Zamknij

„365 dni: Ten dzień”: Festiwal cringe’u, humoru i soft-porno. Złota Malino, nadchodzimy [RECENZJA]

27.04.2022 09:23
365 dni - ten dzień - kadr z filmu
fot. materiały prasowe Netflix

„365 dni: Ten dzień” to kontynuacja hitu Barbary Białowąs i Tomasza Mandesa z 2020 roku na bazie bestsellerowej powieści Blanki Lipińskiej pod tym samym tytułem. Jak wypadła druga część niesławnego cyklu? Przeczytajcie naszą recenzję „365 dni: Ten dzień”.

365 dni” w wersji filmowej okazało się wielkim hitem. Polska produkcja nie dość, że zebrała w kraju ponad 1,6 mln widzów, to jeszcze na kilka tygodni zawojowała listę najchętniej oglądanych produkcji Netflixa. Następnie, jako pierwszy polski film zdominowała listę nominacji do Złotych Malin, finalnie otrzymując „laur” za najgorszy scenariusz. O filmie Białowąs i Mandesa mówiło się dużo, głośno i krytycznie. Czy druga część spotka się z równe żywiołową reakcją?

„365 dni: Ten dzień”: recenzja. Błędy przeszłości

Na pierwszą część spłynęły słuszne gromy, zarzucające filmowi (oraz książce) propagowanie kultury gwałtu, patriarchalnych wartości w najgorszym wydaniu i przedstawianie wariacji na temat syndromu sztokholmskiego. Twórcy bronili się, mówiąc że to, co widzimy na ekranie jest jedynie wyrazem fantazji autorki i scenarzystów, ale sposób, w jaki przedstawiono niektóre sceny, z wyraźnym przekroczeniem norm i granic, był zwyczajnie obrzydliwy i godny potępienia.

W tym momencie do sieci trafia adaptacja drugiej części i jest to dzieło zaskakujące, zwłaszcza po tym, co mieliśmy szansę zobaczyć na ekranach kilkanaście miesięcy temu. Fabuła wciąż jest miałka i pretekstowa, akcja toczy się do przodu w teledyskowym tempie luźnych skojarzeń, aniżeli właściwej historii fabularnej, ale tym razem bardzo wyraźnie zaznaczony jest element fantazji bohaterów, a każde zbliżenie (poza jednym, o czym poniżej) zostaje ukazane jako akt odbyty za obopólną zgodą każdego z uczestników. To bardzo ważna zmiana optyki prezentowania wydarzeń, pokazująca równe uczestnictwo bohaterów w swoim życiu łóżkowym i wprost mówiąca o tym, że należy słuchać swojego partnera i respektować jego granice.

Problematyczna tak naprawdę jest jedna scena – porannego przebudzenia w domku na plaży. Twórcy jednak zdali sobie sprawę, że moment ten może zostać źle odebrany, więc bardzo szybko wstawiają go w nawias mary sennej bohaterki i jedynie wykwitu jej wyobraźni. To bardzo ważna zmiana – nikt nikomu nie broni fantazjować o czymkolwiek chce – znaczące jest jednak, by nie pokazywać tego jako obowiązującej normy, dając tym samym przyzwolenie na podobne zachowania. Swego czasu w filmie „To właśnie seks” (org. „Little Death” z 2014 roku) – pokazano scenę, w której mąż bohaterki chce spełnić jej fantazję, określoną jako: „chcę zostać zgwałcona”. Była to jedna z najbardziej obrzydliwych i triggerujących scen, jakie miałem szansę oglądać w kinie. Ubranie tego momentu w szaty „niepoprawnej komedii” było jeszcze gorsze, choć sekwencja ta zwracała uwagę właśnie na bardzo ważne rozróżnienie – fantazja to nie prawdziwe życie. To, co może nam się podobać w sferze marzeń i domysłów, wcale nie musi sprawiać nam przyjemności w prawdziwym życiu. Twórcy „365 dni: Ten dzień”, bardzo wyraźnie zaznaczając to rozróżnienie w nowych sekwencjach zbliżeń seksualnych w filmie, odrobili pracę domową, której zabrakło przy tworzeniu poprzedniej części.

