Zamknij
Kasia Moś Eurowizja 2017
Kasia Moś w finale Eurowizji 2017 w Kijowie
fot: AA/ABACA/EAST NEWS

Na Eurowizji płaci się nawet za krzesła na scenie. Kasia Moś ujawnia kulisy

Piotr Krajewski
Piotr Krajewski Redaktor Radia Zet
11.05.2022 17:39

Kasia Moś była gwiazdą Eurowizji 2017, gdzie dotarła do samego finału. Po 5 latach od swojego udziału artystka wraca myślami do największego konkursu muzycznego na świecie. – To życiowa przygoda, która kształtuje człowieka i rozwija – mówi nam wokalistka, która pod koniec maja wyda swoją kolejną płytę.

Piotr Krajewski: Od twojego występu na Eurowizji mija właśnie 5 lat. Czy po tym czasie jesteś zadowolona z niego?

Kasia Moś: Człowiek zawsze zmieniłby coś po czasie. Swój występ odsłuchałam tak naprawdę dopiero rok temu. Finał to był ogromny stres. Także przez moje kłopoty ze zdrowiem. Przeziębiłam się. Straciłam głos. Dzień przed finałem wylądowałam w szpitalu w Kijowie. Włączono mi sterydy. Czułam się fatalnie. Mój występ stał pod wielkim znakiem zapytania. Postanowiłam jednak zaśpiewać i... myślę, że dałam radę. Eurowizja to taka przygoda życia. Odwiedziłam wiele europejskich stolic. Bardzo miło wspominam wszystkie występy przed samym konkursem, gdzie mogliśmy się poznać z uczestnikami. Dzięki tym wyjazdom zaprzyjaźniłam się z Normą John (zespół reprezentujący Finlandię – przyp. red.) i w konsekwencji powstała nasza wspólna piosenka. Samą Eurowizję uważam jednak za konkurs, w którym polityka zbyt mocno odciska swoje piętno. Te wszystkie sympatie, antypatie narodowe. Szczerze powiedziawszy, w ogóle nie jestem fanką konkursów. Najważniejsza jest jednak przygoda, możliwość poznania ludzi, a także rozpoznawalność. Rozpoznawalność, która później pomaga ci dotrzeć ze swoją muzyką do jak największego grona odbiorców i umożliwia granie koncertów.

Pozwolę sobie przytoczyć kilka komentarzy zagranicznych internautów, które znalazłem pod twoim występem. „Najlepszy występ Polski”, „Tylko 22. miejsce? Zasługiwała na dużo więcej”, „Powinna być w pierwszej trójce”, „Najlepszy wokal tamtej Eurowizji”. Wiele osób wciąż wspomina twój występ i wraca do niego.

To bardzo miłe. Takie komentarze zawsze cieszą, ponieważ choć na moment dają nam radość z tego, co robimy. Jednak artysta musi najpierw zaakceptować samego siebie. To też nie jest łatwe. Nie jestem osobą, która lubi siebie słuchać. Czasami jednak muszę i rzadko kiedy podoba mi się, jak śpiewam. Podchodzę do siebie dosyć ostro.

Czyli jesteś perfekcjonistką.

Tak. Chociaż jako dziecko myślałam, że taka nie będę. W szkole nigdy nie zależało mi na ocenach. Nie byłam prymusem. Nie miało dla mnie znaczenia, czy dostałam dwójkę, trójkę czy czwórkę. O niczym to nie świadczyło. Pamiętam, że w szkole muzycznej część nauczycieli mówiła: „Nic z niej nie będzie”. Dziecko zapamiętuje takie rzeczy, więc później człowiek stara się wykonywać swoją pracę tak, aby pokazać tym ludziom, że robi to jak potrafi najlepiej.

Pamiętam wyniki finału z twoim udziałem. „Flashlight” dużo gorzej oceniło jury niż widzowie. Jak odniesiesz się więc do kontrowersyjnej, ale pojawiającej się dość często tezy ze strony polskich widzów, jakoby jurorzy celowo nisko oceniali Polskę? Mówi się, że są państwa, którym zawsze lepiej wiedzie się w głosowaniu jury.

Zgadzam się z tym. Są kraje, które przeważnie są wysoko. Często mają dobre piosenki, ale często też nie. Nie wiem, z czego to wynika. W tym roku przewiduję, że Polska będzie bardzo wysoko. Czuję, iż dzięki temu jak pięknie pomagamy naszym braciom i siostrom z Ukrainy, nie będzie wypadało, żebyśmy byli nisko. Myślę, że nawet są duże szanse na wygraną.

