Zamknij

Czy "Eternals" to rzeczywiście najgorszy film Marvela? Oceniamy przedpremierowo [RECENZJA]

29.10.2021 22:12

"Eternals" zawita na ekranach kin już 5 listopada 2021 roku, a tymczasem w sieci pojawiły się opinie, jakoby film Chloé Zhao był najsłabszą produkcją, jaką dotąd uraczył nas Marvel. Ile jest w tym prawdy? My już widzieliśmy i oceniamy.

Czy "Eternals" to rzeczywiście najgorszy film Marvela? Oceniamy przedpremierowo [RECENZJA]
fot. materiały prasowe Marvel Studios/Disney (kadr z oficjalnego plakatu filmu "Eternals")

Marvel przedstawił nam w 2021 roku już dwie nowości filmowe, w postaci co najwyżej przeciętnej "Czarnej Wdowy" i naprawdę porządnego "Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni". Teraz na ekrany kin zmierza "Eternals" - coś zupełnie nowego, a zarazem film, który ma wprowadzić Kinowe Uniwersum Marvela na zupełnie nowe tory. Czy spełni jednak oczekiwania widzów? Pojawiły się głosy, że niestety nie do końca.

Kapitalna obsada, olbrzymi budżet, za kamerą nagrodzona Oscarem Chloé Zhao ("Nomadland"), która otrzymała kredyt zaufania i pokaźną ilość swobody twórczej, a jako wisienka na torcie: muzyka skomponowana przez fenomenalnego Ramina Djawadiego (któremu miłośnicy "Gry o tron" z chęcią postawiliby pomnik, a najlepiej kilka). Co więc mogło pójść nie tak? Jak widać - wiele rzeczy. Po opublikowaniu pierwszych opinii o "Eternals" fani Marvela zadrżeli. Tak oto jeden z najbardziej wyczekiwanych filmów MCU ostatnich lat osiągnął wynik zaledwie 61% procent świeżości w serwisie Rotten Tomatoes, zyskując tym samym tytuł najgorszego filmu w dziejach MCU (dotąd berło dzierżył absolutnie koszmarny "Thor: Mroczny świat"). Dziś odpowiemy (tzn. ja odpowiem) na pytanie: czy "Eternals" rzeczywiście rozczarowuje? W mojej opinii - i tak, i nie

"Eternals", czyli Marvel, jakiego jeszcze nie widzieliśmy [RECENZJA]

Chloé Zhao snuje nam opowieść o losach nieśmiertelnej rasy przedwiecznych istot, obdarzonych wyjątkowymi umiejętnościami. Eternals przybyli na naszą planetę przed siedmioma tysiącami lat, by chronić ludzkość przed złowieszczymi Deviantami, a także pomóc jej w rozwoju. By rozwiać wasze wątpliwości donoszę, że tak - brak jakiejkolwiek reakcji tych superbohaterów (bo tak ich chyba można nazwać?) na wszelkiej maści konflikty, od II Wojny Światowej po atak Thanosa, został sensownie wyjaśniony, a odpowiedź powinna was usatysfakcjonować (mamy więc pierwszego plusa). Akcja, zgodnie z obietnicą reżyserki, rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych, co pozwala nam zagłębić się w historię tytułowej drużyny, ale także poznać ich losy w nowej, czwartej już, fazie MCU. 

Zwiastuny i plakaty (pozwolę sobie zaznaczyć, że pierwsze marvelowskie, które mi się podobały) sugerowały, że film Chloé Zhao odbiegał będzie stylistycznie od tego, co dotąd zaprezentował nam Marvel. I jest to prawda, obietnica spełniona z nawiązką (drugi plus odhaczony). Film jest przepiękny. Wizualnie, stylistycznie, klimatycznie. Zdjęcia robią wrażenie, CGI nie drażni, czuć tu ducha i sznyt reżyserki, całość ma swojego rodzaju aurę, która doskonale przekłada się na postacie. W końcu nie śledzimy tu losów brawurowych Avengersów, a niemalże boskich istot, których majestat połączony z niewymuszoną elegancją, czy wręcz delikatnością, został oddany wprost fenomenalnie. Całości dopełnia muzyka, za którą Ramina Djawadiego darzę jeszcze większą miłością, niż dotychczas (a i tak było to już uczucie doprawdy głębokie). 

Jednak tym, co w "Eternals" zachwyciło mnie najbardziej, jest olbrzymie serducho tego filmu. Produkcja aż kipi miłością nie tyle do postaci i świata przedstawionego, co nas - ludzkiej rasy z wszelkimi jej przywarami. Za to wszelkie pokłony w stronę Chloé Zhao, bo odwaliła kawał pierwszorzędnej roboty sprawiając, że nadludzkie istoty zyskały wiele ciepła i realności, a ich motywacje w walce o ludzkość poruszają i przekonują mnie znacznie bardziej, niż miało to miejsce w przypadku Avengers (wiem, że wychodzę tu na zdrajczynię pierwszej wody, ale deal with it). 

materiały prasowe Marvel Studios/Disney
fot.

materiały prasowe Marvel Studios/Disney

Na pochwałę zasługuje również obsada z Richardem Maddenem (Ikaris), Salmą Hayek (Ajak) i Barrym Keoghanem (Druig) na czele. Wszyscy spisali się znakomicie, jednak to właśnie ta trójka niemalże scaliła się ze swoimi postaciami serwując nam (super)bohaterów, jakich dotąd w Marvelu nie uraczyliśmy. Zapewniam, że jeśli kochacie Salmę Hayek, po tym filmie wasza miłość wzniesie się na zupełnie nowy poziom. Przysłowiową wisienką na torcie jest Kit Harington, który stanowi dla mnie największe zaskoczenie tego filmu. Jako (psycho)fanka "Gry o tron" nie mogłam wyjść z podziwu nad tym, jak doskonale wczuł się w rolę Dane'a Whitmana, tak odmienną od jego dotychczasowego emploi. Choć Kit widnieje na ekranie zastraszająco krótko, uwierzcie mi, że to jego postać najbardziej zapadnie wam w pamięć (PS: pamiętajcie o scenach po napisach. Są aż dwie, WYBORNE). 

