Zamknij
QE2 podczas Undercover Festival
fot: RadioZET.pl/Katarzyna Witwicka-Jurek

Jagger, Freddie i David Bowie na jednej scenie? „To coś więcej niż przebieranki”

Katarzyna Witwicka-Jurek
Katarzyna Witwicka-Jurek Redaktor Radia Zet
18.08.2022 23:18

Na jakie koncerty będziemy chodzić za 10 czy 15 lat, kiedy naszych idoli już nie będzie? Takie pytanie zadaje sobie wielu fanów zespołów takich, jak The Rolling Stones czy Led Zeppelin. Pytali o to także uczestnicy Undercover Festival, ale ci znają już odpowiedź. Tribute bandy, choć nigdy nie zastąpią legend, które na dobre zapisały się na kartach historii muzyki, potrafią budować „wehikuł czasu”.

Wymagający fani znaleźliby zapewne niejeden powód, by narzekać: że Mick Jagger ruszał się lepiej, że wąs Mercurego zbyt skromny, czy że Brian May jest za niski. Ale nie o to w tym wszystkim chodzi. Jak mówił w rozmowie z Radiozet.pl Łukasz Droździel, pomysłodawca i organizator Undercover Festival, Polacy nie zawsze rozumieją, czym są tribute bandy. Teoretycznie to zespoły wykonujące utwory i odtwarzające zachowanie czy wygląd innych muzyków z niezwykłą dbałością o detale. Choć w Europie Zachodniej są popularne, to w Polsce zespoły te często mylone są z grupami coverującymi piosenki innych lub aktorami na scenie teatralnej. Przedstawiciele branży przekonują jednak, że w tym wszystkim nie chodzi jedynie o muzykę, lecz o zapewnienie jej długowieczności i oddanie hołdu jej ikonom.

„To nie są zwykłe przebieranki”

Undercover Festival, którego pierwsza polska edycja odbyła się w długi sierpniowy weekend w Warszawie, zgromadził fanów klasyki rocka. O kulisach tego „eksperymentu” opowiedział jego pomysłodawca, Łukasz Droździel.

- Wszystko zaczęło się od mojej znajomości z liderem zespołu Coldplace (tribute band zespołu Coldplay - red). Zaprzyjaźniliśmy się, jeździłem na jego koncerty i poznawałem inne tribute bandy. Taki festiwal jest popularny na zachodzie Europy. Zastanawiałem się, dlaczego nie ma tego w Polsce? Zacząłem opowiadać o tym pomyśle znajomym i zdałem sobie sprawę, że ludzie nie rozumieją idei tribute bandów. Częściej spotykają się z zespołami coverującymi piosenki innych, grających własną muzykę, ale mających jednocześnie covery znanych piosenek we własnym repertuarze. To jest dla nas naturalne, ale przebieranki i stylizowanie się na przykład na ikony rocka już nie. Ciągle myślimy, że to cyrk lub podszywanie się pod kogoś, to dla nas nowość. To, co robią tribute bandy to show, sztuka, świeżość i jakość w jednym. Niektóre legendarne zespoły już nie koncertują, nasi idole starzeją się i umierają. Taki festiwal to jedyne miejsce, gdzie można odtworzyć ich muzykę – wyjaśnił organizator.

To rezurekcja muzyki. Wskrzeszamy poniekąd muzyków, którzy koncerty grają już gdzie indziej, dajemy ludziom możliwość ponownego przeżycia takiego show, jak dawniej, lub poznania nowej muzyki młodszym pokoleniom. Co nam zostało po ikonach? Muzyka z płyt, Youtube i telewizja

Nasz rozmówca zwrócił uwagę, że choć żaden tribute band nie jest w stanie dorównać prawdziwym członkom zespołów - Stonesi czy Led Zeppelin - to każdy z nich dzięki detalom jest w stanie odtworzyć atmosferę panującą na koncertach największych gwiazd.

