Zamknij

Chmielarz i Ćwiek zdradzają kulisy tworzenia „Niech to usłyszą”: „Wszystko robiliśmy wspólnie”

30.11.2022 10:01

Serial audio „Niech to usłyszą” szturmem zdobył serca słuchaczy i słuchaczek Radia ZET! Nie mogło stać się inaczej. Sukces zagwarantowała nie tylko plejada gwiazd, które wystąpiły w słuchowisku, ale także rewelacyjna fabuła stworzona przez mistrzów kryminału, Wojciecha Chmielarza i Jakuba Ćwieka. To właśnie za sprawą tego sukcesu autorzy napisali książkę „Niech to usłyszą” (W.A.B., 11.2022), która stanowi przypieczętowanie współpracy Ćwieka i Chmielarza.

Wojciech Chmielarz Jakub Ćwiek
fot. mat. prasowe

Niech to usłyszą to pierwszy radiowy serial kryminalny w Polsce, którego autorami są Wojciech Chmielarz i Jakub Ćwiek. Wyreżyserowana przez Krzysztofa Czeczota produkcja liczy 40 odcinków, a cała akcja kręci się wokół porwania słynnej polskiej piosenkarki – Maggie. Serial ukazał się również w formie książki, o której autorzy opowiedzieli w najnowszym wywiadzie.

POSŁUCHAJ WSZYSTKICH ODCINKÓW "NIECH TO USŁYSZĄ"

Zobacz także

Wojciech Chmielarz i Jakub Ćwiek zdradzają kulisy tworzenia „Niech to usłyszą” [WYWIAD]

Nie mogę o to nie zapytać: jak się pisze w duecie? To Panów pierwsze takie książkowe doświadczenie. Książkowe – podkreślam – bo mają już Panowie na koncie wspólne słuchowisko „Skowyt”, no i „Niech to usłyszą”, oczywiście.

Jakub Ćwiek: Myślę, że tu warto jedną rzecz od początku doprecyzować: wszystko przy tej opowieści robiliśmy faktycznie wspólnie... oprócz samego pisania. Wymyślenie całej koncepcji, przegadywanie postaci wszelkich rozwiązań fabularnych, ustalenie rozłożenia napięć, zwrotów akcji, plan powieści, a potem dzielenie się nawzajem uwagami, poprawianie i wreszcie promocja – to jest owoc pracy wspólnej. Pisanie, mierzenie się z migającym kursorem na pustym arkuszu to zawsze praca samotna, którą wykonywaliśmy osobno w zaciszu własnych domów z poczuciem, że trzeba się postarać, bo ten drugi na pewno zrobi swoje dobrze.

I myślę, że tu tkwi siła tej naszej wspólnej pracy. We wzajemnym szacunku wobec swoich zdolności i świadomości, co nas pisarsko łączy, co dzieli i jak to twórczo wykorzystać. Dzięki temu pisanie razem to duża frajda, a w efekcie powstaje coś, czego osobno byśmy raczej nie napisali.

Wojciech Chmielarz: Powieść "Niech to usłyszą" jest książkową adaptacją audioserialu, który poznali już słuchacze Radia ZET. Tak więc nie była to typowa praca nad wspólną książką, a raczej dostosowanie treści do nowej formy, nowego medium. Niemniej, muszę powiedzieć, że z Kubą pracuje mi się bardzo dobrze. Nadajemy na tych samych falach, mamy podobną etykę pracę, zaangażowanie, obaj skupiamy się przede wszystkim na historii i tak po prostu się nawzajem lubimy.

Powieść kryminalna „Niech to usłyszą” wyłoniła się z serialu audio, który napisaliście wspólnie dla Radia ZET. Postaci, które stworzyliście, mówią głosami Margaret, Karoliny Gorczycy, Roberta Makłowicza czy Mateusza Damięckiego. Oboje macie pisarskiego doświadczenia, dzięki którym wasze teksty zmaterializowały się w aktorskich rolach, ale usłyszeć, że Maciej Łoś – stworzona przez Was postać gwiazdora programów kulinarnych – mówi głosem Makłowicza, to chyba naprawdę COŚ, prawda?

