Zamknij
365 dni: Ten dzień
Kadr z filmu 365 dni: "Ten dzień"
fot: Netflix

Wraca "365 dni" i nowy pomysł na sceny seksu

Michał Kaczoń
Michał Kaczoń Redaktor Radia Zet
29.04.2022 16:11

Film „365 dni: Ten dzień” zadebiutował na platformie Netflix w środę 27 kwietnia, z marszu stając się wielkim hitem. Kontynuacja opowieści o relacji Polki i włoskiego mafiosa, poprawiła niektóre błędy części pierwszej, by inne ochoczo powielać. O pracy na planie, zmianach przy kręceniu scen seksu, powodach sukcesu „jedynki” oraz radości ze Złotej Maliny, rozmawialiśmy z twórcami i obsadą filmu, podczas premiery.

Pierwsza część „365 dni” zadebiutowała w polskich kinach 7 lutego 2020 roku. Film w pierwszym miesiącu wyświetlania obejrzało ponad 1,6 mln widzów. Pandemia koronawirusa pokrzyżowaładalsze kinowe sukcesy. W połowie marca zamknięto obiekty kultury, co sprawiło, że dystrybutorzy filmowi musieli znaleźć nowe, niestandardowe rozwiązania, by dotrzeć do odbiorców. „365 dni” w zaskakująco szybkim tempie trafiło do polskiej biblioteki serwisu Netflix. Polscy widzowie mogli oglądać film na platformie już od 1 kwietnia. Kilka tygodni później, 7 czerwca, produkcja trafiła także do międzynarodowego katalogu serwisu i dosłownie z dnia na dzień, znów stała się hitem.

Złota Malina w specjalnej gablocie

Film znalazł się na listach najchętniej oglądanych produkcji w USA, Wielkiej Brytanii i wielu innych krajach świata. Choć krytycy nie zostawili na nim suchej nitki, był jednym z najchętniej oglądanych i utrzymał się w zestawieniu Top 10 przez blisko dwa miesiące. Pod koniec roku portal FlixPatrol, zbierający dane z globalnych list Top 10, poinformował, że film był najpopularniejszą produkcją w serwisie na całym świecie.

Przypieczętowaniem tego sukcesu było ogłoszenie nominacji do anty-nagród przemysłu filmowego – Złotych Malin. Polska produkcja, jako pierwsza w czterdziestoletniej historii nagrody, została dostrzeżona i otrzymała nominacje w aż sześciu kategoriach

Gdy statuetki przyznano kilka tygodni później, „365 dni” nagrodzono jedynie w kategorii Najgorszy Scenariusz. Autorka oryginału, Blanka Lipińska, nie kryła wtedy radości z wielkiego „sukcesu”. Wspominała, że jej ulubione dzieła, wśród których znajdują się m.in. „Batman V Superman” czy późniejsze części „Transformers”, również nominowano do Malin. Pisarka była więc wniebowzięta, że znajduje się w tak zacnym gronie. Nawet dziś z rozrzewnieniem wspomina ten moment. 

Gwałt nie jest sexy

„365 dni” musiało poradzić sobie z kontrowersjami, które dotyczyły powieści, ale obecne były także w warstwie filmowej dzieła. Dużo mówiło się o tym, że historia wspiera kulturę gwałtu i utrwala krzywdzące, przemocowe wzorce zachowań. Chodziło w szczególności o brak zgody bohaterki na to, co się z nią dzieje. Nie dość, że Laura została porwana, to jeszcze początkowo wykorzystana seksualnie. To był największy problem części pierwszej, który słusznie przysporzył jej wielu krytyków.

Zapytany, jak z perspektywy czasu wspomina kontrowersyjne elementy pierwszego filmu, Michelle Morrone, czyli ekranowy Massimo, odpowiedział: - Nie chcę rozmawiać o kontrowersjach wokół pierwszej części. Uważam, że są one trochę bezcelowe. To tylko film. Czy ktoś zwracał uwagę na to, co dzieje się w „Pięknej i Bestii”? Przecież Bestia też porywa główną bohaterkę, a to w końcu film dla dzieci. Uważam, że warto rozgraniczać fikcję i nie pastwić się aż tak nad tymi kontrowersyjnymi wątkami. Sądzę zresztą, że drugi film jest bardziej dojrzały, pełniejszy, dlatego chciałbym już zostawić ten temat. Pamiętajmy po prostu, że to jedynie fikcja.