365 dni - ten dzień - Anna Maria Sieklucka
fot.

fot. materiały prasowe Netflix

„365 dni: Ten dzień”: film niczym mara senna [recenzja]

Kontekst marzeń sennych jest zresztą niezwykle ważny dla zrozumienia stylistyki nowego filmu Białowąs i Mandesa. Jak mówił nam bohater Leonardo DiCaprio w wybitnej „Incepcji” Christophera Nolana, sny rządzą się własnymi prawami.

„Rzadko kiedy pamiętamy początek snu. Zwykle od razu znajdujemy się w środku akcji. Nie wiemy nawet, jak znaleźliśmy się w tym konkretnym miejscu”.

Tak właśnie dzieje się w filmie „365 dni: Ten dzień”. Poszczególne sekwencje po prostu dzieją się na ekranie, rzadko mając ze sobą powiązania przyczynowo-skutkowe. Twórcy nie mają czasu na zbudowanie więzi emocjonalnej z bohaterami, oni pędzą do kolejnej sekwencji „dziania się”. Dylematy bohaterów za każdym razem spadają na nich nieoczekiwanie i znienacka. Nikogo nie interesuje, jak do nich doszło i z czego wynikają – dana scena ma się po prostu rozegrać. Czy pojawi się w tym miejscu teraz czy za trzydzieści minut, nie ma większego znaczenia. Ważne jest, że będzie. Twórcy zdają się zapominać, że aby zaangażować widza w historię, musza zbudować z nim bliskość, bądź pozwolić w jakikolwiek sposób ich rozumieć. Bez odpowiedniego podbudowania dramatycznych scen, wszystkie szumne deklaracje będą jedynie frazesami, rzucanymi na wiatr. Nie będą nieść żadnej wagi.

Bolączkę logiki rodem ze snu widać już w pierwszych minutach obrazu. Oglądamy w nich bowiem przygotowania do ślubu Massimo i Laury (sic!). Widz może czuć się skonfundowany tym faktem, gdyż ostatnio, gdy widzieliśmy bohaterów, Laura wjeżdżała do ciemnego tunelu i silnie zasugerowano, że bohaterkę spotkała niemała tragedia. I rzeczywiście – szybko okazuje się, była uczestnikiem wypadku, ale mówi o tym w tak beznamiętny sposób, że wydaje się, jakbyśmy słuchali historii o tym, że podczas podwieczorku zabrakło ostatniej łyżeczki cukru, a nie o doznaniach ciężkich i granicznych. Rzucony mimochodem wtręt z pierwszych minut obrazu, nie ma zresztą żadnego znaczenia dla dalszej fabuły, a padające już w zwiastunach: „Zaje*****. Nie ma to jak wejść w związek z taką tajemnicą” nigdy nie otrzymują swojego właściwego pay-offu. Logika snu i jego struktury jest tu tak daleko posunięta, że dodając do tego specyficzny początek w sepii, połączony z czymś na wzór zakłóceń ekranu, nie zdziwiłbym się, gdyby następny film rozpoczął się sekwencją, w której okazywałoby się, że wszystkie wydarzenia, które obejrzeliśmy w „365 dni: Ten dzień” były tylko wykwitem wyobraźni Laury, znajdującej się w śpiączce po wypadku z końcówki części pierwszej. Ba! Nie wiem, czy nawet nie przyklasnąłbym takiemu rozwiązaniu, mimowolnie zamykającemu usta wszystkim narzekającym na nielogiczność i brak konsekwencji omawianego właśnie dzieła.

365 dni - ten dzień - Anna Maria Sieklucka i Michelle Morrone
fot.

fot. materiały prasowe Netflix

Piękna i długa reklama Apartu 

Drugim sposobem czytania filmu Białowąs i Mandesa jest spojrzenie na niego jak na teledysk i film reklamowy. Optyka ta nie jest zresztą nieuzasadniona, gdyż już od pierwszej sceny jesteśmy zalewani różnymi doznaniami audiowizualnymi, a muzyka zmienia się ze stałą częstotliwością niczym w szwajcarskim zegarku. Jeden pościelowy utwór, śpiewany szeptem, przeradza się w kolejny, a ładnie nakręcona sekwencja przechodzi w drugą. Teledyski zwykle posiadają dość umowną strukturę, a zasada ich tworzenia często zasadza się właśnie na doznaniowości, luźnych skojarzeniach i dynamicznym montażu. Oczywiście są liczne wyjątki od tej reguły, ale można ogólnie uznać, że to rytm i tempo, a nie sama historia, są tym, co w teledyskach przykuwa nas najbardziej. Nie sposób więc nie zauważyć, że duet reżyserski zdaje się kręcić swoje sekwencje wedle tego samego klucza. Nieważna jest przyczynowość, ważne są doznania. 

