Zamknij

"Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni": recenzujemy najnowszy film Marvela

03.09.2021 12:00

"Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni" to najnowsza produkcja Marvel Studios. Czy warto udać się na ten film do kina? Jakie znaczenie ma dla uniwersum? Przeczytaj recenzję na RadioZET.pl.

Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni - Simu Liu - kadr z filmu Marvela
fot. Album Online/East News

3 września 2021 roku do kin trafi najnowszy film Marvela - "Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni". Jest to jedna z produkcji, która rozpoczyna kinową część Fazy Czwartej, a więc zupełnie nowego rozdziału w filmowym uniwersum. I to określenie nie jest na wyrost, bo akcja "Shang-Chi" rozgrywa się po wydarzeniach z "Infinity Saga", czyli praktycznie wszystkich dotychczasowych filmów Marvel Studios.

"Nowy rozdział" pasuje jak ulał również z tego powodu, że tym razem dostajemy postać, która do tej pory nigdy nie pojawiła się na dużym ekranie. Mało tego, Shang-Chi nie cieszył się nigdy szczególną popularnością nawet wśród fanów komiksów Marvela. Pełnił raczej drugoplanową rolę, czasami znikając całkowicie na długie lata. Szczyt jego powodzenia przypadł na lata 70., kiedy w USA popularne były filmy sztuki walki na czele z produkcjami z Bruce'em Lee w roli głównej. Komiksowy Shang-Chi był więc podróbką słynnego gwiazdora osadzoną w pseudoorientalnej otoczce, bazującej bardzo często na stereotypach.

Szefowie Marvela postanowili zrobić z mało znanego bohatera pierwszego azjatyckiego superbohatera MCU z solowym filmem. Odrzucili więc na bok elementy znane z komiksów, które obecnie byłyby krzywdzące albo najzwyczajniej w świecie niedopuszczalne i postanowili puścić wodze wyobraźni, powołując do życia quasi baśń silnie inspirowaną chińską mitologią. 

I tu pojawia się trzeci argument za tym, że "Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni" to nowy rozdział. Do tej pory, poza "Black Pantherem" twórcy MCU nie eksplorowali za bardzo innych kultur. Opowieść o mistrzu sztuk walki, uciekającym przed swoją spuścizną poszła o krok dalej niż film z Chadwickiem Bosemanem w roli głównej, udowadniając tym samym, na przekór wszelkim malkontentom, że Marvel wciąż ma asy w rękawie. Do tej pory filmowcy związani z MCU w ciekawy sposób łączyli kino superboahterskie z różnymi gatunkami filmowymi. W przypadku "Shang-Chi" też ma to miejsce, ale pojawia się również wykorzystanie wątków mitologicznych.

Ale po kolei. Za "Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni" odpowiada Destin Daniel Cretton, czyli reżyser, który raczej nie słynie z popcornowych superprodukcji. Ma na koncie kilka kameralnych dramatów obyczajowych, co jednak nie przeszkodziło mu w stanięciu za kamerą typowo hollywoodzkiej produkcji. I z tego zadania wywiązał się bardzo dobrze, bo jak to zazwyczaj w przypadku Marvela bywa, film jest idealnie zbilansowaną mieszanką. Oprócz typowej superbohaterszczyzny, ma elementy komediowe, ale nie zabrakło też moralizatorskich wątków dotyczących znaczenia rodziny i odnalezienia własnej drogi, no i przede wszystkim scen walk silnie inspirowanych kinem azjatyckim, co widać między innymi w charakterystycznej pracy kamery i specyficznym montażu.

Fragmenty, w których bohaterowie walczą, nie wypełniają jednak całej treści filmu. Poza tym użyto ich rzeczywiście w momentach, w których powinny zostać zastosowane, więc osoby, które za akcją nie przepadają, raczej nie będą się nudzić, tym bardziej że choreografia jest w dużej mierze na tyle ciekawa, że z przyjemnością ogląda się kolejne ciosy, uniki i skoki. Chociaż pojawia się kilka scen rodem z klasycznego kina kopanego, nie brakuje też lżejszych bijatyk, które spopularyzował Jackie Chan. Pod tym względem jest więc naprawdę przyzwoicie, chociaż zwiastuny mogły sugerować, że walki będzie zdecydowanie więcej.

Shang-Chi - Meng'er Zhang, AWKWAFINA,SIMU LIU - kadr z filmu Marvela
fot.

foto: Album Online/East News

Jednak "Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni", jak inne filmy Marvel Studios, to przede wszystkim historia. Nawet jeśli nie jest to najoryginalniejsza i nie szczególnie ambitna opowieść, to właśnie ona stanowi trzon najnowszej produkcji MCU. Fabuła opowiada o ukrywającym się od lat w Stanach Zjednoczonych mistrzu sztuk walki, który prowadzi na pozór nudne życie nieudacznika. Wszystko zmienia się jednak kiedy do jego życia wkraczają wysłannicy tajemniczego Wenwu, który okazuje się ojcem głównego bohatera. Shang-Chi powraca do domu w towarzystwie swojej przyjaciółki Katy, gdzie odkrywa nie tylko prawdę o sobie, ale również poznaje przeszłość swojej matki.

