`

Czy potrzebujemy kolejnej odsłony Nicolasa Cage’a? Recenzja filmu “Surfer”

3 min. czytania
22.04.2025 17:53
Obserwuj nas na Google

Film nagrany praktycznie w jednym miejscu, momentami na ekranie niewiele się dzieje, a z ekranu kipi jakiś niepokój, emocje, jest gorąco. Czy to Nicolas Cage, czy to australijskie słońce? A może to ta męskość tak toksyczna, że promieniuje z ekranu na salę kinową? Jeśli zastanawiacie się, czy warto zobaczyć w kinie “Surfera”, to zapraszam na recenzję filmu bez spojlerów. 

Nicolas Cage w filmie "Surfer"
fot. Materiały dystrybutora Monolith

Nowy film z Nicolasem Cage’em - “Surfer”

Jedni Nicolas Cage’a kochają, inni nie i ja tych drugich nie rozumiem. Bo jeśli umiejętność odnalezienia się w produkcjach bardzo dobrych, wartościowych, wśród profesjonalistów tak samo, jak w produkcjach gorszej klasy, tworzonych przez nowicjuszy lub z mikroskopijnym budżetem, nie jest dobrym aktorstwem, to ja nie wiem, co nim jest. Wiem, wiem, Nicolas Cage wcale taki ambitny i otwarty na różności nie jest z własnej woli i wszyscy znają historie o jego długach, ale nikt jak on nie potrafi przeskoczyć z wysokiego na niskie i odwrotnie w tak krótkim czasie odnajdując się na obu płaszczyznach. 

A może tylko całą tę sprawę romantyzuję? No nic, na pewno na tę moją romantyczną stronę miał wpływ właśnie Nicolas Cage - ten w wężowej kurtce, na masce auta Luli, śpiewający “Love Me Tender” w filmie Davida Lyncha “Dzikość serca”. W “Surferze” Cage jest już mniej ckliwy, ale równie męski, co w tej słynnej wężowej kurtce. Bo “Surfer” to męskość, a właściwe wszystkie jej najgorsze strony. 

Zacznijmy od tego, o czym w ogóle jest film Lorcana Finnegana. W “Surferze” przyglądamy się tytułowemu Surferowi (w tej roli oczywiście Nicolas Cage), a właściwie to byłemu surferowi, który zabiera nastoletniego syna w swoje rodzinne strony. Chce spędzić męski czas z synem, pokazać mu miejsce, w którym się wychowywał oraz niespodziankę. Niespodziankę dla rodziny, która w końcu okazuje się nie tyle darem dla najbliższych, a elementem układanki w budowaniu swojego męskiego ego. 

 

Problem w tym, że plaża, którą wybiera Surfer, jest zajęta przez lokalsów. W czym problem? W tym, że nie pozwalają mu z niej skorzystać, czym go upokarzają przed synem. I tak zaczyna się starcie tytanów - którzy surferzy są silniejsi, kto podda się pierwszy i przede wszystkim, gdzie leży granica utraty honoru w walce o ten honor właśnie?

Rzecz dzieje się praktycznie w jednym miejscu - na plaży, w domku na plaży, na parkingu, w publicznej toalecie, oczywiście przy tej jednej plaży. Bohaterowie nie ruszają się dalej niż na 500 metrów, a mimo tego jest dość dynamicznie, choć momentami niewiele się dzieje. To zasługa dużej ilości zbliżeń, ujęć “z ręki”, emocjom i gęstej kolorystyce. “Gęstej” nie byłoby najlepszym określeniem na po prostu nasycone, ciepłe kolory, ale w połączeniu z plażowym klimatem i upalnym słońcem, ta gęstość i gorąc udzielają się praktycznie przez ekran. I taka jest też atmosfera między surferami. Gęsta. 

Fot.

Recenzja filmu “Surfer” bez spojlerów 

Choć zaczyna się jak gorszej klasy horror i przez chwilę trzyma widza w tym horrorowym napięciu, to w pewnym momencie akcja “Surfera” rozwija się w takim kierunku, że zaczynamy sobie zadawać bardziej filozoficzne pytania, niż można było się tego spodziewać po tytule i opisie produkcji. Czy to męskość jest toksyczna, czy nasze wymagania o niej? Bo każdy z przedstawionych na ekranie bohaterów w jakiś sposób broni “swojego” terenu, walczy o jakiś honor, o jakiś obraz siebie. A gdyby tak w powietrzu nie wisiał wzrok kolegów, gdyby obok nie stał syn, gdyby żona nie chciała odejść, czy wszystko wyglądałoby tak samo?

Szaleństwo rośnie wraz z australijską temperaturą latem. Nicolas Cage, wypada tu świetnie, ale jak już pewnie wywnioskowaliście po wstępie, mogę być tu trochę nieobiektywna. Mimo wszystko to “jego” film, to on gra tu pierwsze, bardzo intensywne skrzypce, to od niego zależał końcowy odbiór “Surfera”. I gdyby coś poszło nie tak, twórcy filmu nie otrzymaliby 6-minutowych oklasków od publiczności na Festiwalu Filmowym w Cannes. 

Zadbano o to, byśmy nie znudzili się patrzeniem na koczującego w samochodzie zaparkowanym przy plaży Cage’a, a koniec na pewno was zaskoczy. Myślę, że “Surfer” spełnia większość wymagań, które powinien spełniać dobry film. Jest estetyczny, ma swój charakter, jest zaskakujący, ma dobry koniec (nie mylić z happy endem), pociągnie za sobą do jakiejś dyskusji i ma w sobie odrobinę artyzmu i szaleństwa. 8/10.

Oglądaj

Źródło: RadioZET.pl