Zamknij

"Thor: Miłość i grom": oceniamy najnowszy film o przygodach Thora [RECENZJA]

07.07.2022 18:24

„Thor: Miłość i grom” Taiki Waititiego to już czwarty solowy film o przygodach słynnego Asgardczyka. Jak wypadła najnowsza odsłona przygód Thora i jego przyjaciół?

Thor: Miłość i grom - kadr z filmu
fot. materiały prasowe Disney Polska

„Thor: Miłość i grom” to najnowsza odsłona przygód słynnego bohatera z Marvel Cinematic Universe. Odkąd stery opowieści w „Ragnaroku” przejął nowozelandzki reżyser Taika Waititi, historia boga z Asgardu nabrała nowego wiatru w żagle i zaprezentowała nowe oblicze Boga Piorunów. Jak wypadł nowy film o Thorze? Oceniamy bez spoilerów.

„Thor: Miłość i grom” to historia, rozgrywająca się po wydarzeniach wszystkich dotychczasowych filmów z Marvel Cinematic Universe. Jako, że to już dwudziestadziewiąta produkcja MCU i czwarty solowy wystep Thora, film rozpoczyna się (po prologu) opowieścią z offu, przypominającą najważniejsze wydarzenia poprzednich odsłon w telegraficznym i humorystycznym skrócie. Potem dość szybko przechodzimy do głównej osi fabularnej, która w ekspressowym tempie pędzie do przodu, pokazując nam nowe zakątki galaktyki.

"Thor: Miłość i grom": Thor i Jane
fot.

fot. materiały prasowe Disney Polska

„Thor: Miłość i grom”: świadoma zabawa kinem

Taika Waititi nie dość, że zna się na kinie, to równoecześnie całkowicie je kocha i uwielbia się nim bawić. Liczba nawiązań do innych produkcji, gatunków filmowych, komiksów czy nawet nurtów w sztuce, jest tutaj ogromna, a niemal każdy kadr i scenę można rozkładać na czynniki pierwsze, zastanawiając się do czego akurat twórca nawiązuje. Szczególnie wrażenie na mnie zrobiły chociażby sekwencje, przedstawiające skrótową wersję relacji Thora i Jane, które utrzymane są w stylu „Powrotu do Garden State”, a Portman w jednej scenie wspaniale ogrywa nawet motyw Manic Pixie Dream Girl, czyli „szalonej dziewczyny z marzeń, która pomaga dorosnąć głównemu bohaterowi”. W innych momentach Waititi wykorzystuje kadry wyjęte wprost z komiksów o Thorze, ustawiając je jednak we własnym, nowym kontekście.

Wspaniała jest zabawa twórcy formą i odniesienia, które jednak stanowią jedynie dodatek do właściwej historii. Waititi doskonale potrafi grać z oczekiwaniami widza i antycypować ich reakcję. Po seansie zwróciliśmy uwagę ze znajomymi, że gdy jeden z dialogów wydał nam się dość oklepany czy celowo tandetny, z samego ekranu zaraz potem padło: „ale to było oklepane”.

Waititi bawi się odniesieniami do innych gatunków, ale czyni z nich dodatek do właściwej historii, a nie zabieg stylistyczy dla samej zabawy konwencją. Świetnie widać to chociażby w scenach na planecie, w której inaczej operuje światło, przez co otaczającą przestrzeń widzimy w czerni i bieli. Ta paleta barwna wpływa na sposób naszego odbioru oglądanych scen, ale jest też fabularnie uzasadniona. 

"Thor: Miłość i grom": Gorr
fot.

fot. materiały prasowe Disney Polska

„Thor: Miłość i grom”: film niejednego aktora

„Thor: Miłość i grom” to film świetnie zagrany, przez absolutnie każdego członka obsady. Co ciekawe - prym wiodą tutaj nowi członkowie ekipy filmowej, którzy poczuli się w świecie filmu, jak ryby w wodzie. To, że Chistian Bale jest znakomity aktorem, wiemy nie od dziś. W roli Gorra, Rzeźnika Bogów (czy jak głosi polskie tłumaczenie: „Bogobójcy”) również jest naprawdę świetny. Sposób, w jaki uczłowiecza swojego bohatera i nadaje mu prawdziwie tragiczny rys w zaledwie kilku scenach, jest kolejnym doskonałym przykładem jego umiejętności.