W głównego bohatera wcielił się znany z serialu "Kim's Convenience" Simu Liu, który pokazał, że nie tylko sprawdza się w scenach akcji, ale również w bardziej dramatycznych fragmentach i wątkach komediowych, w czym pomagała mu odtwórczyni Katy - Awkwafina. Chociaż artystka bardzo często dostaje przerysowane role komiczne, w "Shang-Chi i legendzie dziesięciu pierścieni" wypadła bardzo naturalnie, a jej mikrohistoria dopełnia główny zarys fabularny. Zdecydowanie bladziej przedstawia się Meng'er Zhang, wcielająca się w Xialing - siostrę głównego bohatera. Twórcy zapowiedzieli jednak, że w przyszłości bohaterka będzie miała miejsce na rozwój.

Ekran kradnie Tony Leung, który zagrał ojca Shang-Chi i Xialing. Wenwu wpisuje się w typ złoczyńcy, który jest obecny w MCU od kilku lat. Twórcy na całe szczęście zrezygnowali z jednowymiarowych przeciwników na rzecz o wiele bardziej złożonych czarnych charakterów, których widz jest w stanie zrozumieć, a w pewnych momentach nawet im kibicować. I tak jest właśnie w przypadku postaci Leunga, która może nie gra pierwszych skrzypiec, ale aktorsko została najlepiej zbudowana.

Sama fabuła nie jest zbyt skomplikowana i raczej nie pojawiają się w niej żadne zaskoczenia, ale jest dokładnie tak, jak w wywiadach mówili twórcy "Shang-Chi i legendy dziesięciu pierścieni". Film to okazja do świętowania chińskiej kultury, która w świecie Zachodu nie jest jeszcze dobrze znana, a co za tym idzie atrakcyjna. Oprócz strojów, zwyczajów i sztuk walki pojawia się więc wiele elementów z mitologii Chin, które wpisują się w superbohaterskie uniwersum. Chociaż wiele z nich odbija się echem w popularnej na całym świecie azjatyckiej popkulturze, Shang-Chi otwiera nowe wrota do niezwykle bogatej tradycji, która w przyszłości może stać się ciekawym źródłem inspiracji dla kolejnych twórców MCU.

Co ciekawe wszystkie cechy wskazujące na fakt, że "Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni" to nowy rozdział w historii Marvel Studios, paradoksalnie sprawiają, że film nie posiada zbyt wielu składników typowych dla filmu MCU. O przynależności do świata budowanego od ponad dekady świadczą jedynie drobne szczegóły, których z powodzeniem mogłoby nie być w filmie. Produkcja z powodzeniem funkcjonowałyby jako zupełnie autonomiczny tytuł i działałaby na widza tak samo jak w ramach MCU. Nie jest to w żadnym stopniu zarzut do twórców filmu, tylko raczej dowód na to, że w Marvel w końcu odchodzi od łopatologicznego łączenia wszystkich swoich produkcji, na rzecz subtelniejszego podejścia do kreowania uniwersum.

Nie oznacza to jednak, że zabrakło postaci czy wydarzeń związanych z poprzednimi filmami Marvela. Jest ich bardzo dużo, ale nie mają tak dużego wpływu na fabułę, jak dotychczas. Występów gościnnych jest kilka i największy z nich to w głównej mierze najzabawniejszy wątek humorystyczny w MCU od lat. Dwie dobrze znane postacie z filmów Marvela pojawiają się też w jednej z dwóch scen po napisach, więc na sali warto zostać do samego końca.

Podsumowując, "Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni" nie jest przełomem w uniwersum Marvela jeśli chodzi o fabułę i znaczenie dla całego kinowego świata, ale częściowo wypełnia lukę, która przez ostatnie kilkanaście lat w MCU ziała pustką. To kolejny film superbohaterski po "Black Pantherze", który skupia się na różnorodności świata i robi to w umiejętny sposób, przy okazji celebrując odmienną kulturę. Warto pamiętać, że produkcja to w dużej mierze origin story, więc siłą rzeczy nie uniknięto pewnych powtarzalnych zabiegów, ale schematyczność uatrakcyjniono kilkoma nowymi w MCU zabiegami formalnymi. Nowy bohater nie jest może tak charyzmatyczny jak oryginalni członkowie Avengers, ale z czasem zapewne się rozkręci i będzie miał miliony fanów na całym świecie. "Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni" należy traktować więc jak film wprowadzający do zupełnie nowej ery filmów Marvela, która może przynieść naprawdę dużo nowych pomysłów rozbudowujących i tak już szeroki świat kinowych superbohaterów.

OCENA: 7,5/10

RadioZET.pl