Zamknij
George Michael w obiektywie Janusza Guttnera
fot:

Polski aktor fotografował George’a Michaela: ''Wham! to byli grzeczni chłopcy"

Aleksandra Degórska
Aleksandra Degórska Redaktor Radia Zet
16.06.2022 23:34

Janusz Guttner to dosłownie człowiek orkiestra – aktor, architekt, fotograf, poeta. To właśnie on robił zdjęcia jeszcze nikomu nieznanemu zespołowi Wham! i razem z Rosławem Szaybo stworzył projekt debiutanckiej płyty The Clash. Z 84-letnim Januszem Guttnerem spotkałam się tuż przed premierą filmu biograficznego ”George Michael Freedom Uncut”.  

Aleksandra Degórska: Byłam na pana wernisażu w maju w Domu Kultur Śródmieście w Warszawie. Na wystawie pokazano pana okładki płyt oraz fotografie m.in. George’a Michaela czy króla Jordanii. Jak to się stało, że aktor z Warszawy zaczął tworzyć projekty dla zespołów w Londynie?

To wszystko było bardzo płynne. Zacząłem studia na Akademii Sztuk Pięknych, jestem chyba jedynym studentem, który zdawał do niej trzy razy i za każdym razem się dostał. Gdzieś się po drodze pogubiłem, wyjechałam w góry i gdy wróciłem zacząłem się zastanawiać, co mam ze sobą zrobić – tak dostałem się do Akademii Teatralnej. Poszło mi nieźle – po skończeniu od razu miałem pracę w Warszawie, nagrałem kilka filmów, m.in. „Niekochana”. Byłem na festiwalu filmowym w Irlandii, dwa lata później znowu się tam znalazłem z „Wycieczką w nieznane” Jerzego Ziarnika. Znałem trochę angielski, poznałem nowych ludzi i nawet dostałem agentkę. Bariery były mimo wszystko ogromne – dostałem list z Londynu, czy mogę przylecieć pojutrze na zdjęcia próbne – to w czasach PRL-u było niemożliwe. W końcu rozwiodłem się z żoną i to był dobry moment, żeby coś zmienić, nic mnie już nie trzymało w Warszawie.

Chciał Pan swoją karierę aktorską rozwijać w Londynie?

Okazało się, że w Anglii związki zawodowe są bardzo silne – kto do niego nie należał, nie mógł pracować w zawodzie. Dlatego nie pozwolono mi grać w filmach, chociaż od razu dostałem rolę, gdy tylko przyleciałem do Londynu. Ni stąd, ni zowąd zostałem architektem – budowałem małe domy, przerabiałem mieszkania.

Czyli nauka na ASP do czegoś się przydała.  Proszę opowiedzieć, jak rozpoczęła się pana historia z projektowaniem płyt dla CBS Records?

Byłem w stałym kontakcie ze Sławkiem Szaybo – znaliśmy się z czasów, gdy zdawaliśmy na akademię, był dyrektorem artystycznym w CBS Records. Pracowaliśmy niedaleko siebie, kiedyś byłam u niego w biurze i powiedział mi o nowej grupie, dla której musiał zrobić okładkę. Zaczął mi opowiadać o zespole Streetwalkers. Tego dnia wróciłem do domu i akurat wysiadł mi telewizor  - czasami to jest dobre, bo nagle masz sporo wolnego czasu. Zacząłem myśleć o tej okładce, wykorzystałem wycinki z gazet, książek i następnego dnia zaniosłem mały projekt Sławkowi. Spodobał mu się, ale Streetwalkers już miał okładkę. Postawił sobie tę moją okładkę na półce w biurze.

George Harrison i zespół Wham! w obiektywie Janusza Guttnera
fot. Janusz Guttner / East News

Czyli stworzył Pan ten projekt nie słuchając wcześniej twórczości Streetwalkers?