Wyśmienity jest też Russell Crowe, który jako Zeus szarżuje i szaleje na ekranie, racząc widza szczególnym, specyficznym, przerysowanym stylem mówienia oraz manią wielkości, która przewija się w każdej scenie z jego udziałem. To, jak Crowe gra jednego z największym, najważniejszych i najbardziej znanych bogów, zasługuje na wszelki oklask i uznanie. Na dodatek, dzięki temu, że  Taikia nie boi się pisać humorystycznych dialogów, scena, gdy Zeus przyłapuje ekipę Thora na szeptaniu między sobą i na całą salę mówi: „Co tam szepczecie? Może podzielicie się z resztą?”, działa tak dobrze. Kto w koncu choć raz nie słyszał tego tekstu, będąc w szkole podstawowej?

Świetna jest też Natalie Portman jako Jane Foster, której bohaterka boryka się tu z wielkim dylematem. Portman dostała większy materiał do grania niż w poprzednich filmach i zdecydowanie wykorzystuje otrzymaną swobodę, by stworzyć postać, której rozterki są dla nas w pełni zrozumiałe. Jej relacja z Thorem również zostaje poprowadzona w ciekawy sposób, a sceny z udziałem obojga zapewnią nam szereg różnorodnych emocji. 

"Thor: Miłość i grom": Zeus
fot.

fot. materiały prasowe Disney Polska

Tessa Thompson i sam Taika Waitit, który podkłada głos pod Korga, są zaś ucieleśnieniem luzu i swobody. To bohaterowie, którzy zachowują nerwy w każdej, nawet najgorszej sytuacji i zawsze wchodzą do pomieszczenia ze stylem i ogładą. Ich wzajemne interakcje stanowią humorystyczne i pełne ciepłych emocji momenty, które przypominają, że nawet superbohaterowie posiadają własne życia uczuciowe. 

Chris Hemsworth również zachwyca w swojej roli, w wielu scenach pokazując nam nową twarz swojego bohatera, który przeżywa nowe, bardziej przyziemne rozterki. Hemsworth potrafi ograć emocje Thora na nowe sposoby, dzięki czemu czujemy, że jego bohater zmienia się wraz z tokiem prowadzonej opowieści. 

Taika Waititi to reżyser wprawny i umiejętnie operujący napięciem. Twórca „Thor: Ragnarok” czy doskonałego „Hunt for Wilderpeople” potrafi naprzemiennie rozbawić nas do łez i zapewnić emocjonalny cios w sam splot słoneczny, a zatrudnieni przez niego aktorzy świetnie odnajdują się w tej zmieniającej nastrój konwencji. 

„Thor: Miłość i grom”: Siła tęczowej reprezentacji

„Thor: Miłość i grom” to także film niezwykle inkluzywny i otwarty na doświadczenia osób z grupy LGBTQ+. Nie dość, że na ekranie pojawia się ważna postać transpłciowa, to wiele słów i miejsca poświęca się tutaj romansom między przedstawicielami tej samej płci. Nie zdradzając zbyt wiele ze strony fabularnej, warto jedynie podkreślić, że elementy te wprowadzone są tutaj w nienachalny i humorystyczny sposób, czyli dokładnie tak, jak do tego tematu lubi podchodzić Taika Waititi.

„Thor: Miłość i grom” - oceniamy film Taiki Waititiego [RECENZJA]

„Thor: Miłość i grom”* to film absolutnie wspaniały! Świetnie przemyślany, poprowadzony, doskonale zagrany i budzący prawdziwe emocje. Na dodatek to pierwszy Marvel od dawien dawna, który ma się ochotę obejrzeć kolejny raz w sali kinowej. W ostatnich latach produkcje z MCU prezentowały bowiem różny poziom, ale nawet te lepsze nie rodziły takiej radości, która sprawiłaby, że niczym Osioł ze „Shreka” krzyczelibyśmy: „Ja chcę jeszcze raz”. „Thor: Miłość i grom” wreszcie jest bliski tego stanu emocjonalnego. Najnowszy „Thor” jest bowiem tak dobry, że człowiek chce przeżywać te emocje w sali kinowej po raz kolejny. Przepiękna jest także puenta opowieści, która choć prosta i dość powszechna, ograna jest w urokliwy i prawdziwie poruszający sposób. Wspaniała filmowa przygoda i chyba najlepszy film o przygodach „Thora”. 

Ocena: 8,5/10

*PS. Po seansie staje się całkowicie jasne, dlaczego ten film nie mógł nazywać się „Thor: Miłość i grzmocenie”, jak dość szeroko żartowali sobie internauci z polskiego tytułu filmu „Thor: Love and Thunder”.

loader

Czytaj także:  Najlepsze seriale Marvela na Disney+. Które produkcje MCU trzeba obejrzeć? [Galeria] 

RadioZET.pl

Inni Ludzie - kadr z filmu
12 Zobacz galerię
fot. materiały prasowe Warner Bros.