) sporowca jest przedstawiona nieco inaczej. 

Marka Kerra (w którego wcielił się Dwayne Johnson) poznajemy już jako zawodnika, który jest przyzwyczajony do wygrywania. Nie przyglądamy się jego drodze ku szczytowi, ale na tym szczycie już go spotykamy. Ma piękną willę, stać go na wymyślne misy z dodatkiem złota prosto z Japonii, ma też ukochaną Dawn (w tej roli Emily Blunt). Choć mieszane sztuki walk znane jako MMA dopiero raczkują, Kerr funkcjonuje już jako prawdziwa gwiazda. 

 

Jest mężczyzną innym, niż można byłoby zakładać sugerując się jedynie jego aparycją. Jest wrażliwy, oddany swojej pasji i Dawn. Docenia, że robi mu shake’a, choć pogubiła się już w tym, czy jest na tak zwanej “masie” czy na deficycie kalorycznym. Przywozi jej prezeny z Japonii, finansuje dodatnie życie. I nie bez powodu o Dawn wspominam na końcu. Bo Kerr, choć bez wątpienia musiał bardzo ją kochać, na pierwszym miejscu stawiał walki. 

Fot.

Recenzja filmu “Smashing Machine”

I tak samo jest w filmie - wątek sportowy gra tu pierwsze skrzypce, przelata się z melodią o skomplikowanej kondycji psychicznej Kerra. Jego związek z Dawn to z kolei sekcja rytmiczna, gitara basowa tej produkcji. Mimo to jest bardzo istotny i wiele mówi o sportowcu, pozostając jednocześnie z tyłu. Może to sprawiać wrażenie niepełnego wątku, bo nie wiemy, jak się poznali, kim Dawn była poza byciem partnerką Kerra, wiemy za to, jak udana para zmieniała się w dwoje coraz bardziej różniących się od siebie ludzi, których potrzeby coraz mocniej się rozjeżdżają. 

Sceny intymności w tym wypadku, to sceny, w których najpopularniejszy zawodnik MMA tego czasu (1997-2000) w wadze ciężkiej mięknie w objęciach swojej partnerki, albo kiedy wybiera jej kolorową apaszkę, bo wie, że lubi takie rzeczy. To też sceny, w których Dawn zauważa, że jej ukochany oprócz uzależnienia od wygrywania ma jeszcze inne, a on ze sztucznym uśmiechem na ustach wymyśla kolejne kłamstwa, by nie przyznać się do swoich słabości. 

Fot.

Kamera momentami podąża za Dawn i Markiem jak w dokumencie, czyli z tzw. ręki z niestabilnymi zbliżeniami, przez co możemy odnieść wrażenie bycia bardzo blisko bohaterów w tych najbardziej intensywnych momentach ich relacji. A w pewnym momencie robi się naprawdę gęsto.

“Smashing Machine” sprawia wrażenie filmu oszczędnego w wątki. Mamy uzależnionego od wygrywania, opioidów i Dawn Kerra, który staje w momencie, w którym musi to wszystko skonfrontować, mamy o jego przygotowaniach do najważniejszego turnieju tyle. Bez opowieści o dzieciństwie, snuciu marzeń, poznawaniu miłości. Trochę, jakby czegoś w tej opowieści jednak brakowało, ale w połowie filmu zaakceptowałam tę kameralność i w sumie całkiem mi się to spodobało. 

 

No i tu możemy przejść do perełki, a właściwie do potężnej masy perłowej tej produkcji, czyli do Dwayne’a Johnsona znanego też jako The Rock. Nie oszukujmy się, były wrestler, choć dorobek aktorski ma obszerny, to kojarzony jest raczej z jednym typem produkcji. Do tej pory widzieliśmy go przede wszystkim w filmach akcji albo przygodowych, w których wcielał się w nieustraszonego osiłka. I tak, w “Smashing Machine” również gra mięśniaka, ale w końcu pokazuje szerszy wachlarz emocji i umiejętności aktorskich. Krążą głosy, że może doczekać się nawet nominacji do Oscara. 

Czy warto iść na “Smashing Machine” do kina? Warto. Warto zobaczyć The Rocka w bardziej dramatycznym wydaniu, warto przyjrzeć się kameralnej, niekoniecznie monumentalnej karierze sportowej, która zakończyła się po cichu. Choć to produkcja o męskim świecie i męskich emocjach, jest w niej jakaś delikatność, której warto doświadczyć. 7/10.

W kinach od 17 października.

Oglądaj

Źródło: Radio ZET