Zamknij

„Top Gun Maverick”: ten rozpędzony blockbuster to realizacyjna petarda [RECENZJA]

25.05.2022 22:39

„Top Gun: Maverick”, czyli kontynuacja filmu Tony’ego Scotta z 1986 roku, pojawi się w kinach już w piątek 27 maja. Jak wypadła nowa produkcja z udziałem Toma Cruise’a? Oceniamy przedpremierowo.

Top Gun: Maverick - kadr z filmu
fot. materiały prasowe UIP

Top Gun: Maverick” rozpoczyna się sceną, która jest bezpośrednim remakiem identycznej sekwencji, która w 1986 roku otwierała film Tony’ego Scotta. Na ekranie oglądamy dosłownie te same ujęcia, w rytm tych samych dźwięków kultowego już „Dangerzone” Kenny’ego Logginsa. Następnie historia wkracza na nowe tory, ale większość elementów nadal silnie nawiązuje do oryginalnego dzieła, które stało się jednym z pierwszych kamieni milowych w karierze młodego Toma Cruise’a. Takie rozłożenie akcentów sprawia, że film powinien spodobać się zarówno nowym widzom, ale jeszcze bardziej urzec tych, którzy znają i lubią oryginalne dzieło.

Na początku tego roku duet twórców odpowiedzialnych za najnowszą odsłonę serii „Krzyk”, użył w tym filmie sformułowania: „requel”, będącego połączeniem „rebootu” i „sequela”. Nazwa nie tylko pasowała do „Krzyku (5)”, ale też idealnie nadaje się do określenia „Top Gun: Maverick”.

„Top Gun: Maverick”: dobry sentymentalizm [RECENZJA]

Film Josepha Kosinskiego, znanego najlepiej z dopieszczonego audiowizualnie widowiska „Tron: Dziedzictwo” oraz niezłego kina science-fiction ”Niepamięć”, pod wieloma względami jest tą samą historią, która przykuła widzów do ekranów przed ponad trzydziestoma latami, opowiedzianą na nowo.

Grany przez Toma Cruise’a Pete „Maverick” Mitchell jest lubiącym ryzyko i prędkość pilotem odrzutowców, który nie potrafi respektować zasad, i zawsze musi robić wszystko po swojemu. Jego życiowym mottem jest dewiza: „nie myśl, tylko działaj”. Maverick zostaje poproszony o wyszkolenie grupy najlepszych pilotów, zwerbowanych do wykonania niemal samobójczej „misji niemożliwej”, od której zależy bezpieczeństwo narodowe.

Top Gun Maverick - Tom Cruise w filmie
fot.

fot. materiały prasowe UIP

Fabuła „Top Gun: Maverick” jest prosta, niezbyt innowacyjna czy zaskakująca. Można wręcz powiedzieć, że jest dobitnie zwyczajna i napisana wedle najstarszych prawideł kina akcji. Ekranowe wydarzenia podsycane są też dodatkowo siłą nostalgii i sentymentem do „starych, dobrych czasów”. Co jednak niezmiernie znaczące – i co stanowi wyraźną poprawę względem obrazu z 1986 roku – twórcy bardzo umiejętnie potrafią budować napięcie i podbijać je na każdym możliwym kroku. Oś fabularna jest prosta, ale dzięki temu też niezwykle klarowna. Cały czas wiemy co i dlaczego dzieje się na ekranie i o co toczy się cała stawka. Bohaterowie, którzy są „najlepszymi z najlepszych”, muszą dosłownie przeskoczyć własny poziom i zmierzyć się z samobójczą misją, z której jednak chcieliby jednak wrócić żywi. Proste, ale niezwykle skuteczne.

W oryginalnym „Top Gun”, które widziałem niedługo przed premierą sequela, były chwile, gdy akcja zdawała się snuć bez większego celu i meandrować bez konkretnego kierunku. Tutaj wszystko jest ze sobą silnie powiązane, a kolejne sekwencje płynnie wynikają z siebie. Fabuła bezproblemowo przechodzi z punktu A do punktu B, a zastosowane tu zabiegi – chociażby ciągłe ukazywanie stopera, odliczającego czas, czy prędkościomierza – mimo że znane i wręcz oklepane, idealnie sprawdzają się na ekranie. Twórcy wielokrotnie uderzają we wszystkie odpowiednie struny i wywołują w widzu odpowiednio zaangażowaną reakcję.