Nikt o nich nic nie wiedział, dopiero zgłosili się do wytwórni. Nie wiedziałem, co grają. Po 2-3 dniach Sławek do mnie zadzwonił, że tę moją okładkę chce wykorzystać inny zespół. Tak to się zaczęło – pracowałem dla CBS przez 6 lat, zacząłem pod koniec lat 70. Każda moja okładka będzie mieć w tyle moje nazwisko, ale jako art director widnieje Rosław Szaybo. Nad niektórymi projektami pracowaliśmy razem, ale też przyjaźniliśmy się. Stworzyliśmy razem projekt dla The Clash – oni mieli swój pomysł ze zdjęciem rodziny królewskiej, na którym każda twarz była wypalona papierosem. To nie mogło przejść. Sławek się przestraszył i składając dla nich projekt nie podpisaliśmy się pod tym. Potem żałowaliśmy, że tak zrobiliśmy, bo to teraz jest kultowa okładka. We wkładce płyty The Clash jest parę moich zdjęć.

The clash
fot. materiały prasowe

Przyznam się, że jako fanka George Michaela wybrałam się na pana wystawę głównie dla zdjęć wokalisty Wham!. To były dopiero początki zespołu, proszę opowiedzieć o tym, jak doszło do tej współpracy, bo to naprawdę ciekawa historia.

Zawsze twierdzę, że w olbrzymim stopniu życie jest rządzone przypadkami. Byłem na zamkniętej imprezie, przy okazji zapoznałem się z właścicielem firmy oferującej tanie wakacje. Powiedziałem mu, że projektuję okładki i jestem fotografem. Zaproponował mi, żebym pojeździł po jego królestwach wakacyjnych i porobił zdjęcia hoteli, pokoi. Wyjaśnił mi, że nie ma gotówki, bo ma mały zysk, ale ma hotele, samoloty. Dodał, że na takich samych warunkach mogę wziąć ze sobą parę osób. Następnego dnia poszedłem do CBS i powiedziałem o tej propozycji. Zapytałem, czy mają może jakichś muzyków, którzy potrzebują wakacyjnych zdjęć. 3 dni później do mnie zadzwonili, mówiąc, że mają 2 chłopców, George’a Michaela i Andy’ego Ridgeleya. Dopiero zaczynali, ale już się wspinali na listy przebojów. Umówiono mnie na spotkanie w pubie z Andym i dziewczyną, która śpiewała u nich w chórkach. Porozmawialiśmy i Andy w pewnym momencie mi powiedział: „Musisz uważać, bo George ma kompleksy – myśli, że jest brzydki, a ja przystojny.”  To nie było złośliwe, bardzo się przyjaźnili, wynikało to bardziej z troski. 3 dni później byliśmy w samolocie.

Wybierając się na tę sesję fotograficzną miał pan już jakieś pomysły w głowie?

Nigdy nie byłem na Korfu, nie wiedziałem, co mi zaoferuje wyspa. Wszystko było spontanicznie. Był wrzesień, na horyzoncie Albania, ciepło, morze. Robiliśmy zdjęcia przez tydzień, było sporo wesołych momentów, np. Andy i George wynajęli sobie mopedy, przedostatniego dnia gdzieś wjechali i wykrzywili błotnik – jacy oni byli przerażeni, że będą musieli za to zapłacić! Ostatniego dnia starali się to jakoś naprawić. Pomyśleć, że rok później Andy rozbił Ferrari na torach w Monte Carlo – ten kontrast jest nieprawdopodobny. Robiliśmy zdjęcia przez tydzień, ja zostałem jeszcze tydzień, a zespół wrócił wcześniej. Miałem totalną swobodę jeśli chodzi o te zdjęcia.

Pamiętam, że na wernisażu opowiadał pan, iż początkowo zdjęcia zostały odrzucone przez wytwórnię, która potem tego mocno żałowała.

Gdy pokazałem te zdjęcia w CBS, wszystkim się spodobały. 2 dni później jednak zadzwonili  i powiedzieli, że nie będą tych zdjęć używać. Byłem tak umówiony z CBS, że jeśli im się spodobają zdjęcia, to za nie zapłacą. Początkowo wytwórnia próbowała kreować Wham! na złych chłopaków – skórzane kurtki, nóż w kieszeni. To było zupełne przeciwieństwo – oni byli chłopcami z dobrych domów. George napisał piosenkę „Club Tropicana” i nagle moje zdjęcia okazały się być przydatne. CBS na tym kiepsko wyszło, bo na początku umawialiśmy się na 400 funtów za wszystkie zdjęcia. Ostatecznie potrzebowali kilku zdjęć i zapłacili za to 3 razy więcej, bo był to już inny powód i inna umowa.