- Obecność na koncercie najlepszych tribute bandów to dla fanów wielkie przeżycie. Muzycy oddający hołd swoim idolom wyglądają niemalże identycznie, ubierają się i ruszają w ten sam sposób, nie wspominając już o samej muzyce. Istnienie takich tribute bandów to wyraz uznania dla gwiazd, które zapisały się na kartach historii muzyki. To nie kradzież, czy podszywanie się pod kogoś. O tym, jak dobrze postrzegane są tribute bandy świadczy chociażby fakt, że żyjący jeszcze legendarni muzycy znają członków niektórych tribute bandów i cenią sobie ich działalność. Not the Rolling Stones imprezowali nawet z prawdziwymi Stonesami – mówił Łukasz Droździel.

- Dla ludzi, którzy kiedyś chodzili na koncerty legendarnych zespołów, przenosimy muzykę w czasie. Dla tych, którzy nie mieli jeszcze okazji jej odkryć, prezentujemy coś nowego. Być może sprawimy, że zakochają się w tej muzyce – podsumował nasz rozmówca.

Weekendowe święto muzyczne poprowadził Szymon Majewski, dziennikarz Radia ZET. Jak sam stwierdził, taka muzyka nie jest mu obojętna. - Kocham rock’n’rolla. Mam absolutnie osobisty stosunek do występów tribute bandów, w tym Not The Rolling Stones. Dlaczego? Stoi za tym m.in. moja historia rodzinna. W 1967 roku, kiedy się urodziłem, mój tata wybrał się na koncert The Rolling Stones w jeansowej kurtce, którą mam do dzisiaj. Jeździłem w niej na koncerty Stonesów i innych zespołów z moim synem. Not the Rolling Stones i inne tribute bandy to dla mnie podróż sentymentalna – wyjaśnił.

- To, co działo się na scenie, to więcej niż coverowanie zespołów. To nie żadne karaoke i przebieranki. To profesjonaliści, którzy często grali nawet ze swoimi idolami. Ci muzycy składają im hołd i pozwalają nam się przenieść w czasie. To festiwal także dla tych, których przez ostatnie 20 czy 30 lat pochłonęła praca i rodzina i nie mogli pozwolić sobie na jeżdżenie za gwiazdami rocka w trasę. Na przeszkodzie mogły stać też względy finansowe. Teraz na jednej scenie w czasie jednego weekendu możemy przypomnieć sobie Stonesów, Guns N’Roses, Davida Bowie, Led Zeppelin, Nirvanę czy Queen. To dwudniowy wehikuł czasu – podsumował Majewski.

„Nie chcemy zastąpić legendy”

Muzycy, którzy całą swoją muzyczną karierę zbudowali wokół tribute bandu, opowiedzieli nam o swojej „przemianie”. Zapytaliśmy o to m.in. Johna O’Neilla, który w zespole Absolute Bowie występuje jako David Bowie.

- David Bowie urodził się tego samego dnia. Zobaczyłem ogłoszenie, że tribute band szuka wokalisty. Pomyślałem, że to znak i czas się zgłosić. Na początku nie zdawałem sobie sprawy, jak trudno będzie być Davidem Bowie. Z czasem jednak praca nad upodobnieniem się do niego pochłonęła mnie, przyzwyczaiłem się do tego – mówił wokalista.

Jak stać się Davidem Bowie? Czy wystarczy pooglądać kilka starych koncertów i zadbać o charakteryzację? - Staram się być Davidem Bowie i robić dosłownie wszystko w ten sam sposób. Ćwiczę ruchy, mimikę, dobieram ubrania, uczę się Bowiego. Towarzyszy nam nostalgia, chcemy przywrócić muzykę Bowiego – mówił John O’Neill.