Kasia Moś ze swoim bratem Mateuszem podczas finału Eurowizji 2017
fot. AP/EAST NEWS

Według bukmacherów ukraiński zespół Kalush Orchestra jest zdecydowanym faworytem tegorocznej Eurowizji. Niektórzy twierdzą, że wpływ na to ma wojna w Ukrainie. Czy sytuacja za naszą wschodnią granicą może sprawić, iż kraj ten wygra w Turynie?

Na pewno wszyscy będą bardziej przychylni. Trudno mi jednak oceniać tegoroczną ukraińską piosenkę, ponieważ jej nie słyszałam. Może być przecież też tak, że jest to świetny utwór, a oprócz tego panują po prostu takie, a nie inne nastroje, więc to wszystko pomoże Ukrainie. Wcześniej Jamala wygrała (zwyciężczyni Eurowizji 2016 z Ukrainy – przyp. red.), bo miała genialną piosenkę i ją fantastycznie zaśpiewała.

Czyli konkurs, który zgodnie ze swoim regulaminem ma być apolityczny, w rzeczywistości nie może takim być.

Tak mi się wydaje. Najczęściej te kraje, które ze sobą graniczą, przyznają sobie najwięcej punktów. Nie chcę, aby zabrzmiało to jak zarzut, ale czy powinno tak być? Może przecież się zdarzyć, że twój sąsiad miał najlepszą piosenkę, ale żeby tak co roku?

Eurowizja jest organizowana od 1956 roku. Corocznie konkurs ogląda blisko 200 milionów widzów na całym świecie. Rekord oglądalności padł w 2016 roku – wydarzenie śledziło wówczas aż 204 miliony osób.

Mam wrażenie, że w Polsce wciąż panuje stereotyp, że Eurowizja to nic innego jak kicz i tandeta, że nie ma tam dobrej muzyki. Czy jako była reprezentantka walczysz z takimi opiniami?

Jest dużo piosenek, które mi się nie podobają, ale jest też mnóstwo naprawdę dobrych. W zeszłym roku było kilka utworów, którymi się zachwyciłam. Szwajcaria czy Islandia. Podczas mojej Eurowizji – Norma John z Finlandii, którzy nie weszli do finału, zwycięzca Salvador Sobral z Portugalii, Kristian Kostov z Bułgarii czy Blanche z Belgii. Naprawdę było dużo świetnych utworów. Nie zgodzę się więc z tym, że Eurowizja to kicz. Konkurs powinien ewoluować w stronę poszukiwania czegoś oryginalnego, wartościowego, czasem dziwnego, ale nigdy przaśnego.

Co tobie dała Eurowizja i czy poleciłabyś innym artystom wziąć w niej udział?

Oczywiście. Przede wszystkim jest to niesamowite doświadczenie. Mierzysz się z wielką tremą, z myślą, że ogląda cię ponad 100 milionów ludzi. Czujesz, że masz przed sobą ogromną szansę. Eurowizja dała mi dużo większą rozpoznawalność, otworzyła drzwi, które przez wiele lat były zamknięte. Cieszę się, że konkurs nie zaszufladkował mnie jako artystki. To życiowa przygoda, która kształtuje człowieka i rozwija.

Eurowizję uważam za konkurs, w którym polityka zbyt mocno odciska swoje piętno. Te wszystkie sympatie, antypatie narodowe

Twoje najlepsze wspomnienie związane z Eurowizją?

Mam ich wiele, ale gdyby musiała wybrać, to chyba Izrael (przedeurowizyjny koncert Israel Calling – przyp. red.). Byliśmy tam kilka dni. Piękna pogoda, pyszne owoce, no i morze.

Mimo że konkurs opiera się na rywalizacji państw, to między uczestnikami potrafi narodzić się przyjaźń, tak jak w twoim przypadku.

Dokładnie. Dalej mam kontakt z Normą John. Między nami stworzyła się taka prawdziwa więź. A ostatnio przy tworzeniu piosenki „Mamy siebie” Adama Sztaby spotkałam się z Naviband (reprezentanci Białorusi z 2017 roku – przyp. red.), którzy mieszkają w Polsce. Są naprawdę super. Powspominaliśmy razem. Fajnie tak zobaczyć się po latach.

Polska występuje na Eurowizji od 1994 roku. Oprócz Kasi Moś nasz kraj reprezentowali dotąd m.in. Edyta Górniak, Donatan & Cleo, Andrzej Piaseczny, Michał Szpak, Justyna Steczkowska, Ich Troje, Tulia czy Kasia Kowalska.