Kadr z filmu "365 dni: Ten dzień"
fot. Netflix

Jak gdyby w odpowiedzi na wspomniane wyżej zarzuty, w części drugiej każde zbliżenie bohaterów, poprzedzone jest wyraźną zgodą i aprobatą obu stron, dla podkreślenia zachowania równości w relacji i respektowania granic. Jak czytamy w recenzji filmu na stronie Radia ZET: „To bardzo ważna zmiana – nikt nikomu nie broni fantazjować o czymkolwiek chce – znaczące jest jednak, by nie pokazywać tego jako obowiązującej normy, dając tym samym przyzwolenie na podobne zachowania. (…) Fantazja to nie prawdziwe życie. To, co może nam się podobać w sferze marzeń i domysłów, wcale nie musi sprawiać nam przyjemności w rzeczywistości. Twórcy „365 dni: Ten dzień”, bardzo wyraźnie zaznaczając to rozróżnienie w nowych sekwencjach zbliżeń seksualnych w filmie, odrobili pracę domową, której zabrakło przy tworzeniu poprzedniej części”.

Wydaje się, że pomogło to, że twórcy nie musieli się tym razem tak kurczowo trzymać się kontrowersyjnej książki Lipińskiej. - Te adaptacje są luźno inspirowane moimi książkami. Jeśli fani oczekiwali, że zrobimy adaptację 1:1, to to nie udało się to przecież nawet przy części pierwszej, przy której zaparłam się, że ma być identycznie – wspomina autorka.

Reżyserka Barbara Białowąs dodaje: – Zależało nam, aby pogodzić oczekiwania fanów pierwszego filmu oraz książek i znaleźć złoty środek, żeby wszystkie grupy mogły znaleźć przyjemność z oglądania dalszych perypetii bohaterów.

Mocniej niż u „Grey’a"

Nowy film rozpoczyna się ślubem i podróżą poślubną Laury i Massimo. Gdy romantyczna wyprawa się kończy, do życia pary szybko zakradają się problemy, a dobra relacja staje pod znakiem zapytania. Gdy w ich życie prywatne miesza się była kochanka Massimo, a Laura poznaje przystojnego ogrodnika Nacho, sprawy komplikują się jeszcze bardziej.

Twórcy upatrują się popularności filmu w kilku czynnikach. Wedle słów producentki Ewy Lewandowskiej jednym z kluczy do sukcesu adaptacji było zwrócenie uwagi na bazę fanów oryginału. - Podejmując się tego projektu, wiedzieliśmy, ilu fanów mają powieści Blanki. Zdawaliśmy sobie sprawę z zainteresowania tego rodzaju historiami. Dla nas właśnie to oczekiwanie w napięciu, a następnie niezwykle żywe reakcje fanów, są najlepszym potwierdzeniem, że intuicja nas nie zawiodła.

Reżyser i producent Tomasz Mandes w podobnych słowach wypowiadał się o sukcesie. - Ta historia wydawała się być na fali. Przed rozpoczęciem prac, zrobiliśmy badania fokusowe i przeprowadziliśmy rozmowy z socjologami oraz seksuologami. Z naszych badań wynikało, że na świecie jest wzbierająca fala fan fiction o charakterze erotycznym i że ludzie chętnie sięgają po tego typu dzieła.

Twórcy wiedzieli, że powieści Lipińskiej cieszą się ogromną popularnością, więc wydały się idealnym materiałem na bazę dla filmowej serii. Jedną z pierwszych osób, które dostrzegły potencjał powieści, był producent Maciej Kawulski. Wspomina dziś, że „sięgał niemal po manuskrypt”, gdy zaproponował autorce, by sprzedała prawa do adaptacji. Już wtedy film wydał mu się idealną formą do opowiedzenia historii Laury i Massimo. Momentem, w którym wiedział, że podjął dobrą decyzję, była żywa reakcja fanów.

Kadr z filmu "365 dni: Ten dzień"
fot. Netflix

- Wystarczyło spojrzeć w oczy osób, które przeczytały powieść, by wiedzieć, jak bardzo działa na emocje. Moment, w którym rozmawialiśmy o ekranizacji, to były chwile, gdy książka nabierała już ogromnego tempa, przyciągała uwagę i budziła tę magnetyczność, o której mówi się do dziś. Uznałem, że skoro tak dobrze się to czyta, to jeszcze lepiej i dużo fajniej będzie się oglądać. Pamiętam, że wtedy trudno mi było zresztą w ogóle wyobrazić sobie, że o seksie można czytać (śmiech).

