Zamknij

"Wiedźmin: Zmora Wilka" - recenzujemy animację Netflixa z uniwersum "Wiedźmina"

24.08.2021 21:56

"Wiedźmin: Zmora Wilka" to najnowsza produkcja Netflixa, rozgrywająca się w świecie wykreowanym przez Andrzeja Sapkowskiego. Czy animacja spełnia oczekiwania? My już widzieliśmy i oceniamy.

"Wiedźmin: Zmora Wilka" - recenzujemy animację Netflixa z uniwersum "Wiedźmina"
fot. materiały prasowe Netflix

Netflix pokłada ogromne nadzieje w "Wiedźminie", czego dowodem są kolejne produkcje wchodzące w skład rzeczonego uniwersum. Przed nami 2. sezon przygód Białego Wilka, jednak zanim to nastąpi, przyszło nam spotkać jego mentora za czasów, gdy sam był jeszcze młodzikiem poznającym tajniki (i mroczne sekrety) wiedźmińskiego fachu. Zatem, czy "Wiedźmin: Zmora Wilka" to przyjemny powrót do świata, który zrodził się w głowie Andrzeja Sapkowskiego? Niestety, nie do końca.

"Wiedźmin: Zmora Wilka" - recenzja anime od Netflixa

Akcja filmu rozgrywa się na wiele lat przed wydarzeniami z wyjściowej produkcji (tak roboczo nazwijmy serial z Henrym Cavillem w roli Geralta), a całość opowiada historię zaledwie wspomnianą w książkach Sapkowskiego. Twórcy mieli zatem większe pole manewru i spore pokłady twórczej swobody, bowiem nie ciążyły na nich oczekiwania czytelników, a wierność z oryginałem nie pętała im rąk. Mogli zatem puścić nieco wodze fantazji i przedstawić oryginalną, wciągającą opowieść, która wniosłaby coś nowego do świata przedstawionego. Z szansy jednak nie skorzystali.

"Wiedźmin: Zmora Wilka" to film bezpieczny z naprawdę prostą fabułą (co wcale nie musiało być wadą). Wszyscy Ci, którzy podczas seansu "Wiedźmina" gubili się w meandrach Kontynentu i zamieszkujących go bohaterów mogą odetchnąć z ulgą - w tym przypadku scenarzyści odrobili pracę domową i wydali produkt zrozumiały nawet dla zupełnych laików wiedźmińskiego świata. Ot młody zabójca potworów imieniem Vesemir staje do walki z leszym, po czym orientuje się, że został wciągnięty w sam środek mrocznej intrygi. Na drodze do rozwiązania jej, staje mu zawistna czarodziejka oraz panujące nastroje społeczne. Tak się bowiem składa, że niechęć do wiedźminów zaczyna narastać, a oni sami nie robią nic, by swą sytuację poprawić. To właśnie zarys relacji tytułowych zabójców potworów z innymi mieszkańcami Kontynentu, ich pozycja społeczna oraz doprawdy niełatwa sytuacja, stanowią największą zaletę filmu. Sęk jednak w tym, że równie dobrze wątek ten wybrzmiałby w formie krótkich retrospekcji w 2. sezonie "Wiedźmina", a nie niespełna dwugodzinnym filmie, o którym zapomina się tuż po jego obejrzeniu.

materiały prasowe Netflix
fot.

materiały prasowe Netflix

W "Zmorze Wilka" nie ma bowiem nic oryginalnego, żadnej wartości dodanej. Poza głównym bohaterem (który - nie zlinczujcie mnie tylko - jest znacznie lepszym protagonistą, niż markotny i małomówny Geralt) nie ma tu niczego, co przykułoby naszą uwagę lub zapadło w pamięć. Wizualnie film prezentuje się przyzwoicie. Kreska jest ładna i z pewnością spodoba się miłośnikom anime. Wygląd potworów już mniej, bo te są zwyczajnie nijakie i mało przekonujące. O braku słowiańskości rozwijać się nie będę, bo to temat wyeksploatowany do granic możliwości. Zaznaczę tylko, że ktokolwiek wpadł na pomysł, by tym razem wiedźmini uskuteczniali akrobacje rodem z Kraju Kwitnącej Wiśni, nieco przeszarżował i w tym przypadku krytyka ze strony społeczności fanowskiej jest w pełni uzasadniona. Jak już bowiem bawimy się w amerykańskiego "Wieśka", to tego się trzymajmy.

Reasumując, "Wiedźmin: Zmora Wilka" to produkcja zwyczajnie niepotrzebna i trudno nie odnieść wrażenia, że powstała wyłącznie po to, by wypromować nadchodzącą kontynuację aktorskiego serialu (w której to pojawić ma się Vesemir). Szkoda, bo animacja Kwanga Il Hana była świetną okazją do (udanego) eksperymentu i ukazania tego uniwersum z nieco innej perspektywy. Może następnym razem się uda (w końcu przed nami jeszcze "The Witcher: Blood Origin").

Ocena: 4/10