Kontekst reklamowy widoczny jest równie szybko. Początkowe sekwencje na polu golfowym wyglądają jak rodem z reklamy Lacoste’a, a późniejsze sceny z przyjęcia świątecznego mimochodem przywodzą na myśl „długą i piękną reklamę Apartu”, która zasłynęła w internecie w grudniu 2020 roku. Podobny jest przesyt, emfaza i wszechogarniający blichtr.

Przeszarżowane role aktorskie 

Pisanie o aktorstwie w serii „365 dni” nie jest zadaniem łatwym. Głównie dlatego, że przed odtwórcami ról postawiono niezwykle trudne zadanie. Bohaterowie nie są bowiem postaciami z krwi i kości, a jedynie fantazmatami, awatarami, pozbawionymi konkretnych cech czy konsekwencji działania. W takich warunkach granie swojej roli może przysparzać dodatkowe problemy. Tym bardziej warto więc przyjrzeć się i pochwalić tych aktorów, którzy postawili na pierwiastek szaleństwa i aktorskiego przeszarżowania. Wielokrotnie ekran kradnie dla siebie Magdalena Lamparska, która jako jedna z niewielu stara się wykrzesać choć odrobinę energii, dramatu i życia z płaskich jak liście bohaterów. Jej bon moty i powiedzonka szybką mogą stać się memami. Na szczególną uwagę zasługuje poniższa wymiana zdań, która już na poziomie scenariusza brzmi jak memowa „templatka”:

„- Kochanie, proszę, uspokój się

- Nie mogę się uspokoić. Jestem Polką, k**wa!”

Sekwencja ta wzbudziła we mnie największy zachwyt podczas seansu, gdyż różnorodne podejście do gry przez zebranych w tej scenie aktorów, było źródłem niezamierzonego humoru.

Co niezwykle ciekawe – tym razem nawet Michele Morrone ma szansę pokazać swoje bardziej nieobliczalne, szalone oblicze. W twiście, którego nie powstydziliby się twórcy nowej, bądź starej „Dynastii”, Morrone może zagrać zupełnie inaczej niż dotychczas i zdecydowanie wykorzystuje tę możliwość. Jego manieryzmy, a w szczególności specyficzny sposób mówienia z nieoczekiwanym tikiem nerwowym, sprawiają wrażenie jak gdyby aktor brał udział w castingu na kolejną, przerysowaną wersję Jokera. Coś w stylu dokonań Tommy’ego Wiseau z jego słynnej taśmy castingowej. Moment ten jest tak komiczny, że aż nie sposób nie oklaskiwać aktorskiej konsekwencji w przeszarżowaniu roli.

365 dni - ten dzień - Magdalena Lamparska
fot.

fot. materiały prasowe Netflix

Twórcza samoświadomość?

Zaskakującym elementem drugiej części cyklu są elementy sugerujące pewną samoświadomość twórców. Ważne jest jednak, że nie jest to pastisz pełną gębą, a jedynie drobne sugestie, sprawiające wrażenie, że twórcy doskonale wiedzą, jakie dzieło i w jakim stylu robią. Nie wierzę bowiem, że ktoś, kto wsadził w usta Anny-Marii Siekluckiej zdanie „Hold my Beer”, czyli polskie „Potrzymaj mi piwo”, nie zrobił tego z pełną premedytacją. Tak samo jak nie jest przypadkiem fakt, że gdy bohaterka poznaje nowego bohatera – Nacho, ten ma na głowie czapeczkę z podobizną koguta i słowem „cock”, które nie tylko oznacza wspomniane zwierzę, ale jest też określeniem penisa. Dla podkreślenia nieprzypadkowości tego wyboru, sekundę później dostajemy nawet dialog o takim ubiorze mężczyzny.