fot. Absolute David Bowie Katarzyna Witwicka-Jurek

Choć sam nigdy nie spotkał Bowiego na żywo, to – jak stwierdził – robi wszystko, by upodobnić się do niego. John rozmawia z fanami Bowiego, zbiera ich wspomnienia z koncertów swojego idola i przyznaje, że z koncertu na koncert chce coraz bardziej go przypominać. Z jakim skutkiem? Absolute Bowie w 2018 roku został uznany za „Najlepszy tribute band w Wielkiej Brytanii” podczas The National Tribute Awards. Podczas koncertu na warszawskiej scenie John jako David pojawił się w charakterystycznych dla Bowiego kreacjach: najpierw koszulka i kamizelka, potem żółta marynarka. Fani zaś bawili się m.in. przy utworach tj. Ziggy Stardust czy Let’s Dance. Wielu z nich przyszło tu właśnie dla Bowiego, gdyż podobnie jak Johnowi nie było im dane zobaczyć swojego idola na żywo.

Podczas imprezy nie zabrakło wśród publiczności osób w różnym wieku z koszulką Guns n’Roses, którzy na festiwal przybyli dla Guns2Roses, licząc na równie doskonałe show.

fot. Guns2Roses Katarzyna Witwicka-Jurek

 

- Jako tribute band działamy od 20 lat. Czy wszystko robimy dokładnie w ten sam sposób jak Guns n’Roses? Nie, każdy koncert wygląda inaczej. Jeśli powtórzysz swój występ w taki sam sposób stajesz się przewidywalny dla publiki, nie będzie żadnego zaskoczenia. Dziś nie musimy się już przygotowywać przed koncertami, nie musimy odtwarzać nagrań ze starych koncertów Gunsów. Na początku wszyscy śledziliśmy ruchy, gesty, warsztat i kontakt z publiką w wykonaniu naszych idoli. Koncertowaliśmy w Wielkiej Brytanii, a potem w innych krajach Europy. Podczas naszej podróży do Stanów Zjednoczonych mieliśmy okazję nawet zagrać z członkami Guns n’Roses, co było wielkim wyróżnieniem dla naszego tribute bandu – mówił „Axl Rose”, czyli Gavin Felvus, który podczas koncertów zamienia się w wokalistę legendarnego zespołu.  

Pytany o reakcję fanów Gunsów przypomniał historię z początku kariery, kiedy to jeden z fanów pomylił ich z pierwowzorem. – Byłem podekscytowany waszym koncertem. Później zorientowałem się, że to tribute – miał mówić cytowany przez Felvusa fan, który myślał, że udał się na koncert Guns n’Roses w klubie nocnym. Zastał zaś zespół Guns2Roses.

- Niektórzy nie rozumieją idei tribute bandów. To więcej niż przebieranki i udawanie kogoś innego. To nie występ teatralny i nawet nie zwykły koncert. Jesteśmy narzędziem w kapsule czasu, dajemy muzyce nowe życie. Możemy słuchać muzyki, która coś dla nas znaczy, ale kto będzie o tym pamiętał za 50 lat? Zobaczcie, co zrobili twórcy „Stranger Things”. Kate Bush, która zachwycała naszych rodziców, dziś znów jest na fali popularności. My chcemy robić to samo i sprawić, że pamięć o Gunsach nie zginie – podsumował Gavin Felvus. Wokalista wystąpił w Polsce w czapce z daszkiem, czerwonej skórze i koszulce z Charlesem Mansonem. To zestaw, który od lat towarzyszył wokaliście Guns n’Roses.

O podobnych przeżyciach i przygotowaniach do koncertu opowiedział „Not Mick Jagger”, którego podobieństwo do lidera The Rolling Stones niejednokrotnie potrafiło zmylić fanów.

fot. Not The Rolling Stones Katarzyna Witwicka-Jurek

 

- Wszystko zaczęło się przez to, że ludzie bez przerwy mówili mi, że wyglądam jak Jagger – mówił „Not Mick Jagger”. Na pytanie o pokrewieństwo wokalista zespołu Not The Rolling Stones odpowiedział, że „nigdy nie wiadomo”.