Najlepszym przykładem siły działania filmu jest scena gry w rugby na plaży. Nie dość, że stanowi to bezpośrednie nawiązanie do podobnej sekwencji z oryginalnego filmu, w której bohaterowie grali w siatkówkę, to jeszcze jest zastrzykiem pozytywnej energii. W nieodpowiednich rękach moment ten mógłby wybrzmieć nieprawdziwie i wręcz kiczowato. Pod okiem Kosińskiego i w pewnej części samego Toma Cruise’a, sekwencja ta rodzi prawdziwe uczucia, a gdy Maverick mówi, że w ten sposób „buduje drużynę”, całkowicie mu wierzymy. Scenę tę, nakręconą niczym najlepszy teledysk lata, w rytm skocznego utworu grupy OneRepublic „I Ain’t Worried”, najlepiej określa angielski przymiotnik „wholesome”, który można tłumaczyć zarówno jako „swojski”, jak i „pełnowartościowy” czy pełen ciepłych uczuć. Taka właśnie jest ta sekwencja, jak i cały film Kosinskiego.

Top Gun Maverick - Miles Teller w filmie
fot.

fot. materiały prasowe UIP

„Top Gun: Maverick”: technologiczny majstersztyk

Tom Cruise w wywiadach zdradził, że twórcy czekali z nakręceniem tego filmu do momentu, aż technologia nadgoni ich wizję. Oglądając skończoną produkcję, w pełni zrozumiałe jest takie podejście. Tym, co dosłownie wgniata w fotel w trakcie seansu, jest bowiem rozmach wykonania i sposób kręcenia poszczególnych scen akcji. Joseph Kosinski oraz operator Claudio Miranda wielokrotnie dosłownie usadzili widza w miejscu pilota odrzutowca i sprawili, że dzięki zabiegom technicznym współodczuwa on wszystkie stany fizyczno-emocjonalne bohaterów. Efekt jest piorunujący. Gdzieś w internecie śmignęło mi porównanie, że „Top Gun: Maverick”, którego światowa premiera miała miejsce podczas festiwalu w Cannes, może być tegorocznym „Mad Max: Na drodze gniewu”. Nie dość, że film George’a Millera również prezentowany był na prestiżowym francuskim festiwalu, to jeszcze zasada rządząca obydwiema produkcjami jest niemal identyczna. Szczątkowa, prosta fabuła jest tutaj jedynie pretekstem do pokazania na ekranie wysokooktanowej rozrywki, która dzięki technicznym zabiegom, użyciu efektów praktycznych oraz doskonale warstwie audio-muzycznej, dosłownie wtłacza nas w ekran i pozwala być uczestnikiem wydarzeń.

Rozmach i sposób filmowania scen akcji jest zwyczajnie znakomity, a zawrotne tempo i umiejętnie podbijane napięcie, sprawiają, że zapominamy o szczątkowej fabule, tylko zwyczajnie dajemy się porwać kinowemu doznaniu. Seans „Top Gun: Maverick” jest niczym przejażdżka najlepszym możliwym rollercoasterem.

Top Gun Maverick - Tom Cruise w filmie
fot.

fot. materiały prasowe UIP

„Top Gun: Maverick“ – oceniamy nowy film z Tomem Cruisem

Nowy film Josepha Kosinskiego nakręcony jest z takim rozmachem i uwielbieniem filmowej materii, że zwyczajnie zaraża widza pozytywną energią. Napięcie i humor dosłownie wylewają się z ekranu, porywając widza na niezapomnianą przygodę. Realizacyjna maestria jest zaś tak dobra, że sami mamy ochotę skorzystać z maksymy Mavericka: „Nie myśl, działaj”, która w wypadku odbioru tego filmu, brzmi po prostu: „nie zadawaj pytań, tylko ciesz się przejażdżką”. 

„Top Gun: Maverick” nie jest pozbawiony wad, ale seans daje widzowi tak ogromną radochę, że projekcję kończy się z szerokim uśmiechem oraz gromkim okrzykiem: „Ja chcę jeszcze raz”. Jeden z najlepiej zrealizowanych filmów tego roku!

Ocena: 8,5/10

loader

Czytaj także: "Wiking" - RECENZJA. Oceniamy nowy film Roberta Eggersa, twórcy wybitnego "The Lighthouse"

RadioZET.pl