W.Ch.: Oczywiście. Cała obsada słuchowiska była cudowna. To zresztą w takiej pracy jest najprzyjemniejsza i najciekawsze. Zobaczyć, jak inni artyści interpretują to, co napisałem. Jakie emocje wyciągają z moich zdań. Co odkrywają w dialogach. No i pod tym względem szansa, żeby usłyszeć Roberta Makłowicza w roli wymyślonego przez nas Macieja Łosia to było coś absolutnie wspaniałego i bezcennego.

J.Ć.: W tym projekcie jest naprawdę dużo tych COSIÓW. Przede wszystkim to, że dane nam było napisać serial radiowy emitowany w odcinkach na antenie radia! Od lat ubolewałem, że ta forma prezentowania opowieści, niegdyś tak popularna, gdzieś zniknęła. A tu proszę, to nam było dane ją przywrócić.

A w kwestii obecności pana Makłowicza w obsadzie to coś fantastycznego, bo odkładając nawet na chwilę na bok jego bardzo fajne programy kulinarne, to dzięki jego osobie łączymy w "Niech to usłyszą" stare z nowym. Serial radiowy, formuła z dawnych czasów, połączona z kultową postacią polskiego Internetu, memowym ulubieńcem to połączenie, którego warto było spróbować. I które faktycznie się udało.

Artur, autor bestsellerowych kryminałów i podkastu true crime’owego. Edyta, reporterka, która prowadzi podkast „Mordercze Fiołki”… Brzmi znajomo, a raczej – blisko Panów życia. Chyba świetnie bawili się Panowie tą, nieco autobiograficzną, konwencją? 

J.Ć.: Dla mnie była to tym fajniejsza zabawa, że ja generalnie na podcasty true crime patrzę z dużym dystansem. Pracując nad postacią Artura czy Edyty miałem więc zupełnie inną perspektywę niż Wojtek, który faktycznie takie podcasty z powodzeniem realizuje. Ale to jest właśnie jedna z tych różnic między nami, które w połączeniu dały coś fajnego i pełnego. I tak, mieliśmy mnóstwo zabawy wymyślając jak nasi podkasterzy krok po kroku prowadzą swoje śledztwo.

W.Ch.: No nie da się ukryć, że pisaliśmy o rzeczach, które są blisko nas. Podcast kryminalny, bo przecież sam prowadzę podcast "Zbrodnia na poniedziałek", autor książek kryminalnych jak ja i Kuba, a to wszystko zanurzone w świecie mediów, które ja też kiedyś byłem częścią. Fajnie do tego było wrócić, chociaż tylko na kartach książki.

„Niech to usłyszą” to opowieść o obsesji i manipulacji, o precyzyjnie realizowanym planie, o terrorze, który siać można dzięki dostaniu się na radiową antenę. A więc także o odrzuceniu, o desperacji i rozpaczy, która może pochłonąć wiele niewinnych ludzkich istnień. Czy trudno buduje się takie portrety psychologiczne, takiego istniejącego-nieistniejącego bohatera?

W.Ch.: Trudno, bo obaj z Kubą lubimy być blisko naszych bohaterów i obaj chcemy ich bardzo dobrze zrozumieć. Co oznacza, że przynajmniej ocieramy się o ich świat, o ich emocje. Część tego brudu, który kieruje ich życiem, spada także na nas. Trzeba umieć trzymać dystans. Trzeba umieć się potem z tego otrząsnąć.

J.Ć.: Nasi bohaterowie nie istnieją w tym znaczeniu, że większości opisanych w "Niech to usłyszą" tak naprawdę nie ma. Ale emocje jakie odczuwają są prawdziwe, bo zaczerpnięte ze świata realnego. Myślę, że to jest najważniejsze przy tworzeniu takich portretów – na poziomie emocjonalnym to musi być prawdziwe i szczere, więc wymaga dużo empatii. I tak, to bywa trudne, bo trzeba oddać złożoność ludzkich charakterów. I dlatego mamy tu z Wojtkiem zgodność, że dopóki nie rozumiemy naszych bohaterów, ich motywacji, celów i lęków, nie zabieramy się do dalszej pracy. To jest fundament.
 