- Współpracowałem z liderem grupy Pulp, Jarvisem Cockerem. Poprosił mnie o to, bym zacząć śpiewać jak Jagger, skoro już tak wyglądam. Zacząłem więc śpiewać i tak to się zaczęło – mówił wokalista.

Jak dodał, bycie sobowtórem Micka Jaggera poskutkowało nie tylko karierą muzyczną. - Czy imprezuję? Niestety tak. To szaleństwo, mam rodzinę i prowadzę jednocześnie normalne życie. Nie wiem, czy wytrwam jak Mick Jagger, ale na razie wszystko toczy się po mojej myśli – mówił „Not Mick Jagger”. Tribute band często mylony był z oryginalnymi Stonesami. Muzyk opowiedział, że kiedy spotkał się z członkami innego tribute bandu, został oskarżony o oszustwo. – Naprawdę musieliśmy się tłumaczyć, że nie jesteśmy prawdziwymi Stonesami. Tak powstała nazwa naszego zespołu – przyznał.

- Czym różnimy się od pierwowzoru? Mick Jagger to ikona muzyki, naśladowanie go jest ogromnym wyzwaniem. Mam podobną sylwetkę i twarz, śpiewam w podobny sposób, nauczyłem się ruchów i gestów Jaggera. Nie myślę o Stonesach w czasie koncertu, nie potrzebuję przygotowania, po prostu robimy swoje – mówił wokalista Not The Rolling Stones.

Undercover Festival to miejsce nie tylko dla fanów klasyki rocka, lecz także legendy grunge’u. Na warszawskiej scenie zagrał także zespół Nirvana UK.

- To nasz pierwszy raz w Polsce. Byliśmy ciekawi, jak polska publiczność zareaguje na tribute band Nirvany. Zaczęliśmy grać 10 lat temu, wszyscy jesteśmy fanami Kurta Cobaina i Nirvany. Chcemy zrobić coś dla ludzi, którzy nie mogą usłyszeć Nirvany na żywo. Staramy się w 100 procentach przypominać ten zespół, używamy tych samych instrumentów, ubieramy się tak samo jak nasi idole w latach 1991-1992. Chcemy być machiną czasu dla fanów grunge’u, dostarczyć im nie tylko muzykę, lecz także niepowtarzalne emocje. Nirvana już nie wróci, my chcemy w godny sposób załatać lukę po nich na scenie muzycznej. To artystyczny hołd dla Nirvany – mówił „Kurt Cobain”, czyli Jez, wokalista w zespole Nirvana UK.

Członkowie tribute banku opowiedzieli, że spotykali się z fanami, którzy dziękowali im za to, że „znów mogli być na koncercie Nirvany”. Jak wskazali, ich publika to nie tylko 50-latkowie pamiętający złote czasy dla muzyki grunge’owej, lecz także coraz młodsze osoby, które często pierwszy raz mają z nią do czynienia. Ten trzyosobowy zespół został okrzyknięty przez magazyn Total Guitar najlepszym tribute bandem legendarnej Nirvany.

Wychowani na utworach takich jak „Whole Lotta Love”, czy „Stairway to Heaven” mogli zetknąć się z odmłodzoną wersją Led Zeppelin, która – jak przyznali członkowie zespołu Boot- Led-Zeppelin – stanowi „wehikuł czasu”. Jesse Smith, wokalista w zespole Boot-Led-Zeppelin, pytany przez nas podobieństwo jego głosu do śpiewu Roberta Planta, odparł, że stoją za tym lata praktyki. – Już jako młody chłopak zacząłem naśladować Roberta Planta. Nie są to moje naturalne warunki wokalne, tylko lata ćwiczeń. Oglądam, a przede wszystkim słuchać starych nagrań Led Zeppelin. Cały czas się uczymy – mówił.