Z drugiej strony smaczki te są na tyle rzadkie i niekonsekwentne, byśmy traktowali je jako w pełni samoświadomą grę. To raczej momenty balansujące na granicy kiczu i campu, a niejasność stylistyczna tych momentów jest trudna do przyszpilenia. Sceny te sprawiają jednak, że „365 dni: Ten dzień” w całej swojej nieudolności, stają się też dziełem pociesznym i niezwykle zabawnym.

„365 dni: Ten dzień”: recenzja. „Momenty” bywają kuriozalne

Jak wiadomo, głównym powodem dla powstania i oglądania filmów, takich jak „365 dni” są „momenty”. Te wszystkie sceny zbliżeń seksualnych, które można oglądać legalnie w domu, bez bycia posądzonym o zwykłe oglądanie pornografii. I pod tym względem druga część zdecydowanie dostarcza. Seksu jest tu znacząco więcej niż w poprzedniczce, a na dodatek twórcy nie szczędzą czasu, by dać widzowi to, po co przyszedł. Do pierwszego zbliżenia dochodzi już w drugiej minucie seansu, a pierwsze pół godziny wygląda niczym teledysk w stylu soft-porno.

Wyjątkowo kuriozalna jest scena gry wstępnej na polu golfowym, która jest tak komiczna w swojej stylistyce, że nie sposób nie wybuchnąć śmiechem, gdy widzimy, co dzieje się na ekranie. Co jeszcze zabawniejsze – niektóre z sekwencji zbliżeń seksualnych są tak bliskie swoich poprzedniczek w „jedynce”, że przez pierwszą połowę filmu mamy wręcz wrażenie, jakbyśmy oglądali… remake tamtego dzieła. Sceny seksu są bowiem równie obrazowe i przesadzone (w szczególności sposób, w jaki bohaterowie dosłownie liżą się po twarzach czy szyi wciąż potrafi wywołać ciarki zażenowania). Warto podkreślić, że tym razem powstały jednak pod okiem dwóch koordynatorek scen intymnych, które miały nie tylko pomóc uwiarygodnić te momenty, ale także pomóc aktorom poczuć się ze sobą swobodniej. Dzięki ich pomocy udało się także wyraźnie akcentować momenty zgody i przyzwolenia, których tak bardzo brakowało w pierwszym dziele.

 

365 dni - ten dzień - Simone Susinna
fot.

fot. materiały prasowe Netflix

„365 dni: Ten dzień”: recenzja. Oceniamy kontynuację hitu Blanki Lipińskiej

„365 dni: Ten dzień” to film lepszy od „jedynki”. O to jednak nietrudno, bo o niskim poziomie oraz szkodliwości dzieła napisano w ostatnich latach już chyba wszystko, co się dało. Druga część nadal jest wprawdzie tandetna, przaśna, nielogiczna, przesadzona, a chwilami wręcz głupia, ale z wyżej wymienionych powodów udało mi się znaleźć radość z jej oglądania. Oczywiście istnieje możliwość, że wszystkie wspomniane wyżej metody czytania filmu to jedynie próba wytłumaczenia sobie samemu, że zmarnowałem czas na słabą produkcję. Coś w rodzaju swoistej wersji syndromu sztokholmskiego, o którym pisałem na początku, skoro już musiałem napisać tę recenzję. Wydaje mi się jednak, że twórcy zostawili w swoim dziele tyle różnych okruszków, które sprawiają, że daje się czerpać z niego swoistą, guilty-pleasure’ową przyjemność, że może chodzić jednak o coś więcej. Czasami przerysowanie i nieudolność potrafią bowiem porządnie rozbawić, a niektóre momenty w „Tym Dniu” są tak kuriozalnie dziwne i zaskakujące, że aż nie możemy się doczekać, co nastąpi za chwilę. „365 dni: Ten dzień” pozostaje wprawdzie dziełem złym, ale tym razem przynajmniej nie jest już produkcją otwarcie szkodliwą.

Ocena: 3/10

RadioZET.pl

Rozlicz PIT i przekaż 1 procent Fundacji Radia ZET