A wpadasz czasami do Finlandii w odwiedziny?

No właśnie nie (śmiech). Jeszcze nie byłam, ale może, może... W ogóle mieliśmy z Lasse (muzyk Norma John – przyp. red.) tworzyć piosenkę, ale na razie jest zajęty innym projektem. W przyrodzie nic jednak nie ginie, więc jak coś ma się wydarzyć, to się wydarzy. Na nasz pierwszy wspólny utwór „Wild Eyes” też czekaliśmy kilka lat.

Eurowizyjni widzowie dostają tak naprawdę dopiero finalną wersję „produktu”, czyli gotowy występ na ekranie, który przygotowuje się od miesięcy. Można więc powiedzieć, że prawdziwa Eurowizja dzieje się jeszcze za kulisami. Jak wspominasz przygotowania?

Zależało mi bardzo na tym, aby pokazać moją miłość i szacunek do zwierząt, że trzeba chronić przyrodę. Cieszę się, że telewizja się na to zgodziła. Byliśmy na spotkaniu, przedstawiliśmy naszą propozycję. Końcowy projekt widzieliśmy już w Kijowie. Jedyne co bym teraz zmieniła, to kolor wizualizacji. Chciałam, żeby na scenie było ciemniej. Nie wiem, czemu nikt mnie wtedy nie zrozumiał.

Ta piosenka potrzebowała mroczniejszego klimatu na scenie.

Tak, byłam za tym, ale nie dogadaliśmy się w tej kwestii. Budżet na nasz występ też nie był zbyt wysoki. Konkurs kosztuje. Na Eurowizji nawet za wniesienie krzesła na scenę trzeba dodatkowo zapłacić. Nie wiem, jak to dziś wygląda. Może fundusze są większe niż za naszych czasów. Nie mogliśmy sobie pozwolić na zbyt wiele. Chcieliśmy np. użyć efektu dymu, ale po prostu nie było na to środków. Pewnie gdyby ktoś z Polski wygrał którąś z Eurowizji, to podejście byłoby inne. Może znalazłyby się pieniądze. Najważniejsza jest jednak piosenka.

Co cię najbardziej zaskoczyło w samej Eurowizji?

Nie spodziewałam się, że to będzie aż tak świetnie przygotowane. Tyle prób, wszystko zaplanowane co do sekundy. To było dla mnie takie zaskakujące.

W tym roku Polskę reprezentuje Krystian Ochman. Czy podoba ci się utwór „River”?

Piosenka jest okej, ale jeśli mam być szczera, to nie jest mój muzyczny świat. Mogę jednak obiecać, że na pewno będę trzymać kciuki.

Jako była reprezentantka na pewno mogłabyś Krystianowi coś poradzić. Jaka byłaby to rada?

Nie lubię doradzać, ale myślę, że dobrze byłoby podejść do tego występu jak do normalnego koncertu. To na pewno pozwoli pokonać stres. Śpiewanie to super zawód, ale trzeba pamiętać, aby podchodzić do niego z wielką pokorą.

Wróciłabyś drugi raz na Eurowizję?

Gdybym miała świetny utwór i czuła, że to jest właśnie ta piosenka, to kto wie. Chciałabym na pewno, żeby brzmiała zupełnie inaczej niż „Flashlight”. Zmieniłam się od tamtego czasu. Poza tym nigdy nie kochałam tego utworu wielką miłością. Zdecydowanie wolałam „Addiction” (utwór Kasi Moś z polskich preselekcji w 2016 roku – przyp. red.). Zawsze żałowałam, że nie było na odwrót i nie pojechałam na Eurowizję z tą piosenką.

fot. mat. prasowe / Dominika Cuda

Eurowizja Eurowizją, ale tegoroczny maj jest również bardzo wyjątkowy dla ciebie. Kilka dni temu pojawił się twój nowy singiel „Tato kup mi dżinsy”, a 27 maja ukaże się płyta z utworami Karin Stanek, legendy bigbitu z Bytomia, czyli z twojego rodzinnego miasta. To właśnie lokalny patriotyzm sprawił, że wybrałaś jej piosenki?

Może trochę tak. Chciałam przypomnieć tę artystkę, nieco zapomnianą postać dla młodego pokolenia. Przed tym projektem nie znałam wielu jej utworów. Znalazłam mnóstwo perełek. Momentalnie do mnie przemówiły słowem i melodią. To była wielka artystka, ale też tragiczna postać. Dziewczyna, która o wszystko musiała walczyć. Była gońcem pocztowym, pochodziła z rodziny górniczej, opiekowała się młodszym rodzeństwem. Osiągnęła spektakularny sukces. Kilka lat temu po koncercie w Elblągu, gdzie był też mój tata i Szymon Komasa, zaczęliśmy rozmawiać o różnych projektach.