 

fot. Boot- Led-Zeppelin/ Katarzyna Witwicka-Jurek

Co odróżnia ich od prawdziwych Zeppelinów? Jesse Smith zażartował, że zespół może nie dorównać legendarnej grupie pod względem imprezowania. Raff Achour z kolei, który występuje jako Jimmy Page, przyznał, że w przeciwieństwie do Page’a jest leworęczny, ale jego gitara jest niemal identyczna. – Używamy tych samych sprzętów, chcemy wydobyć ducha tej muzyki. Ubieramy się tak samo, uczymy się gestów i ruchów, ale nie chodzi tylko o odtwarzanie muzyki i koncertów – mówił muzyk.

- Można być fanem Zeppelinów i słuchać ich w głośnikach. My chcemy sprawić, by ludzie znów mogli ich doświadczać, żyć tą muzyką – podsumował Raff.

Z takim samym przesłaniem do Warszawy przyjechał „Freddie Mercury”, czy „Brian May”. Muzycy z QE2 odtworzyli legendarne piosenki Queen, ale jak sami przyznali, tu nie chodzi tylko o muzykę. Basista Alan Wallbanks sam mówi o sobie, że jest „dziadkiem tego zespołu”. To od niego przeszło 20 lat temu wszystko się zaczęło. Każdy z muzyków inspiruje się Queen w każdym detalu. Wszystkie instrumenty to repliki sprzętu legendarnych muzyków. Stroje, rekwizyty i stylizacje nie odbiegają od tych, które 30 czy 40 lat temu towarzyszyły Queen. Czym zatem QE2 różni się od oryginału? - Brian jest za niski, w Freddie za wysoki - zażartował Alan Wallbanks.

 

Członkowie zespołu pytani o konkurencję na rynku tribute bandów legendy przypomnieli, że jeszcze kilka lat temu „rynek” ten nie był zbyt szeroki. – Kiedyś sobowtórów Freddiego było niewielu, dziś możemy ich liczyć co najmniej w dziesiątkach na całym świecie – mówił wokalista QE2.

Muzycy tribute bandów i przedstawiciele branży pytani o muzykę przyszłości zgodnie odpowiadają, że nostalgia każe nam wracać do zespołów takich jak Queen. Jak przyznają, muzyka dziś traktowana jest jak towar, nie niesie za sobą niematerialnych wartości.

- Gdyby dziś powstawało wystarczająco dużo dobrej muzyki, to byłaby mniejsza potrzeba, by organizować takie festiwale – mówił Łukasz Droździel.

Co to znaczy dobrej muzyki?– Takiej, która miałaby taki wpływ na ludzi, jak kiedyś Stonesi, czy Beatlesi.  Dziś w muzyce jest natłok treści. Utwory tworzy się na laptopach, można dojść do wniosku, że wszystko, co dobre, już zdążyło powstać. Dziś muzyka sama w sobie się nie sprzedaje. Obecne gwiazdy mają swoje perfumy czy całą linię odzieżową. Phil Collins nie musiał posiłkować się innym źródłem dochodu, by osiągnąć sukces. Sprzedał ponad 150 mln płyt, dziś zapewne odnotowałby gorsze wyniki – podsumował.

fot. Undercover Festival Katarzyna Witwicka-Jurek

Wielu naszych rozmówców wskazało, że to elektronika zaszkodziła muzyce, odbierając jej duszę i czynnik ludzki. I choć rynek mimo wszystko jest pełen wartościowych alternatyw, to tribute bandy wypełniać będą lukę dla bezkompromisowych fanów, dla których muzyka na dobre utknęła w XX wieku.

Przez dwa dni, tj. 13 i 14 sierpnia, na jednej scenie Undercover Festival zagrało 10 tribute bandów z Wielkiej Brytanii, uznawanych za najlepsze na świecie kapele tego typu. Po raz pierwszy przed polską publicznością wystąpili: Absolute Bowie, Boot-Led-Zeppelin, Coldplace, Ed Sheeran Experience, Guns 2 Roses, Not The Rolling Stones, Nirvana UK, Oasish QE2 oraz Young Elton.  Zdjęcia z tego muzycznego święta dostępne są tutaj. [UNDERCOVER FESTIVAL - ZDJĘCIA]