Początkowo wytwórnia próbowała kreować Wham! na złych chłopaków – skórzane kurtki, nóż w kieszeni. To było zupełne przeciwieństwo.

Jak wyglądała współpraca podczas sesji zdjęciowych z Wham! ? Zaprzyjaźnił się pan z nimi?

Byli bardzo fajnymi, młodymi chłopcami, rozmawiałem z nimi sporo, ale nie byłem specjalistą od muzyki i byłem dużo od nich starszy, więc nie mieliśmy tak dużo wspólnych tematów. Podam ci przykład – jak lecieliśmy razem na Korfu, to George się przysiadł i dał mi do odsłuchania demo nowej piosenki. Powinienem teraz powiedzieć; ”Od razu wyczułem ten geniusz”, a nic takiego nie było. Powiedziałem mu tylko, że to fajna piosenka.  Złapaliśmy fajny kontakt na Korfu. Zrobiłem z 10 filmów, a film miał 36 klatek. To nie jest tak, że próbujesz się wdrążać w ich myślenie, ale ja też łatwo nawiązuje kontakt z ludźmi, co bardzo pomaga. Próbowałem im zrobić zdjęcia na lokalnej scenie w klubie, to nie był dobry pomysł, bo światło było kiepskie. Ale to ja im zasugerowałem, żeby ze sobą zabrali pierwsze single, które wydali i w tym klubie właśnie je puszczono. Producentom w ogóle to nie przyszło do głowy. Potem, gdy stali się sławni, wylądowali w świecie, który nie jest już dla ciebie dostępny, chyba że z nimi się mocno zaprzyjaźnisz.

George się przysiadł i dał mi do odsłuchania demo nowej piosenki. Powinienem teraz powiedzieć; ”Od razu wyczułem ten geniusz”, a nic takiego nie było.

Mimo tego, że nie podtrzymywaliście kontaktu, to spotkał pan ponownie George’a Michaela, gdy już odniósł sukces i zaimponował pan bardzo koleżankom z pracy. To też dobra anegdota.

Na Korfu byliśmy we wrześniu 1982, potem szybko zaczęli odnosić pierwsze sukcesy. Z kolegą mieliśmy małą firmę promocyjną i w okresie Świąt Bożego Narodzenia z 20 osób wybraliśmy się do lokalu w Soho. Siedziałem tyłem do drzwi, przy stole było dużo dziewczyn i nagle zrobiło się zamieszanie. Zapytałem, o co chodzi i przyciszonym głosem mi powiedziały, że George Michael jest w lokalu. Zapytałem, kto to jest i wyjaśniły mi, że to słynny piosenkarz. Odwróciłem się i rzeczywiście siedział George przy stoliku. Zapytałem żartobliwie koleżanek, czy chcą jakiś autograf, bo się go nie boję. Wstałem w końcu, przywitałem się z nim i dosiadłem się na parę minut, żeby pogadać. Możesz sobie wyobrazić miny tych dziewczyn, gdy to zobaczyły.

Powiedział pan wcześniej, że się nie zna na muzyce. Zawsze byłam przekonana, że to właśnie materiał zawarty na płycie mocno inspiruję twórcę okładki. Okazuje się, że bez znajomości twórczości można projektować piękne rzeczy, które świetnie pasują do danego artysty.

Mogę się nie znać na muzyce, ale muzyki słuchałem dosyć sporo i jak pracujesz dla CBS, to masz sporo płyt, więc z grubsza wiesz, o co chodzi. Często słyszałem materiał przed wydaniem – byli tacy artyści, którzy wydawali albumy jeden po drugim  i potem np. słyszałeś pierwszą płytę, a robiłeś okładkę do 3. albumu. Muzyka, jaką wykonywał konkretny artysta, nie miała wpływu na kształt okładki. Ona miała być na sprzedaż, była plakatem, który promował artystę. Dlatego największą frajdę miałem, gdy tworzyłem okładki dla mniej znanych muzyków. Płacili też mniej, ale mogłem robić to, co chciałem.

Muzyka, jaką wykonywał konkretny artysta, nie miała wpływu na kształt okładki. Ona miała być na sprzedaż, była plakatem, który promował artystę.

After the fire
fot. materiały prasowe

Jak zatem pojawiały się pomysły na okładki, skoro przychodziły do pana zespoły, które dopiero zaczynały karierę i były nikomu nieznane?