Mam wrażenie, że Panów powieść oddaje hołd samej sztuce opowiadania, sztuce snucia opowieści, prawda? Pomijając paskudne intencje, tajemniczy mężczyzna w masce chce każdego dnia przekazać część swojej historii, zbudować relację, przykuć uwagę.

J.Ć.: Tak, myślę, że to jest bardzo ważny element tej historii. Tytułowe "Niech to usłyszą". Dając ludziom opowieść, każdorazowo dajemy im jakąś wiedzę i jednocześnie wybór co z tą wiedzą zrobią. Jak dopowiedzą naszą historię. Jednocześnie wierzymy, że zrobią to zgodnie z naszą intencją. I tu pojawia się mroczny punkt styku nas, pisarzy i Pana Budzika.

W.Ch.: To jest bardzo dobry trop, bo faktycznie, między innymi od tego wychodziliśmy, kiedy zaczynaliśmy rozmawiać o "Niech to usłyszą". Chcieliśmy pokazać, jaka jest, ciągle, moc opowieści. Jak wielka drzemie w nich siła i jak bardzo potrafią zmienić świat i wpłynąć na ludzkie życie. Ale też tak zwyczajnie, jak potrafi być ważne dla wielu osób, żeby po prostu zostać wysłuchanym. To jednak z najbardziej podstawowych potrzeb ludzkich. Mam wrażenie, że ciągle niedoceniana.

Edyta, kluczowa dla „Niech to usłyszą” postać, marzy o dziennikarskim śledztwie, które byłoby przełomem w jej karierze. Los się do niej uśmiecha, choć, jak to zwykle bywa, nieco… przekornie. Czy znają Panowie to uczucie?

J.Ć.: Tak. Myślę, że marzenia są bardzo ważne, zwłaszcza gdy umiemy je sobie dodatkowo skonkretyzować, przygotować się na ich różne warianty. Bo to czy się uda, czy nie to jest kwestia szeroko rozumianego szczęścia, czy też losu. Ale na szczęście też trzeba być gotowym, by nie zmarnować swojej szansy.

W.Ch.: Ja na szczęście nie. Akurat moje zawodowe marzenia się spełniają i to tak po prostu, a nie przekornie.
 
Radio to świat głosów, dźwięków, melodii. Czy w czasie pisania książki słuchali Panowie czegoś konkretnego, mieli swoje ulubione playlisty? A może wręcz przeciwnie – do pisania, także o radiu, nadaje się tylko cisza?

W.Ch.: Ostatnio najlepiej pracuje mi się jednak w ciszy. Kiedy mogę się skupić na opowieści, moich bohaterach, ich emocjach i nic mnie nie rozprasza. Często co prawda zakładać słuchawki do pracy, ale niczego nie włączam. Są po prostu kolejną barierą, która ma mnie oddzielić od realnego świata i pozwolić lepiej zatopić się w historii, którą właśnie piszę.

J.Ć.: To zależy. Niektóre sceny wymagały ciszy, inne bardzo konkretnego soundtracku. Muzyka potrafi pomóc, więc od dawna już przygotowując się do pisania niektórych scen, określam sobie najpierw ich nastrój, emocje i tempo, a potem szukam odpowiedniej ścieżki dźwiękowej. Stąd zwykle jest to muzyka filmowa – faktycznie pisana pod konkretne sceny, co ułatwia wybór.

Spotkanie autorskie z okazji premiery książki „Niech to usłyszą” odbędzie się 30 listopada o godz. 19:00 w warszawskim Koneserze. Wejście wolne.

Zobacz także

Niech to usłyszą książka
fot. mat. prasowe