Rozmowa zeszła na temat Karin pochodzącej z mojego Bytomia. Mówiliśmy, że dobrym pomysłem byłoby kiedyś zająć się jej utworami. Czasami taka myśl rzucona w eter powraca... W związku z 10. rocznicą śmierci Stanek miasto Bytom zgłosiło się do nas z propozycją zaaranżowania jej piosenek dla potrzeb koncertu. Zgodziliśmy się natychmiast. Później stwierdziliśmy, że szkoda byłoby nie wykorzystać tej pracy i postanowiliśmy nagrać całą płytę. Baliśmy się trochę, bo dość mocno poprzerabialiśmy utwory, ale chcieliśmy nadać im współczesny charakter, zgodny też z naszym brzmieniem. Premiera już pod koniec maja, a jesienią ukaże się moja EP-ka stworzona wspólnie z Mateuszem Krautwurstem. W czerwcu natomiast niespodzianka. Nowy, myślę, że fajny utwór, ale na razie nie zdradzę z kim.

Czy jest szansa na koncerty z repertuarem Karin Stanek?

Chciałabym bardzo, ale najpierw niech wyjdzie płyta. Liczę, że zagramy ten repertuar i przypadnie on komuś do gustu. Fajnie, że przypomnimy młodym ludziom o Karin Stanek. Być może po przesłuchaniu naszych wersji wejdą w świat oryginału i zobaczą, jak ona nagrywała i czuła te utwory.

Co jest dla ciebie najbardziej wyjątkowego w twórczości Karin Stanek?

Znalazłam w jej twórczości tyle perełek: „Moją modlitwę” czy „Proszę nie płacz już”. Teksty są bardzo mądre i poruszające. Najbardziej chyba urzekło mnie to, że była taka prawdziwa. Dziewczyna mówiąca z silnym śląskim akcentem, która nikogo nie udawała i nie grała. Była perłą i nieoszlifowanym diamentem.

Okładka płyty "Kasia Moś Karin Stanek", której premiera odbędzie się 27 maja
fot. mat. prasowe

Niektórzy twierdzą, że nagranie albumu z coverami to „pójście na łatwiznę”. Rzeczywistość jest chyba zupełnie inna. Tym bardziej, kiedy musisz dopasować utwory sprzed lat do współczesnych brzmień. Twój „Autostop” brzmi jak kompletnie inna piosenka.

Pójście na łatwiznę jest wtedy, kiedy odgrywasz wszystko tak samo jak w oryginale. Ale w sytuacji kiedy chcesz nadać utworowi nowy charakter, zastanawiasz się co z nim zrobić i słuchasz go milion razy, aby w końcu był twój, to jest to piekielnie trudne. Nawet trudniejsze niż pisanie nowej piosenki. Według mnie robienie coverów identycznych z oryginałem nie ma najmniejszego sensu. Lepiej zrobić z utworem coś nowego, spojrzeć na niego świeżym „okiem”, umieścić go w swoim świecie. Album z piosenkami Karin czy moja poprzednia płyta „Moniuszko 200” to absolutnie nie jest pójście na łatwiznę.

Kasia Moś (ur. 1987) to piosenkarka, kompozytorka, autorka tekstów i aktywistka społeczna. Występowała w programach "Must Be the Music. Tylko muzyka" i "Twoja Twarz Brzmi Znajomo". Reprezentowała Polskę na Eurowizji 2017 w Kijowie. Była gwiazdą Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu i uczestniczką wielu festiwali: Woodstock, Spring Break, Top Trendy i Carpathia Festival. Na swoim koncie ma dwa albumy studyjne: "Inspination" (2015) i "Moniuszko 2020" (2021)". W maju 2022 roku ukaże się jej kolejna płyta "Kasia Moś Karin Stanek".

Piotr Krajewski
Piotr Krajewski

kontakt: piotr.krajewski@radiozet.pl

Redaktor prowadzący Rozrywka.radiozet.pl (Muzyka, Filmy, Seriale, Plotki) i redaktor muzyczny RadioZET.pl

Z Radiem ZET związany od 2017 roku. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. Od lat słucha i pisze. O muzyce znanej i tej mniej znanej. Zbieracz dobrych dźwięków i maniak kina niszowego. Biega od sali do sali na festiwalach filmowych i szuka prawdziwych emocji na koncertach. Specjalista od Eurowizji. Fan wszystkiego, co włoskie.