Tomasz Mandes dokładnie wiedział, co należy zrobić, aby film osiągnął sukces. – Mieliśmy proste założenia: ten film miał wyglądać, jak dzieło zrobione w Hollywood, a nie w Polsce. Chcieliśmy też znaleźć włoskiego Bohuna, czyli powtórzyć zabieg, który zastosował Jerzy Hoffman, kręcąc „Ogniem i Mieczem” i zatrudniając rosyjskiego aktora Aleksandra Domogorowa do roli dzikiego, nieokrzesanego amanta. Jego pojawienie się na ekranie miało przecież efekt na dwadzieścia lat historii Polski. Od debiutu filmu w 1999 roku, zanotowano w końcu znaczną górkę w liczbie urodzeń. Moim zdaniem przyczyniła się do tego ta dzikość i tęsknota za czymś nieokiełznanym, która pobudzała widzów.

Trzecim filarem miał być fakt, że sceny seksu w „365 dniach” będą mocniejsze niż te prezentowane w „50 twarzach Greya”. - Tamten film został bardzo skrytykowany przez fanów i fanki powieści, właśnie za to, że był niezwykle grzeczny. Nam zależało, żeby przekraczać granice i pokazywać seks z naprawdę bliska. Mieliśmy długie rozmowy z operatorem Bartkiem Cierlicą, o tym jak nakręcić te sceny. Chielismy pokazać, jak najwięcej możemy, oczywiście nadal pozostając w obrębie filmu fabularnego – wspomina reżyser.

Zdecydowano, że sceny seksu będą pokazywane mocno, dosadnie i dosłownie. – Zależało nam, żeby być maksymalnie blisko postaci. Chcieliśmy czuć narastające w nich podniecenie. Pracowaliśmy w długich ujęciach, żeby aktorzy wyglądali bardzo naturalnie. Zależało nam na detalach. Ważna była w szczególności prawdziwie spocona skóra. Mieliśmy czuć przyspieszony oddech bohaterów i współodczuwać ich ekstazę” – wspomina z perspektywy czasu reżyser.

Barbara Białowąs, która wraz z Mandesem zajmowała się reżyserią, dodaje: – Nie wiedzieliśmy, jak zareaguje widownia i czy takie kino w ogóle spodoba się ludziom. Ta stylistyka była bowiem dość oryginalna, a książka choć znana, to pod wieloma względami kontrowersyjna.

Konsultacje intymne

Po wielkim sukcesie „365 dni” w polskich kinach oraz na platformie Neflix, w maju 2021 roku szefowie serwisu ogłosili, że dwie następne części cyklu będą kręcone równocześnie i powstaną już pod egidą giganta VOD. Gdy prace na planie dwóch następnych części rozpoczęły się kilka tygodni później, jedną ze znaczących zmian, wynikających ze współpracy z Netflixem, było zatrudnienie dwóch koordynatorek scen intymnych. W pracy nad jak najlepszym oddaniem scen zbliżeń seksualnych, oprócz ekipy znanej z pierwszej części, pracowały teraz także Monika Staruch i Marta Łachacz. 

– Dzięki współpracy z koordynatorkami scen intymnych czułam się bardzo zaopiekowana – w trakcie przygotowań do scen, samego ich kręcenia czy już po tzw. klapsie. Bardzo cieszę się, że na świecie ta funkcja nabiera coraz większego znaczenia i zaczyna być rozpoznawalna. Uważam, że przy każdej produkcji ze scenami o charakterze intymnym  powinno korzystać się ze wsparcia takich ekspertów – wspomina Anna-Maria Sieklucka, ekranowa Laura.

Kadr z filmu "365 dni: Ten dzień"
fot. Netflix

Zdaniem Barbary Bialowąs, obecność koordynatorek na planie, pozwoliła ekipie na jeszcze większą swobodę i mówienie o pewnych sprawach „bez krępacji i ograniczeń”. Podkreśliła jednak, że przez doświadczenia pierwszego filmu „panie pracowały już z aktorami, którzy byli bardzo sprawni w tego rodzaju scenach”.

Z perspektywy Tomasza Mandesa, reżysera i producenta, praca z koordynatorkami intymności nie zmieniła znacząco podejścia twórców do kręcenia scen erotycznych. Twórca przypomniał, że podczas pracy nad „jedynką” ten zawód nie był jeszcze tak silnie spopularyzowany, czy wręcz – „jeszcze nie istniał w obecnym kształcie”, a już wtedy zadbano przecież o odpowiednie podejście do kręcenia scen seksu. Podobnego zdania jest Michelle Morrone. Z punktu widzenia aktora uczestnictwo koordynatorek intymności niezbyt zmieniło styl jego pracy nad scenami intymnymi. - Mówiąc szczerze, nie bardzo odczułem jakąś zmianę. Mieliśmy stanąć na wysokości zadania i dać z siebie wszystko, tak jak poprzednio, i to zrobiliśmy – skwitował aktor.

