Zamknij

"Minari" - czy warto obejrzeć oscarowy film? [RECENZJA]

24.03.2021 21:53

"Minari" powalczy w tym roku o Oscary w aż 6 kategoriach, w tym za najlepszy film. Czy produkcja faktycznie warta jest uwagi? Zapraszamy do recenzji.

"Minari" - czy warto obejrzeć oscarowy film? [RECENZJA]
fot. Rex Features/East News

Jak dowiadujemy się w trakcie seansu, tytułowa minari to absolutnie najlepsza roślina na świecie. Wyrośnie gdziekolwiek tylko ją posadzimy, dostosuje się do otoczenia, a na dokładkę jest dobra do wszystkiego. Wybór tytułu zdecydowanie nie był tu przypadkowy.

"Minari" - recenzja oscarowego filmu

Najnowsze dzieło Lee Isaaca Chunga to małe wielkie kino. Produkcja, która wywołuje cały wachlarz emocji i na długi czas pozostaje w naszych głowach. Robi to jednak w subtelny, pozbawiony fajerwerków i nadmiernego patosu sposób. "Minari" jest filmem na wskroś autentycznym i kameralnym, który zarówno bawi, jak i zmusza do refleksji.

W trakcie seansu śledzimy losy koreańskiej rodziny podążającej za spełnieniem amerykańskiego snu. W poszukiwaniu lepszego życia Jacob i Monika przenoszą się wraz z dziećmi do wymarzonego domu w Arkansas, gdzie planują założyć farmę. Jednak własny kąt okazuje się być domem mobilnym na kółkach z przeciekającym dachem, a ziemia, na której stoi, jest niezwykle kapryśna. Na domiar złego sprowadza się do nich Soonja - ekscentryczna matka Moniki, której daleko do stereotypowego obrazu babci piekącej ciastka i zawsze służącej dobrą radą.

To właśnie wspomniana babcia jest największą siłą napędową filmu. Jej relacja z wnuczkiem Davidem, więź budowana małym kroczkami, bawi nas do łez (choć humor jest to doprawdy specyficzny), by ostatecznie uderzyć z pełną siłą w najwrażliwsze punkty naszych serc.

Rex Features/East News
fot.

Rex Features/East News

O czym właściwie jest "Minari"? Przede wszystkim o więzach rodzinnych, które nie zawsze są tak proste, jak byśmy chcieli. O poszukiwaniu lepszego życia i nadziei na lepsze jutro. Film Lee Isaaca Chunga stanowi też oczywiście swoisty komentarz społeczny, zaserwowany jednak w tak nienachalny sposób, że to odbiorca decyduje, co z niego wyciągnie.

Produkcja pozostaje w głowie jeszcze na długo po seansie, kiedy to kolejne elementy układanki zaczynają kiełkować w naszych głowach. Gdy minari przestaje być zwykłą rośliną, inwektywy rzucane przez małego Davida pod adresem babci nabierają głębszego znaczenia, dziwactwa sąsiada przestają bawić, a zachowanie Moniki irytować. Wszystko to sprawia, że "Minari" nie jest tylko kolejnym obrazem oglądanym przez nas na ekranie, a filmowym przeżyciem, do którego będziemy chcieli powracać raz za razem.

"Minari", czyli doskonały scenariusz i wyśmienita obsada

Film Lee Isaaca Chunga błyszczy już na etapie scenariusza, jednak ten na nic by się nie zdał, gdyby nie wprost fenomenalna obsada. Steven Yeun (znany dobrze fanom "The Walking Dead" i netflixowej "Okji") zagrał tu rolę życia, za którą zdecydowanie należy mu się nagroda Akademii. Niezależnie od tego, jakie emocje aktualnie przedstawia na ekranie, które oblicze Davida przed nami odsłania, wierzymy mu całkowicie. To samo tyczy się reszty obsady, na czele z przeuroczym Alanem S. Kimem i budzącą skrajne emocje Yuh-Jung Youn, którzy razem tworzą najlepszy ekranowy duet tego roku.

Zobacz także

Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, byłaby to jedynie długość filmu, zwłaszcza ostatniego aktu, który na pewnym etapie zaczyna się nieco dłużyć. To jednak nie zmienia faktu, że "Minari" jest jednym z najlepszych filmów, jakie w tym roku zobaczycie.

Ocena: 9/10