Pomysły po prostu przychodziły do głowy, tylko czasem są takie jasne ’’wskaźniki’’. Mimo wszystko często poznajesz tych muzyków i od nich masz taki ’’vibe”. Jedna z moich ulubionych okładek to ”Der Kommissar” After the Fire. Tytuł sugerował policjanta, tajnego agenta, dlatego miałem skojarzenie z czarno-białym zdjęciem, piwnicą, grozą. Poszedłem z liderem zespołu do piwnicy, w której był parking, było ciemno, wziąłem światło ze sobą i zrobiłem parę zdjęć. Zajęło nam to 40 minut, ostatecznie wybrałem jedno proste zdjęcie, bez żadnych dodatków, bardzo je lubię. Właściwie ten album był zaprojektowany, gdy zobaczyłem zdjęcia. Robienie analogowych fotografii to była pewna zagadka, bo nie wiedziałeś, jaki będzie do końca efekt. To zdjęcie było czarno-białe i tego typu fotografie wywoływałem u siebie w ciemni. To była najciekawsza część procesu. Każdy fotograf ci powie, ze ciemnia to jest wielka rzecz.

Pomysły po prostu przychodziły do głowy, tylko czasem są takie jasne ’’wskaźniki’’. Mimo wszystko często poznajesz tych muzyków i od nich masz taki ’’vibe”.

Jak wyglądało w tamtych czasach tworzenie okładek? Teraz wszystko się tworzy na komputerach, ale w latach 70.-80. twórca musiał być bardziej kreatywny.

Projekty były wielowarstwowe – tekst szedł często na oddzielnym filmie, był nakładany na image malarski czy fotograficzny. To było wszystko ręczna robota, nie było komputerów. Do drukarni szły wieloczęściowe projekty, okładka była składana z części. Jeździłem do drukarni, żeby sprawdzać kolory projektów, bo z powodu różnych warunków mógł się zmieniać.

Który projekt był najbardziej wymagający?

Jedna z moich okładek powstała do kompilacyjnego albumu z piosenkarkami country. Wymyśliłem, że na okładce pojawią się billboardy przy drodze, na których będą widnieć zdjęcia tych piosenkarek. Teraz zrobiłoby się ten projekt szybko na komputerze, a ja zbudowałem makietę, którą sfotografowałem na tle wydrukowanego wieczoru – to wszystko wyglądało bardzo realistyczne. Nawet zrobiłem makiety lamp przy drodze. To były takie czasy. Nie można było zrobić projektu na komputerze, jak teraz. Wykorzystywałem fotografię, żeby zrobić przykładowe zdjęcie jako szkic okładki – fotografowałem kogoś innego czy siebie samego. Potem były one zastępowane prawdziwymi zdjęciami. Na początku miałem zwykły aparat, gdy zrobiłem pierwszą okładkę z moją fotografią – wtedy kupiłem sobie dobrego Olympusa.

Janusz Guttner  (ur. 1938) - Absolwent Wydziału Aktorskiego Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie. Zagrał m.in. w filmach ’’Niekochana’’, ”Chwila ciszy”, ”Wycieczka w nieznane’’. W latach 70. wyjechał do Londynu, gdzie współpracował z Rosławem Szaybo, słynnym plakacistą i projektantem okładek płyt pod skrzydłami CBS Records. Janusz Guttner sfotografował m.in. zespól Wham!, Michaela Caine’a, króla Jordanii.

Aleksandra Degórska
Aleksandra Degórska

Dziennikarka muzyczna, która ciągle nuci piosenki pod nosem. Wszystko zaczęło się, gdy tata po raz pierwszy włączył jej kasetę „Made in Heaven” Queen. Miłość do zespołu zaprowadziła ją do serwisu Antyradio.pl, w którym od 2015 roku relacjonuje koncerty oraz festiwale, przeprowadza wywiady i informuje o najważniejszych wydarzeniach rockowego świata.

Aleksandra nie tylko pisze o muzyce, ale też inspiruje się nią przy tworzeniu własnoręcznych kolaży. Jej prace zostały docenione m.in. przez zespoły Depeche Mode, Queen czy A-ha. Prywatnie fanka anime, japońskiej mody ulicznej i zakręconej sztuki współczesnej.