Czasem kochasz, czasem nienawidzisz

Tempo pracy na planie dwóch kolejnych części cyklu, było naprawdę zawrotne. Anna-Maria Sieklucka, wcielająca się w główną bohaterkę Laurę, wspomina, że:

– To było spore wyzwanie – realizacja obydwu części odbywała się w tym samym czasie. Warto zaznaczyć że fabuła odkrywa nowy miłosny wątek – w 2 i 3 części dołączył do nas Simone Sussina, który wciela się w postać Nacho. Myślę że bardzo ciepło przyjęliśmy go do naszego grona, które pokątnie nazywamy wielką rodziną. Robimy to, bo niekiedy praca na planie przy trudnych warunkach sprawia, że ludzie zaczynają się bardziej rozumieć w bardzo szybkim tempie. Spędziliśmy  ze sobą na tyle czasu by poznać wszystkie swoje twarze i oblicza. Wspieraliśmy się w gorszych momentach, często spowodowanych zmęczeniem czy stresem, bo mieliśmy naprawdę tytaniczne tempo pracy”.

Kadr z filmu "365 dni: Ten dzień"
fot. Netflix

Otar Saralidze, wcielający się w postać Domenico, nieco inaczej wspomina ten okres: - Było super. Dwa miesiące w pięknych Włoszech i na Sardynii, wspaniałe widoki, cudowna atmosfera. Miałem nieco mniejszą rolę, więc mogłem podglądać też proces tworzenia filmu. Było to dla mnie ekscytujące, bo jara mnie produkcja filmowa. Sądzę, że w zawód aktora wpisany jest spory pierwiastek zabawy, więc jestem uradowany, że mogliśmy połączyć skupienie na pracy z dobrą atmosferą na planie i takie poczucie bycia częścią wielkiej mafijnej rodziny (śmiech). Jestem bardzo ciekawy efektu końcowego.

Magdalena Lamparska, ekranowa Olga, wspomina, że musiała walczyć o ciekawą drogę emocjonalną dla swojej bohaterki. Na szczęście, dzięki zaufaniu pionu produkcyjnego, miała na to szansę.

- Jestem wdzięczna reżyserom i producentom, że mogłam dodać wiele do tej postaci od siebie. Długo pracowaliśmy nad tym, by Olga mogła wyruszyć na emocjonalną wyprawę – żeby mogła się zmieniać i pokazywać nowe oblicza.

Aktorce zależało, by dodać Oldze głębszego życia emocjonalnego, ledwo zarysowanego na karatach scenariusza. Lamparska wspomina, że w tej części chciała w szczególności pokazać oddanie bohaterki dla swojej przyjaciółki.

- Zależało mi, żeby unaocznić, że ona dla tej wzajemnej miłości jest w stanie zrobić wszystko. Jestem bardzo ciekawa, jak widzowie teraz odbiorą tę postać.

Praca aktorki opłaciła się, bo rola Lamparskiej to jeden z niewielu elementów, o których odbiorcy i krytycy, mają pozytywne słowa. W recenzji na stronie Radia Zet możemy przeczytać: „Wielokrotnie ekran kradnie dla siebie Magdalena Lamparska, która jako jedna z niewielu stara się wykrzesać choć odrobinę energii, dramatu i życia z płaskich jak liście bohaterów”.

Film „365 dni: Ten dzień” zadebiutował na platformie Netflix w środę 27 kwietnia. Następna pojawi się najpewniej za rok. Być może film osiągnie podobny sukces, co część pierwsza i spełni się marzenie Blanki Lipińskiej, by osobiście odebrać nagrodę podczas kolejnej gali Złotych Malin. Nowa odsłona przygód Laury i Massima ma bowiem potencjał stać się kolejnym Najgorszym Filmem Roku.

Michał Kaczoń
Michał Kaczoń

Dziennikarz kulturalny i fan popkultury w różnych jej odmianach. Wielbiciel festiwali filmowych i muzycznych, których jest częstym i chętnym uczestnikiem. Salę kinową traktuje czasem jak drugi dom. 

Adres e-mail: michal.kaczon@eurozet.pl