"Eternals" najgorszym filmem Marvela?

Zatem - co nie zagrało? Największą bolączką "Eternals" jest nadmiar postaci. Mamy tu aż dziesięcioro głównych bohaterów, których widzimy po raz pierwszy w życiu. W przeciwieństwie do pierwszej części "Avengers", gdzie Joss Whedon miał ułatwione zadanie w postaci aż trzech solowych filmów poprzedzających jego produkcję, Chloé Zhao mierzyła się z wprowadzeniem tak wielu postaci, a co więcej - zarysowaniem ich przeszłości, pochodzenia, misji, mitologii i miejsca w uniwersum. To dużo, prawda? Dodajmy do tego fakt, iż reżyserka (w przeciwieństwie do wspomnianego poprzednika) starała się dać każdemu z bohaterów czas i miejsce na zaprezentowanie się i zaskarbienie sobie sympatii widzów. Nie mamy tu zatem sytuacji, w której na piedestał wysuwa się trzech (super)bohaterów, a reszta pełni funkcję ich pomocników (którymi, nie oszukujmy się, byli Czarna Wdowa, Hawkeye i Bruce Banner/Hulk) i choć owszem, niektórzy zostają bardziej wyeksponowani, Chloé chciała zadbać o każde ze swoich "dzieci".

Należy jej się za to pochwała, jednak fakt, iż "Eternals" to film, nie serial, działał na jej niekorzyść. Skondensowała to bowiem w 2 godzinach i 37 minutach (odejmijmy od tego też czas na napisy końcowe), zatem mierzyła się z zadaniem karkołomnym. I niestety w trakcie seansu widać tego negatywne efekty. Przez to, że każdy "ma tu coś do powiedzenia", niemal każda z postaci traci na swojej głębi, a my jako widzowie czujemy niedosyt, w tym negatywnym znaczeniu. Bohaterowie, a co za tym idzie i wątki z nimi związane, traktowani są "po łebkach" i często wręcz skrótowo i łopatologicznie. Niektóre kwestie nie mają zwyczajnie sensu przyczynowo-skutkowego lub wydają się tak schematyczne, że całość ociera się o generyczny i sztampowy film superhero na miarę pierwszej fazy MCU, a nie czwartej. Osobiście jestem fanką zostawiania widzowi pola do własnej interpretacji, gdy czuję, że taki był zamysł twórcy. Tutaj tego nie czuję. Czuję za to brak czasu antenowego i usilne próby wciśnięcia 10 odcinków serialu w niespełna 3-godzinny film. W jednym z wątków Chloé Zhao była wręcz zmuszona wyjaśnić nam pewną, naprawdę istotną dla całego jestestwa jednej z postaci, kwestię za sprawą... kilku zdań wypowiedzianych przez bohaterkę, podczas gdy z dotychczasowej fabuły filmu nic takiego nie wynikało. 

"Eternals": czy warto pójść do kina na nowy film Marvela?

Czy to jednak sprawia, że "Eternals" jest filmem złym lub przeciętnym? W żadnym wypadku. Czy omawiana przeze mnie produkcja zasługuje na wspomniane 61% w serwisie Rotten Tomatoes (które dla niewtajemniczonych jest swoistą "wyrocznią" jakości filmów)? Absolutnie nie. Czy zatem powinniście słuchać opinii ludzi, którzy odradzają wam zapoznania się z tym filmem twierdząc, że to najgorszy Marvel ever? NIE. 

Nie mogę wam obiecać, że "Eternals" was zachwyci, a z kina wyjdziecie z uśmiechem na twarzy, zamiast poczucia zmarnowanego czasu i pieniędzy. W końcu co człowiek, to opinia, a film ma swoje wady. Za przykład niech posłuży redaktor naszego siostrzanego serwisu Antyradio.pl (pozdrawiam cieplutko Kamil), który w swojej recenzji (możecie ją znaleźć TUTAJ) okazał się bardziej krytyczny, niż ja. Zapewniam was jednak, że jest to film wart uwagi, który spełnia swoje najważniejsze zadanie - wprowadza MCU w zupełnie nową erę, prezentując nam Marvela, jakiego jeszcze nie widzieliśmy. Wierzę, że to dopiero początek naszej wspaniałej przygody z tytułową drużyną, która sprawi, że w przyszłości zadamy pytanie umiłowane przez memowych twórców: Avengers who?

Na odchodne dodam tylko, że określanie "Eternals" mianem najgorszego filmu Marvela, stawiając go tym samym poniżej dwóch pierwszych "Thorów", trzeciego "Iron Mana", czy tworu pokroju "The Incredible Hulk", jest nieśmiesznym żartem. Zatem, nie słuchajcie narzekań krytyków filmowych i przekonajcie się na własne oczy (i uszy - wybaczcie, znów musiałam dać upust mej miłości do Ramina, którego nazwiska chyba nigdy nie nauczę się wymawiać). Ja bawiłam się wybornie i wam życzę tego samego.

PPS: ponownie przypominam o DWÓCH scenach po napisach. Nie zapomnijcie, bo naprawdę warto je zobaczyć (a nawet trzeba, tak na przyszłość).

Ocena: 7/10 (z dużym serduchem)